Emo dla dorosłych
fot. Dierdre O'Callaghan / posthocmanagement.com

Emo dla dorosłych

Angelika Kucińska

W muzyce The National priorytetem jest konsekwencja, nie niespodzianki, choć w tej układance wciąż pojawiają się nowe elementy

Jeszcze 2 minuty czytania

Bez karykaturalnej stylizacji, farbowanej grzywki i skrajnego werteryzmu z burzą hormonów w tle. The National nie przebierają się za młodzieżowe subkultury, a fani zespołu pewnie już szykują bogate w obelgi komentarze, którymi pomszczą nazwanie ich ulubionego zespołu emo. Ale tak, The National są emo – tyle że w wydaniu eleganckim, dojrzałym, prawie wyrafinowanym, bo to emo na smyczki, fortepian i garnitury.

Właśnie – fani. Kiedy The Smiths, ikona egzaltowanego indie rocka, ogłosili koniec działalności, fan zespołu próbował sterroryzować (czytaj: przyszedł do studia z bronią) gospodarza audycji w jednej z amerykańskich rozgłośni radiowych, by ten grał wyłącznie utwory zespołu Morrisseya. The National jeszcze nie odnotowali tak niezdrowych dowodów oddania, ale poziom przywiązania do idoli jest podobny. Co nie dziwi o tyle, że – mimo iż muzycznie im nie po drodze – obydwa zespoły operują tą samą retoryką emocjonalnego obnażenia. I obydwoma dowodzili (lub dowodzą – o The National mówimy w czasie absolutnie teraźniejszym lub przyszłym, bo jeszcze wiele przed nimi) liderzy atrakcyjni tym samym atrybutem – krzepiącym, terapeutycznym komunikatem, że autor tekstu na pewno ma gorzej. Albo przynajmniej tak samo źle. Charyzma Matta Berningera, wokalisty The National, to wyjątkowy w swojej skuteczności miks naturalnych predyspozycji (ten niedbały, ale sugestywny baryton), koniecznej scenicznej nonszalancji (w walce z paraliżującą tremą pomagają mu dwie butelki wina – jedna przed, druga w trakcie koncertu) i programowego, wrodzonego fatalizmu w postrzeganiu rzeczywistości (wielokrotnie odżegnywał się od kryzysu wieku średniego, przekonując, że to kryzys każdego wieku – nawet gdy prywatnie jest się szczęśliwym mężem i ojcem). Sufjan Stevens, muzyk folkowy i przyjaciel zespołu, który gościnnie wziął udział w nagraniach jednej z płyt The National, próbował rozgryźć fenomen Berningera: „Takiemu głosowi trzeba ufać. Jest jak mroczny starszy brat. Obroni cię na podwórku, ale zawsze powie wprost, jak jest i da kopniaka, kiedy trzeba”.

Miękka muzyka na stadiony

„Trouble Will Find Me”, 4AD, premiera 20 maja 2013Kopniaka często dostają pozostali muzycy The National – bracia Dessner (gitary i klawisze) i bracia Devendorf (bas i perkusja) – bo Berninger słynie z radykalnych metod tworzenia i potrafi wykłócać się o pojedyncze uderzenia perkusji. W tym terrorze jest metoda. The National to jeden z niewielu zespołów, na które można stawiać w ciemno. To dobrze? Pewniak ma tę wadę, że nie zaskakuje, taka jego natura, ale i nie zawodzi, taki jego obowiązek. W muzyce The National priorytetem jest konsekwencja, nie niespodzianki, choć sukcesywnie w układance pojawiają się nowe elementy – dodatkowe instrumenty, które przesuwają punkt ciężkości w aranżacjach (wspomniane wcześniej i stosowane z różnym rozmachem smyczki) czy generalna, choć płynnie przeprowadzona zmiana estetyki.

Gdy zaczynali, porównywano ich m.in. do Wilco, jednego z najważniejszych przedstawicieli alt-country. Kilka albumów poźniej americana bezboleśnie przeszła w po prostu Amerykę – uniwersalny, miękki indie rock. W recepturze na brzmienie The National niektórzy widzą prostą – i usłaną tantiemami – drogę na stadiony. Hymnowy potencjał wczesnego U2, nienachalne, ale przebojowe melodie jak u R.E.M. z dobrych okresów, niepokojący, nerwowy dygot debiutującego Joy Division. I coś, co dodaje im klasy w oczach odbiorcy 25+ – poetyckie teksty, które pozwalają nazywać The National Leonardem Cohenem nowego pokolenia. Prosta, wręcz oczywista i bezpieczna muzyczna formuła powinna być gwarantem masowego sukcesu. I co? Popowe piosenki im nie wychodzą, jednoznacznych przebojów nie potrafią pisać, a niemal każdy z ich albumów – choć zawsze doceniany w corocznych podsumowaniach najlepszych premier – kończył z etykietką „growera”, czyli wydawnictwa, które się lubi, ale nie od razu. Grower wymaga czasu, cierpliwości, zaangażowania, determinacji – ale efekt jest zawsze ten sam: pełne, obsesyjne utożsamienie. W czasach doraźnej i szybkiej konsumpcji muzyki, wymuszonej zmianą kanałów dystrybucji i mechanizmów marketingowych (od serwisów streamingowych po dzwonki na komórki) zespół myślący albumami, a nie pojedynczymi piosenkami teoretycznie nie ma prawa wygrać. A jednak. The National to dziś wpływowa, popularna nazwa, nawet jeśli dzieli publiczność mocno określoną treścią – impresyjnym ekshibicjonizmem tekstów, pełnych dużych słów budujących straceńczą filozofię.

Fikcyjne imperium dla Obamy

Nie od razu zostali muzyczną wizytówką Brooklynu. Berninger i jeden z Devendorfów poznali się na uniwersytecie w Cincinnati. Sformowali zespół – mało ambitnie kopiujący połowę alternatywnej sceny lat 90. Z resztą The National połączyli siły już po przeprowadzce do Nowego Jorku – werbując muzyków z indiefolkowego zespołu drugiego Devendorfa. Debiutowali w 2001 r. knajpianą interpretacją tradycyjnych amerykańskich brzmień, pod szyldem wytwórni prowadzonej przez członków zespołu. Dwie pierwsze płyty nagrali, dzieląc czas pomiędzy muzykę i regularną pracę w firmach eksplorujących potencjał nowych mediów (pionierach „dot-com boom”), gdzie zatrudniali się jako graficy, dyrektorzy artystyczni i specjaliści od pozyskiwania nowych klientów. Dopiero podpisany w 2004 r. kontrakt z niezależną wytwórnią Beggars Banquet pozwolił im grać na etacie. Ten transfer zbiegł się również z przełomem w karierze. Wydany rok później „Alligator” sprzedał się w nakładzie 200 tys. egzemplarzy (to bardzo przyzwoity wynik dla zespołu alternatywnego) i zapewnił The National wysoką frekwencję na koncertach. Pierwszy raz też zdradzili się z zaangażowaniem w amerykańską politykę. Zamykający album utwór „Mr. November” częściowo odnosi się do kandydatury Johna Kerry’ego w wyborach prezydenckich („I’m the new blue blood, I’m the great white hope, I won’t fuck us over”). Cztery lata później wykorzystali tytuł piosenki w zaprojektowanych przez zespół T-shirtach – zysk z ich sprzedaży został przekazany sztabowi wyborczemu Baracka Obamy. Obamę wspierali też piosenką z kolejnego albumu – instrumentalna wersja „Fake Empire”, jednego z najbardziej rozpoznawalnych utworów The National, została wykorzystana w filmie wyborczym obecnego prezydenta USA. Pewnie świadomie, być może przewrotnie – piosenka punktująca apatyczne, karmione fałszywymi iluzjami pokolenie stanowiła podkład obrazka upstrzonego hasłami „Hope” i „Change”, które na transparentach niosła reprezentacja multikulturowej Ameryki.

Płyta „Boxer” – z której pochodzi wspomniane „Fake Empire” i na której pojawił się cytowany wyżej Sufjan Stevens – sprzedała się w 300 tys. egzemplarzy, a finansowy sukces wydawnictwa w dużej mierze wynikał z regularnej obecności piosenek The National w popularnych serialach i produkcjach telewizyjnych. To ważna pozycja w dyskografii zespołu również dlatego, że właśnie na „Boxer” wykrystalizowało się firmowe brzmienie The National. Przepych wykorzystanych środków, ale wyważony, pozbawiony fajerwerków efekt. Obok podstawowego instrumentarium słychać trąbkę, flet, skrzypce, klarnet i organy. Choć najlepszą płytę mieli dopiero nagrać.

Bestseller wysokiej jakości

Wydana trzy lata temu „High Violet” to ich płyta dla mas – co potwierdza sprzedaż albumu: 600 tys. egzemplarzy. Dojrzała w kompozycjach, konkretna w strukturach (przebojowa w swojej nieprzebojowości), tak naturalna i klasyczna w brzmieniu, że wręcz czysta gatunkowo. Ostatecznie potwierdzająca, że na płytach The National nie należy szukać rewolucji, progresywnych wizji, nowej muzycznej jakości – a pokrewieństwa wrażliwości. „High Violet” to spójna i uniwersalna opowieść o toksycznych relacjach bez happy endu (powtórzę – emo, ale bez histerii). Bestsellerowy status „High Violet” to również, a raczej przede wszystkim zasługa jakości – to bezdyskusyjnie najlepszy album w dorobku zespołu, żaden grower. Bezpośrednia, inwazyjna emocjonalność płyty uderza od pierwszego odtworzenia. Najnowsze, wydane przed kilkoma tygodniami „Trouble Will Find Me” to doskonały sequel, swobodnie i logicznie rozwijający konwencję poprzedniej płyty. Bardziej wymagający, nie tak komunikatywny (tym razem jednak grower), ale wciągający umiarem w dramaturgii. A że nie zaskakuje? O tym też już było – pewniak nie musi.


Tekst dostępny na licencji Creative Commons BY-NC-ND 3.0 PL.


Tekst dostępny na licencji Creative Commons BY-NC-ND 3.0 PL.