WENECJA 2013 (1):  Wszystko, zawsze, nigdy więcej
Daniel Muzyczuk, Agnieszka Pindera (kuratorzy) i Konrad Smoleński (w środku) / fot. Krzysiek Krzysztofiak

WENECJA 2013 (1):
Wszystko, zawsze, nigdy więcej

Karol Sienkiewicz

W pawilonie Polski na Biennale w Wenecji Konrad Smoleński gra o wysokie stawki. Bicie w dzwony i Wielki Wybuch. Trochę ciężkawo

Jeszcze 3 minuty czytania

Raz na godzinę nad Giardini rozlega się bicie dzwonów. Ich dźwięk dociera do innych pawilonów i przenika tym samym zgromadzone na Biennale dzieła sztuki. Dzwony nie biją na alarm, raczej wzywają do przyjścia − jak te w niedzielę − lub po prostu wyznaczają rytm upływu czasu zwiedzania Biennale, od otwarcia do zamknięcia. Tyle że to nie kościół wzywa swych wiernych, lecz pawilon Polonia, w którym znajduje się instalacja dźwiękowa Konrada Smoleńskiego. Od momentu ogłoszenia wyników konkursu wiązano z nią duże nadzieje.

Jeśli się pospieszyć, można zobaczyć dzwony w pełnym rozmachu i uczestniczyć w dźwiękowym spektaklu, który następuje, gdy ich serca przestają bić.

Santo subito

„Everything Was Forever, Until It Was No More”

Wystawa Konrada Smoleńskiego w Pawilonie Polskim na 55. Międzynarodowej Wystawie Sztuki w Wenecji, kuratorzy: Daniel Muzyczuk i Agnieszka Pindera, organizator: Zachęta Narodowa Galeria Sztuki, komisarz: Hanna Wróblewska.
Oficjalna strona Pawilonu Polskiego: www.labiennale.art.pl

Już sama obecność dzwonów, chyba najbardziej nasyconego symbolicznie instrumentu muzycznego, wprowadza podniosły nastrój. Jak się je widzi takie rozbudzone i dostojne, różne rzeczy przychodzą do głowy. Łącznie ze sceną odlewania dzwonu z „Andrieja Rublowa” Tarkowskiego. Mnie przypomniało się, jak w ostatnich dniach życia polskiego papieża odgłos dzwonów z pobliskiego kościoła zmylił prowadzących konferencję naukową w Zachęcie i na ich prośbę zebrani uczcili śmierć Jana Pawła II minutą ciszy. Uczyniliśmy to przedwcześnie i już po następnym referacie oznajmiono, że papież oddycha. Umarł kilka dni później. W tragikomicznej pomyłce zawinił dzwon. Nawet kuratorzy pawilonu, Daniel Muzyczuk i Agnieszka Pindera, piszą, że ten „antyczny instrument od stuleci wyznaczał rytm naszego życia ziemskiego i życia wiecznego”.

Prace nad realizacją wystawy, fot. Bartosz GórkaNa wanitatywno-apokaliptyczne odczytania mógłby też wskazywać pretensjonalny tytuł wystawy „Everything Was Forever, Until It Was No More”. Wprawdzie został zapożyczony z książki Alexeia Yurchaka z 2005 roku o upadku Związku Radzieckiego, ale chyba źródło tytułu nie ma tu większego znaczenia. Aczkolwiek w wielowątkowym kuratorskim eseju w katalogu, który Muzyczuk i Pindera uznają niemal za integralną część wystawy, roi się od odniesień do literatury i historii muzyki oraz interpretacyjnych tropów: od Becketta po Wielki Wybuch. Dorzucam śmierć papieża. Na szczęście Smoleńskiemu udaje się sięgnąć nieco wyższych poziomów abstrakcji.


Wibracje

Prace nad realizacją wystawy, fot. Bartosz GórkaWnętrzem polskiego pawilonu rządzi symetria, chociaż − żeby nie było tak prosto − nieco zaburzona. Więc pośrodku dwa spiżowe dzwony na niskich metalowych konstrukcjach, na wyciągnięcie ręki. Jeden nieco większy od drugiego, wydają dźwięki różnej wysokości. Ale kto jest w stanie zauważyć te niuanse przy tym poziomie decybeli? Czujne oko zauważy dyskretnie dołączone mikrofony. Dalej, po lewej i po prawej, mur ogromnych czarnych głośników. Wreszcie, jako ostatnia warstwa, przeciwległe ściany pokrywają identyczne metalowe szafki, od podłogi aż po sufit. To jednolita, aseptyczna płaszczyzna. Szafki tworzą regularną siatkę, i chociaż mogą budzić skojarzenia przyziemne − z szatnią czy skrytkami bankowymi − tutaj wyglądają abstrakcyjnie. Zdecydowanie nie służą do tego, by ich ktoś używał. Ich rola ujawnia się o każdej pełnej godzinie, gdy maszyneria się uruchamia.

Smoleński zamienił pawilon w ogromny instrument (zainterweniował nawet dyskretnie w architekturę budynku), wizualnie nudny i monotonny. Dzwony to zaledwie źródło dźwięku i zaproszenie do wejścia. W momencie gdy się uspokajają, zaczyna działać architektoniczne „pudło rezonansowe” pawilonu, wzmocnione elektroniką. Z gigantycznych głośników wydobywają się komputerowo przetworzone dźwięki, zarejestrowane tuż przed chwilą. Coraz intensywniej i coraz głośniej, w obu kierunkach naraz. Z obu stron przeszywają stojących między nimi widzów. Niektórzy nie wytrzymują poziomu hałasu, ale mają do dyspozycji zatyczki do uszu. Wibracje nasilają się − fale dźwiękowe odbite od płaszczyzn metalowych szafek powracają, by odbić się po przeciwległej stronie. Szafki również zaczynają drgać, co jest źródłem kolejnych wrażeń dźwiękowych. Widzowie ciągną do nich jak do magnesu, dotykają, przykładają ciała. Możliwość fizycznego poczucia dźwięku fascynuje. Ale tylko na chwilę.

Gdy już zrozumiemy, o co chodzi, jest głośno i jednostajnie. Instrument działa i chyba nawet został nastrojony, ale trudno go sobie wyobrazić w orkiestrze. A przez większość czasu po prostu milczy, niewidzialny muzyk każe na siebie czekać do kolejnej pełnej godziny. Tymczasem to, co miało powodować wrażenie zlania się w jedno z otoczeniem (dźwięk tak samo oddziałuje na szafki, jak i na nasze ciała), jest po prostu nieprzyjemne. Niewiele osób wytrzymuje w pawilonie nawet ten krótki utwór i ratuje się ucieczką.

Widok wystawy / fot. Bartosz Górka

Przekora

Spoglądając wstecz, wydaje się, że twórczość Smoleńskiego w ostatnich latach rozwijała się prostą drogą w kierunku pawilonu w Wenecji. Wyraźnie ciągnęło go do realizacji monumentalnych. Koncerty na czaszce psa czy występy BNNT, w których Smoleński grał na swej słynnej rakiecie, przestały mu wystarczać. A jego pokazy galeryjne coraz częściej łączyły dwa pola jego zainteresowań − sztuki wizualne i muzykę, wcześniej traktowane raczej osobno. Tyle że w większej skali Smoleński stosuje zazwyczaj metody bliskie kamiennym i brązowym rzeźbom Magdaleny Abakanowicz, czyli dużo dużego.

Jeśli Smoleński ma do dyspozycji większą przestrzeń, to albo multiplikuje elementy, albo je powiększa, albo robi i to, i to. Za przykład multiplikacji może służyć instalacja Smoleńskiego w galerii Leto − organiczny tłum mikrofonów z pracy „The End of Radio”. Typową monumentalizacją był ogromny drewniany głośnik „It’s Bigger Than Me”, nawiązujący kształtem do głów z Wysp Wielkanocnych, pokazywany przy tej samej okazji w SOHO (w galerii się po prostu nie zmieścił). Ale już wcześniej Smoleński budował ściany ogromnych głośników („There’s No God”). Aż strach pomyśleć, co by wynikło, gdyby podobnie rozwijał swoje zapędy pirotechniczne, które ostatnio jakby zawiesił.

Widok wystawy / fot. Bartosz Górka

Gdy Smoleński bierze się za dźwięki, zazwyczaj musi być głośno. Na tyle głośno, by dźwięk odczuwać haptycznie, jakby przechodziła przez nas niewidzialna energia. O ile jednak instalacje prezentowane osobno, np. postindustrialnych przestrzeniach Soho, nikomu nie wadziły, a widz mógł w każdej chwili wycofać się z pola rażenia, o tyle ten poziom głośności na wystawach grupowych już razi. Gdy praca Smoleńskiego na konkursie Spojrzeń przed dwoma laty zaczynała działać, skutecznie zagłuszała wszystkich innych nominowanych. Zastosowano wtedy rodzaj kompromisu − praca była bardzo głośna, ale działała rzadko. A mimo to wydawała się butna. Artysta nie brał pod uwagę faktu, że nie jest w tej przestrzeni sam. Konkurs udało mu się wygrać, ale dowiódł jednocześnie, że sztuka potrafi być na swój sposób arogancka. Wtedy najwyraźniej doceniono jego młodzieńczą, pink-punkową niesforność.

Głośne ego

Tymczasem w Wenecji nie można mówić o punkowości ani nawet o młodzieńczości. Smoleński celuje już w bardziej dojrzałe rejestry. Nie ma tu nic z BNNT. Jest gładko, minimalistycznie, no i te dzwony. Klasyka. Tylko poziom hałasu ten sam. I − niestety − ta sama arogancja. Wprawdzie, tak jak w Zachęcie dwa lata temu, instalacja działa rzadko, ale wchodzi w nierówną grę z pozostałymi pawilonami, narzucając im decybelowe reguły. I na decybele wygrywa. Same odgłosy dzwonów wydają się częścią audiosfery Wenecji, ale głośne drgania i wibracje, które następują później, dają się odczuć w przynajmniej sześciu sąsiednich pawilonach. Im dalej, tym bardziej przypominają dźwięk włączonego odkurzacza. Po prostu przeszkadzają, zwłaszcza widzom w przylegającym do polskiego pawilonie Rumunii, gdzie trwa nieustanny, dosyć dyskretny performans.

Widok wystawy / fot. Bartosz Górka

Smoleński, pracując z dźwiękiem, nie bierze pod uwagę, że integralną częścią innych prac może być cisza. Tym samym wpisuje się więc w politykę weneckiego spektaklu, zgodnie z którą pawilony narodowe starają się nawzajem przekrzyczeć, oferując widzom skrajne przeżycia. A to złoty deszcz monet, a to instalację z tysiąca stołków, a to przeskalowaną rzeźbę. Najgorszy scenariusz jest taki, że pawilonu nikt nie zapamięta.

Z drugiej jednak strony, wystawa w polskim pawilonie nie bierze pod uwagę specyfiki zwiedzania Biennale. Ta opiera się na ciągłym strachu, że pominie się coś ciekawego. Nawet mając do dyspozycji kilka dni, trzeba ciągłe podejmować decyzję, co oglądać w całości, przy czym się zatrzymać, z czego zrezygnować. Im dłuższy film wideo, tym mniejszym cieszy się powodzeniem. Mało kto ogląda wszystkie pawilony i wystawy. Tymczasem na pawilon Polonia trzeba poczekać, albo do niego wrócić w odpowiednim momencie. Trzeba więc podjąć pewien wysiłek. A im większe poniesione nakłady, tym większe rozczarowanie.

Widok wystawy / fot. Bartosz Górka

Próżność

Ale pal sześć nakłady i weneckie przejedzenie. Sztuka wymaga poświęceń. Tyle że widz oczekuje czegoś w zamian. Instalacja obudziła we mnie wspomnienie nauczycielki, która gdy tylko w klasie pojawiał się szum, odwracała się od tablicy i ciskała kredą w kierunku, z którego jej zdaniem dochodziły szmery. Gdy jednak robiło się naprawdę głośno, zrozpaczona atakowała protekcjonalnym cytatem z wieszcza Krasickiego: „Wiesz, dlaczego dzwon głośny? Bo wewnątrz jest próżny”.

Tutaj jednak na odwrót, za dużo tego dobrego. Minimalistyczne przegadanie. Smoleński mówi: wszystko, na zawsze, nigdy więcej. Mierzy się z wielkimi kwantyfikatorami. „Na pewno” na pewno oddzielnie, „naprawdę” naprawdę razem (to ta sama nauczycielka). Chylę czoło przed takim Don Kichotem. Tyle że tym razem wyszło bardziej „bęc” niż „buch”.





Zdjęcie główne: Krzysiek Krzysztofiak


Tekst dostępny na licencji Creative Commons BY-NC-ND 3.0 PL.