Obozowe suweniry i muzeum w piwnicy
fot. Franciszek Buchner

Obozowe suweniry i muzeum w piwnicy

Karol Sienkiewicz

Wystawa Antje Majewski w Polach Magnetycznych opiera się na kruchym napięciu między słowem, obiektem i obrazem. Od dziecięcej kolekcji muszelek po całkiem dorosłe fiksacje

Jeszcze 2 minuty czytania

Wchodzisz do galerii z jej właścicielem, Patrickiem Komorowskim. Zanim zdążysz coś powiedzieć lub skomentować, Patrick pyta: „Czy pamiętasz swoją pierwszą wizytę w muzeum?”. Drapiąc się w głowę, zaczynasz grzebać palcem w tak zwanych pokładach pamięci. Może pielęgnujesz to wspomnienie jako szczególnie cenne, bo odmieniło twoje życie i nieprzypadkowo znalazłeś się w tej niewielkiej galerii na Saskiej Kępie. A może było to jakieś nieistotne wydarzenie i właściwie nie potrafisz udzielić jednoznacznej odpowiedzi – czy był to Zamek Królewski, czy Auschwitz?

Ale po chwili Patrick zaczyna snuć opowieść i szybko orientujesz się, że zadane niby mimochodem pytanie to zaledwie pretekst do opowiedzenia historii jego pierwszego kontaktu z muzeum. Jego – nie jego. Bo już przy drugim zdaniu wiadomo, że słuchasz literatury. Opowiadając, Patrick wciela się w bohatera, który wraca do swego dzieciństwa w Stanach Zjednoczonych w latach 40. A Patrick to zbyt młody mężczyzna, by pamiętał lata 70., a co dopiero drugą wojnę.

Antje Majewski, „Muzeum w garażu”

Wystawa na podstawie tekstu Sebastiana Cichockiego, Pola Magnetyczne, Warszawa, do 15 listopada 2014.

Opowiadanie przenosi go do rodzinnego domu w Rutherford. Bohater opowiada o pasji kolekcjonowania: muszli, zasuszonych owadów i wszystkiego, co wpadło w czujne oko dziecka. W piwnicy ojciec bohatera urządza mu Muzeum Ziemi na Przedmieściach, by mógł w nim uporządkować swoje zbiory. Tu zaczyna się zabawa. „Mój świat mieścił się w piwnicy”, mówi Patrick. Potem jeszcze dwukrotnie przerywa opowiadanie, zwracając się z bezpośrednim pytaniem, dzięki czemu łatwo poddać się tej specyficznej atmosferze rozmowy, utożsamić się z kolekcjonującym dzieckiem – bo kto jako dziecko nie zbierał kamieni. I może jego historia obudzi w słuchaczu podobne wspomnienia.

Patrick Komorowski oprowadza po wystawie / fot. archiwum galerii

Świat w kilku przedmiotach

To krótkie opowiadanie napisał jakiś czas temu Sebastian Cichocki, który od kilku lat pracuje jako kurator w Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie, ale nie stroni od pióra. Jego tekst to fikcyjny wywiad z fikcyjnym artystą R.S. (gdzie indziej zostaje on jednak zidentyfikowany jako Robert Smithson), rzekomo z 1971 roku. Na potrzeby wystawy Patrick umiejętnie przekształca ten wywiad w dialog z gościem galerii.

Ale słuchając, rozglądasz się. Przecież znajdujesz się na wystawie Antje Majewski. Wokół obrazy artystki o różnych kształtach i wymiarach. Przedstawiają przedmioty. Do tego na niskim drewnianym postumencie pośrodku galerii ułożono kilka pozornie niezwiązanych ze sobą rzeczy – to śruby, części większych mechanizmów, dwie muszle, pożółkła kość, czarna kulka zamknięta w drewnianym kulistym pudełku, tłuczek do ziemniaków. Trudno dojść przeznaczenia niektórych z nich. Patrick wykorzystuje je podczas opowiadania. Nie jest to jakaś szczególna konstelacja rzeczy – przedmioty, które straciły swą pierwotną użyteczność, dziś są po prostu intrygujące.

Tymczasem wojna dobiegła końca. Do bohatera „docierały różne historie”, ale Patrick mówi: „Tworzyłem swoje własne muzeum na podstawie prywatnych kanonów”. Tak jest też tutaj.

fot. Franciszek Buchner

Muszle, kamienie, plastikowy piesek

Tekst Cichockiego był dla Antje Majewski źródłem inspiracji, a dzięki Patrickowi staje się integralną częścią doświadczenia, jakim jest wystawa. Składa się na nią kilkanaście obrazów rozwieszonych na ścianach czy ustawionych na podłodze, podtrzymywanych kamieniami. Obrazy pochodzą z różnych cykli Majewski z lat 2012–2013, zatytułowanych: „Dublety”, „Oryginały”, „Bliźnięta” czy „Narzędzia”, tu wymieszanych ze sobą. Rozpoznamy na nich kilka przedmiotów z prywatnego zbioru artystki, które znajdują się na postumencie: muszlę z siatką pęknięć, która może przywodzić na myśl mapę czy połączenia nerwowe, skamieniałą kość, okrągły czubek wiertła. Ale namalowanych przedmiotów jest więcej – niektóre trzymane w dłoni, jakby w ten sposób pozowały.

Przedmioty namalowane w cyklu „Oryginały” Majewski oglądała w muzeum na Santorynie, poświęconym starożytnej cywilizacji wyspy. Przeznaczenie dzbanka jest oczywiste, ale do czego służył dziwny kamień? Dlaczego znalazł się w muzeum? Obiekty z cyklu „Dublety” artystka kupiła na pchlim targu, przed Muzeum Kultur Świata we Frankfurcie. Zastępują artefakty z samego muzeum. To muszle czy skamieniała kość. „Bliźnięta” pochodzą z berlińskiej pracowni nieżyjącej już artystki Jeanne Mammen, która zaczynała tworzyć w latach 20. XX wieku, ale z pełną świadomością przerwała karierę w czasie, gdy Niemcami rządzili hitlerowcy. W jej studiu Majewski znalazła m.in. muszlę z perłą, muszlę ślimaka tygrysiego i szary kamień przypominający kształtem niedźwiedzia.

Ale są tu też przedmioty o randze szczególnej, chociaż tutaj, namalowane, na pierwszy rzut oka niczym się nie wyróżniają. W cyklu „Miniatury” Majewski sportretowała niewielkie obiekty, które tworzyły więźniarki obozu koncentracyjnego w Ravensbrück. Służyły jako talizmany czy drobne upominki dla innych więźniarek, często wykonane z plastikowych szczoteczek do zębów dostarczanych przez Międzynarodowy Czerwony Krzyż. To na przykład miniaturowy piesek. Siatka skojarzeń zapętla się w jakiś supeł. Dalekim echem odbijają się „różne historie”, które pod koniec wojny docierały do uszu amerykańskiego dziecka, przyszłego artysty.

fot. Franciszek Buchner

Wiertła

Wśród malarstwa dominują jednak obrazy z cyklu „Narzędzia”, w których tytułowe instrumenty zostały niepokojąco powiększone. Dwa wysokie wiertła ustawione w przestrzeni wyznaczają wertykalne osie wystawy. Inne obrazy zdają się kręcić wokół nich. Kolejne wiertło, widziane z perspektywy okrągłego końca, kieruje się prosto na nas. Ale na obrazie nie wygląda groźnie. Przez chwilę trzeba się nawet zastanowić, co on właściwie przedstawia.

Znajdziemy tu i lejek, i klucz rowerowy, części niezidentyfikowanych bliżej maszyn. I tak jak wszystko w procesie zbieractwa i umuzealnienia, także one przestają być użyteczne. A na obrazach lekko się rozmywają – nieprecyzyjne, z widocznymi dotknięciami pędzla i zaburzoną skalą. Po malarsku delikatnie krzywe.

Do tego przy bliższym oglądzie okazuje się, że Majewski maluje te przedmioty… na innych przedmiotach, które w ten sposób zmieniają swoją funkcję. Okrągły obraz mieści w sobie blat stołu. Zawiasy przy dwóch obrazach zdradzają, że kiedyś były to drzwiczki kuchennej szafki. A wysokie, podłużne płótna z wiertłami zostały naciągnięte na elementy ze starego łóżka piętrowego. To też przedmioty, ale jednak obrazy. Przedmioty na nowo użyteczne. Gra, gra, gra.

fot. Franciszek Buchner

Garaż w piwnicy

Gdy Cichocki pisze o muzeum w piwnicy, Majewski, chyba przez pomyłkę, mówi o „Muzeum w garażu” – taki tytuł nosi jej wystawa. A może nie przez pomyłkę – bo współpracują ze sobą od lat. Jego tekst goni jej obraz, a tuż za nim podąża kolejny tekst.

Można powiedzieć, że całe przedsięwzięcie porusza się w obszarach modnych dyskursów. Z jednej strony to ukłon w stronę teorii rzeczy i – szerzej – posthumanistyki, tak bardzo obecnej chociażby na ostatniej edycji documenta w Kassel. Z drugiej zaś strony opowiadanie Cichockiego to przykład nieortodoksyjnego kuratorstwa i pisania o sztuce, w którym wystawę może zastąpić tekst, najlepiej fikcyjny. Cichocki należy w Polsce do nielicznych przedstawicieli tego nurtu, ale poza granicami naszego kraju poruszanie się po marginesach bywa w mainstreamie. Tu jednak teoria została perfekcyjnie przekształcona w praktykę. W doświadczenie obcowania ze sztuką i literaturą mówioną.

Taki intymny kontakt nie byłby możliwy w każdej galerii. Do Pól Magnetycznych wchodzi się przez kuchnię i salon prywatnego mieszkania Patricka Komorowskiego i Guni Nowik. Każdego gościa traktuje się tu indywidualnie. Kontakt ze sztuką jest jednocześnie kontaktem z galerzystami, opiekunami tego miejsca. Przypuszczam, że dla przeciętnego odbiorcy, nie krytyka, przyjście tu wymagać będzie przełamania pewnych oporów. To jednak przestrzeń półprywatna. Ale warto się przełamać. Nikt nie zostanie pominięty. Każdy usłyszy pytanie i każda odpowiedź zostanie wysłuchana. I nawet ten tytułowy „garaż” pasuje do niewielkiej przestrzeni galerii w willowej dzielnicy Warszawy. A kamienie podtrzymujące niektóre obrazy pochodzą z przydomowego ogródka.


Tekst dostępny na licencji Creative Commons BY-NC-ND 3.0 PL.