W

W

Georges Perec

Jeszcze 4 minuty czytania


I

Długo się wahałem, nim zdecydowałem się opowiedzieć o mojej wyprawie do W. Zabieram się do tego dziś, przymuszony wyższą koniecznością, w przekonaniu, iż wydarzenia, których byłem świadkiem, winny ujrzeć światło dzienne. Miałem mnóstwo skrupułów, a nawet — nie wiem czemu — mnożyłem preteksty, które mogłyby mnie przed tym powstrzymać. Przez długi czas chciałem zachować dla siebie to, co zobaczyłem; nie do mnie należało rozgłaszanie czegokolwiek o powierzonej mi misji — po pierwsze dlatego, że nie można chyba uznać jej za wypełnioną (ale czy ktoś potrafiłby tego dokonać?), po drugie zaś ten, kto mi ją powierzył, również zniknął.

Długo nie potrafiłem podjąć decyzji. Powoli zacierały się w mej pamięci niejasne wypadki tamtej podróży. Ale moje sny wypełnione były upiornymi miejscami i krwawymi zmaganiami — zdawało mi się, że wciąż jeszcze słyszę wrzask tłumów i widzę rozpostarte proporce, szarpane nadmorskim wiatrem. Niepojętość tego wszystkiego, groza i fascynacja mieszały się w otchłani mych wspomnień.

Przez długi czas usiłowałem odnaleźć jakieś ślady tej mojej historii: szperałem w mapach i kronikach, zgłębiłem góry archiwaliów. Nie znalazłem niczego i czasem wydawało mi się, że to wszystko jest tylko snem — koszmarem, którego nie da się zapomnieć.

„W albo wspomnienie z dzieciństwa”

Na pierwszy rzut oka wątki narracyjne, z których składa się książka, nie mają z sobą nic wspólnego — tymczasem okazują się splecione w nierozerwalną całość.

O genezie jej powstania wspomina krótko sam Perec w rozdziale drugim. Ale co łączy obiecujący początek powieści przygodowej o człowieku, który przywłaszczył sobie cudzą tożsamość (nie mówiąc już o opisaniu fikcyjnej wyspy W) z poszukiwaniem najwcześniejszych wspomnień i próbą ustalenia faktów, na których pisarz, pozbawiony zwyczajnego dzieciństwa, pragnie zaczepić swą zagubioną, zapomnianą tożsamość? Na to pytanie musimy odpowiedzieć sami. I nie tyle może zrozumieć, ile odczuć to, o czym naprawdę opowiada ta książka.[...]

Twórczość Pereca, podobnie jak twórczość Joyce’a zaprasza do poszukiwania ukrytych w wielu warstwach, wymiarach, przestrzeniach pułapek, forteli i nici łączących pomiędzy sobą poszczególne jego dzieła oraz to, co napisał, z jego rzeczywistym życiem. Czemu zatem wątek Wincklera z pierwszej części „W” zostaje przerwany? Co symbolizują wakaty i wielkie (...) rozdzielające obie części książki? Dlaczego nie do końca wiemy, czy to właśnie Winckler relacjonuje nam — niczym sprawozdawca sportowy, który następnie przemienia się w wojennego korespondenta — sytuację na W? Dlaczego książka nosi tytuł „W albo wspomnienia z dzieciństwa”, a nie „W oraz wspomnienia z dzieciństwa”? I jak to się dzieje, że owe wspomnienia, których nic na pierwszy rzut oka nic nie łączy z początkiem urwanej powieści przygodowej i opowieścią o tajemniczej wyspie, splatają się w nierozerwalną całość — na to sami już musimy szukać odpowiedzi.

Wawrzyniec Brzozowski
fragment z posłowia do książki

Lat temu..., w Wenecji, w jakiejś podłej knajpie w Giudecce, zobaczyłem wchodzącego mężczyznę, który wydał mi się znajomy. Pospieszyłem ku niemu, lecz nim do niego dotarłem, już bełkotałem jakieś słowa przeprosin. Nikt przecież nie mógł ocaleć. To, co widziałem na własne oczy, zdarzyło się naprawdę — liany rozsadziły spojenia murów, domy pochłonęła puszcza; stadiony zasypał piasek, pojawiły się tysiące kormoranów i zapadła nagle mrożąca krew w żyłach cisza. Cokolwiek się wydarzy, cokolwiek bym uczynił, pozostanę jedynym depozytariuszem, jedyną żywą pamięcią, ostatnim reliktem tamtego świata. I to właśnie, bardziej niż jakiekolwiek inne racje, sprawiło, że zdecydowałem się go opisać.

Już z tego, co napisałem wyżej, uważny czytelnik mógł bez wątpienia wywnioskować, że nie byłem aktorem tamtych wydarzeń, a jedynie ich świadkiem. Nie jestem bohaterem tej historii. Nie jestem nawet, ściślej rzecz biorąc, jej kronikarzem. Jeżeli nawet to, co zobaczyłem, zmieniło bieg mojego życia, aż do tamtej chwili pozbawionego znaczenia, i nadal ciąży mi nieznośnie, wpływając na moje poczynania i postrzeganie świata — chciałbym w mej opowieści posłużyć się chłodnym i wyważonym językiem etnologa. Po prostu zreferować to, co widziałem w tamtym, nieistniejącym już świecie. Nie trawi mnie gorączka szaleństwa kapitana Achaba, lecz wypełniają sny na jawie Izmaela i niezmącona cierpliwość Bartleby’ego. I to do nich — któryż to już raz — zwracam się, by zechcieli posłużyć mi za opiekuńcze cienie. Niemniej, by uczynić zadość ogólnie panującym zasadom — których zresztą nie kwestionuję — opiszę wpierw, możliwie najzwięźlej, kilka faktów z mego życia, a szczególnie okoliczności, które doprowadziły do mojej wyprawy.

Przyszedłem na świat 25 czerwca roku 19..., około godziny czwartej nad ranem, w R. — złożonej z trzech jedynie dymów maleńkiej osadzie w pobliżu A. Ojciec posiadał tam niewielkie gospodarstwo. Nie ukończyłem jeszcze sześciu lat, gdy zmarł na skutek odniesionej rany. Zostawił mi po sobie jedynie długi, a cały mój spadek ograniczał się do kilku sprzętów, jakiejś pościeli i trzech, może czterech naczyń. Jeden z dwóch sąsiadów zaofiarował się, że mnie zaadoptuje — dorastałem zatem w jego rodzinie, po trosze jako syn, a po trosze parobek.

W wieku lat szesnastu opuściłem R. i udałem się do miasta. Imałem się tam rozmaitych zajęć, ale ponieważ nie znalazłem żadnego, które by mi się spodobało, zaciągnąłem się w końcu do armii. Ponieważ nawykłem do posłuszeństwa i byłem nadzwyczaj odporny fizycznie, zostałbym pewnie dobrym żołnierzem, wkrótce jednak zdałem sobie sprawę, że nigdy nie zdołam przystosować się do wojskowego życia. Po roku spędzonym we Francji, w centrum szkoleniowym w T., wysłano mnie do akcji — wytrzymałem piętnaście miesięcy. Będąc na przepustce w V., zdezerterowałem. Dzięki organizacji pacyfistów zdołałem przedostać się do Niemiec i przez dłuższy czas pozostawałem bez pracy. W końcu zaczepiłem się w H., opodal granicy z Luksemburgiem, gdzie znalazłem zajęcie jako smarowacz w największymwarsztacie samochodowym w miasteczku. Zamieszkałem w małym pensjonacie i większość wieczorów spędzałem w piwiarni, oglądając telewizję, czasem też grywając w tryktraka z którymś z kolegów z pracy.

II

Nie mam wspomnień z dzieciństwa. Całą moją historię do niemal dwunastego roku życia mogę streścić w kilku linijkach: ojca straciłem w wieku czterech lat, matkę, kiedy miałem sześć; wojnę spędziłem w kilku internatach w Villard-de-Lans. W roku 1945 adoptowała mnie siostra mojej matki razem ze swym mężem.

Przez długi czas ów brak historii działał na mnie uspokajająco — obiektywna suchość, absolutna przejrzystość i niewinna prostota znanych mi faktów zdawały się mnie chronić. Ale przed czym miałyby mnie chronić, jeśli nie przed moją historią? Historią moich przeżyć, historią prawdziwą, moją własną historią, która — jak można przypuszczać — ani nie składała się z suchych faktów, ani też nie była tak obiektywna, prosta, oczywista i niewinna.

„Nie mam wspomnień z dzieciństwa” — stwierdziłem to z przekonaniem, niemal wyzywająco. Nikt nigdy nie wypytywał mnie w tej sprawie. Osobista historia nie została wpisana w mój program. Oszczędzono mi jej. Inna historia, ta wielka ze swoim toporem, odpowiedziała już za mnie — wojna, obozy koncentracyjne.

 

3 marca o 18.00 w księgarni Lokator w Krakowie odbędzie się promocja książki Georges'a Pereca oraz spotkanie z tłumaczem, Wawrzyńcem Brzozowskim. Spotkanie poprowadzi Jerzy Franczak.

Gdy miałem trzynaście lat, wymyśliłem, opisałem i narysowałem pewną historyjkę. A potem o niej zapomniałem. Sześć lat temu, pewnego wieczoru w Wenecji, nagle powrócił do mnie jej tytuł — W — i pomyślałem sobie, że w pewien sposób opowiadała ona, jeśli nawet nie o wielkiej historii, to przynajmniej o moich przeżyciach z dzieciństwa. Poza znienacka wskrzeszonym tytułem praktycznie nie pamiętałem nic o W. To, co pozostało mi w pamięci, nie zajmuje nawet dwóch wersów — chodziło o życie społeczeństwa zajmującego się wyłącznie sportem na wysepce w okolicach Ziemi Ognistej.

Kolejny raz dały o sobie znać pułapki pisania. Kolejny raz byłem jak dziecko bawiące się w chowanego, które nie jest pewne, czego bardziej się boi: czy woli pozostać w kryjówce, czy chce, by je odnaleziono. Nieco później trafiłem na moje rysunki z tamtego okresu. Opierając się na nich, po raz wtóry wymyśliłem i spisałem historię W — ukazywała się w odcinkach w „La Quinzaine littéraire” pomiędzy wrześniem roku 1969 a sierpniem 1970 roku.

Dziś, po czterech latach, postanowiłem zakończyć powolne rozwikływanie tego szyfru — czyli określić granice i nadać temu ostateczny tytuł. W nie bardziej przypomina teraz moje dziecięce olimpijskie fantazje, niż wówczas owe fantazje przypominały moje dzieciństwo. Ale wiem, że w sieci z nich utkanej i w sposobie, w jaki je dziś odczytuję zawarta jest i opisana droga, którą przebyłem — ścieżki mojej historii i historia mojej wędrówki.

III

Mieszkałem w H. od trzech lat, kiedy to rankiem 26 lipca 19... roku moja gospodyni przekazała mi pewien list, wysłany dzień wcześniej z K. — oddalonego o 50 kilometrów miasta o niejakim znaczeniu. Otwarłem kopertę; list napisany był po francusku. Znakomitej jakości papier nosił nagłówek
Otto APFELSTAHL, MD
poniżej którego widniała doskonała w rysunku tarcza herbowa, jednakże ignorancja w materii heraldyki nie pozwoliła mi jej zidentyfikować lub choćby odczytać. Zdołałem jedynie rozpoznać dwa z pięciu składających się na herb symboli: umieszczoną centralnie blankowaną basztę na całą wysokość tarczy i otwartą księgę z pustymi stronicami widniejącą na dole po prawej. Trzy pozostałe, pomimo mych wysiłków, pozostały dla mnie całkowicie niejasne; nie chodziło przy tym o abstrakcyjne symbole — nie były to na przykład szewrony, pasy czy też romby, lecz zdublowane jakby, nałożone na siebie figury o rysunku zarazem dokładnym i rozmytym. Wyglądało na to, iż można je interpretować na kilka sposobów, żadnego nie mogąc uznać za jedyny właściwy — pierwsza mogłaby ewentualnie przedstawiać wijącego się węża, pokrytego w miejsce łuski liśćmi wawrzynu; druga dłoń, która zarazem jest korzeniem; trzecia zaś uchodzić by mogła równie dobrze za gniazdo, jak i za palenisko, koronę cierniową albo i krzew gorejący, a nawet przebite serce.

Brak było adresu lub choćby numeru telefonu. List zawierał jedynie następujące słowa:

„Szanowny Panie,
bylibyśmy niezmiernie wdzięczni, gdyby zechciał Pan wyrazić zgodę na spotkanie z nami w pewnej dotyczącej Pana sprawie.
W piątek 27 lipca będziemy w hotelu Berghof pod numerem 18 przy Nurmbergstrasse, gdzie od godziny 18 oczekiwać będziemy na Pana w hotelowym barze.
Dziękujemy z góry, prosząc jednocześnie o wybaczenie, iż nie możemy na razie dostarczyć Panu obszerniejszych wyjaśnień.
Łączymy wyrazy najszczerszego szacunku”.

Poniżej widniał niemal nieczytelny podpis, który jedynie dzięki nagłówkowi mogłem rozszyfrować jako „O. Apfelstahl”.

Łatwo zrozumieć, że z początku list ten napełnił mnie strachem. Najpierw pomyślałem o ucieczce: zostałem rozpoznany i chodzi o szantaż. Potem jednak zdołałem opanować lęk: to, że został napisany po francusku, nie musiało wcale oznaczać, że adresowano go do dawnego mnie — dezertera z francuskiej armii. Obecnie pochodziłem oficjalnie ze Szwajcarii romańskiej, mój francuski nie dziwił zatem nikogo. Ludzie, którzy mi pomogli, nie znali mojego dawnego nazwiska i musiałby nastąpić jakiś nieprawdopodobny, niemożliwy do wyjaśnienia zbieg okoliczności, aby ktoś, kto znał mnie w poprzednim życiu, odnalazł mnie tutaj i rozpoznał. H. jest zwykłą dziurą z dala od popularnych szlaków i turyści w ogóle się nim nie interesują, a do tego większość moich dni spędzam w kanale smarowniczym albo wyciągnięty pod samochodem. A poza tym, czego mógłby ode mnie żądać ktoś, kto nieprawdopodobnym zbiegiem okoliczności odnalazłby mój ślad? Nie miałem pieniędzy i nie umiałbym ich zdobyć. Wojna, w której brałem udział, skończyła się ponad pięć lat temu i było bardziej niż prawdopodobne, że zostałem objęty amnestią.

Próbowałem rozważyć, najspokojniej jak umiałem, wszelkie domysły, jakie nasunąć mógł ów list. Czy był zwieńczeniem długich i cierpliwych poszukiwań? Śledztwa, powoli zaciskającego się wokół mnie? Czy ktoś myślał, że adresuje go do człowieka, którego nazwisko noszę? A może do kogoś innego, kto nazywa się tak samo? Czyżby jakiś notariusz uznał, iż odnalazł we mnie dziedzica ogromnej fortuny?

Czytałem go wciąż od nowa, za każdym razem usiłując odnaleźć jakąś dodatkową wskazówkę, ale list tylko intrygował mnie coraz bardziej. Czy owo „my” było tylko epistolarną konwencją, stosowaną niemal zawsze w korespondencji handlowej, gdy podpisany występuje w imieniu swego przedsiębiorstwa? A może miałem do czynienia z dwoma lub więcej autorami?

I co oznaczają litery MD po nazwisku Otto Apfelstahl w nagłówku? Zasadniczo — co ustaliłem dzięki podręcznemu leksykonowi, pożyczonemu na chwilę od sekretarki w pracy — mógł to być jedynie amerykański skrót od „Medical Doctor“; ale z jakiej przyczyny miałby on figurować przy nazwisku Niemca, nawet jeśli jest on lekarzem? A może należy przyjąć, że Otto Apfelstahl, mimo iż napisał do mnie z K., nie jest Niemcem, lecz Amerykaninem? Nie byłoby w tym nic dziwnego — przecież wielu Niemców wyemigrowało do Stanów Zjednoczonych; nie brak też amerykańskich medyków pochodzenia niemieckiego lub austriackiego. Ale czego mógłby chcieć ode mnie amerykański lekarz? I co może robić w K.? Czy, niezależnie od narodowości, można sobie wyobrazić doktora medycyny, który umieściłby na papierze listowym wskazówkę co do swej profesji, zastępując jednocześnie informacje, jakich należało by oczekiwać od lekarza (adres domowy lub gabinetu, numer telefonu, godziny przyjęć, stanowisko w szpitalu itp.) herbową tarczą, równie niedzisiejszą jak i tajemniczą?

Cały dzień zastanawiałem się, co należy zrobić. Czy powinienem udać się na spotkanie? A może uciec natychmiast, by gdzieś indziej — w Australii lub w Argentynie — rozpocząć nowe życie w ukryciu, znów fabrykując sobie kruche alibi jeszcze jednej przeszłości i kolejnej tożsamości? W miarę jak upływały godziny, mój lęk zastępowała niecierpliwa ciekawość i zacząłem sobie wyobrażać w gorączce, iż spotkanie to odmieni całe moje życie. Wieczór spędziłem częściowo w miejskiej bibliotece, wertując słowniki, encyklopedie i kroniki, w nadziei, że natknę się na jakieś informacje o Otto Apfelstahlu, a przynajmniej na nowe wskazówki co do skrótu „MD” lub symboliki herbu — całkiem jednak na próżno.

Nazajutrz rano, powodowany natrętnym przeczuciem, wrzuciłem do torby podróżnej nieco bielizny na zmianę oraz to, co mógłbym nazwać, gdyby nie zakrawało to na kpinę, moimi najcenniejszymi dobrami: tranzystorowe radyjko, srebrny kieszonkowy zegarek (znakomicie mógł uchodzić za spadek po pradziadku), kupioną w V. małą figurkę z macicy perłowej i osobliwą, rzadką muszlę, przesłaną mi pewnego dnia przez moją wojenną matkę. Czy zamierzałem uciec? Nie wydaje mi się — chciałem być tylko przygotowany na każdą ewentualność. Uprzedziłem gospodynię, że pewnie nie będzie mnie przez kilka dni i zapłaciłem, co byłem jej winien. Właścicielowi warsztatu powiedziałem, że zmarła moja matka, w związku z czym muszę udać się do D. w Bawarii, aby ją pochować. Dał mi tydzień urlopu i zapłacił kilka dni przed terminem za miesiąc, który właśnie się kończył. Udałem się na dworzec i zostawiłem bagaż w jednej ze skrytek. A potem w poczekalni drugiej klasy, siedząc nieomal pośrodku grupy portugalskich robotników, którzy wybierali się do Hamburga, czekałem, aż nadejdzie szósta.

Fragment pochodzi z książki Georges'a Pereca „W albo wspomnienie z dzieciństwa”, która w marcu ukaże się w przekładzie Wawrzyńca Brzozowskiego w wydawnictwie Lokator.