Raj rzucony na drugą stronę Wisły
ul. Jakubowska w Warszawie / fot. Błażej Pindor

13 minut czytania

/ Obyczaje

Raj rzucony na drugą stronę Wisły

Krzysztof Środa

19 czerwca 2014 roku na środku parceli leżał kot. Niby czarny, ale nie całkiem. Właściwie brudnoszary. Jeszcze jedno niepowodzenie. I jeszcze jedno oszustwo – bo chociaż wyglądał na martwego, martwy nie był

Jeszcze 3 minuty czytania

Żeby trafić na ulicę Jakubowską, tak jak na każdą inną, trzeba wiedzieć, gdzie ona jest. Tyle że położenie Jakubowskiej znają nieliczni. Mimo że wielu mieszkańców miasta często bywa od niej niemal na wyciągnięcie ręki – bardzo nieliczni. Mało kto ma powód, żeby tamtędy chodzić.

Tymczasem, żeby na nią trafić, wystarczy wysiąść na rondzie Waszyngtona z dowolnego jadącego ze śródmieścia autobusu, przeciąć chodnik i zejść po schodkach. Początkowo nie ma się wrażenia, że jest się na ulicy – to tylko kawałek chodnika biegnącego między ogrodzeniem z metalowych prętów a pochyłym trawnikiem. Nie należy się jednak niecierpliwić. Przeciwnie, należy się cofnąć, usiąść na trzecim od dołu stopniu schodów i przyjrzeć się wkomponowanej w ogrodzenie murowanej ściance. Na szarym tynku ktoś wyrysował czerwoną farbą w sprayu niezrozumiały hieroglif. Niby nic nadzwyczajnego, ale 19 czerwca 2014 roku tuż obok, po lewej stronie, stało czerwone plastikowe krzesło. Nawet jeśli nie będzie tam stało wiecznie, zawsze będzie można to sobie wyobrazić. Nie ma przecież gwarancji, że gdy już znajdziemy się na Jakubowskiej 16, zastaniemy tam ciekawsze zestawienia barw, form i powierzchni. Chociaż kto wie. 

Bez przesady, wystarczy minuta lub dwie. Potem trzeba zejść na sam dół schodów i skręcić w prawo. Po kilkunastu krokach mija się tabliczkę z napisem „Jakubowska” i wtedy wiadomo już, że jest się prawie na miejscu, tym bardziej, że ulica odzyskuje kanoniczną formę – pojawia się jezdnia z obu stron ograniczona chodnikami.

MAGAZYN dwutygodnik.com I WARSAW GALLERY WEEKEND 

We wrześniu 2014 r. wspólnie z Warsaw Gallery Weekend wydaliśmy magazyn na papierze nie tylko o warszawskiej scenie artystycznej. Na jego łamach Krzysztof ŚrodaŁukasz Najder wędrowali pomiędzy galeriami na prawym i na lewym brzegu Wisły. „Rysia”, bywalec warszawskich salonów, opowiadał Karolowi Radziszewskiemu o życiu artystycznym stolicy od lat 60. do dzisiaj, Stach Szabłowski spotkał się z warszawskimi kolekcjonerami, Włodzimierz Karol Pessel zszedł do warszawskich kanałów, a Iwo Zmyślony rozmawiał z artystami i galerzystami związanymi z WGW. Całą zawartość magazynu udostępniamy teraz na naszych łamach. 

Warsaw Gallery Weekend to wspólna impreza 22 warszawskich prywatnych galerii i fundacji sztuki współczesnej, które od 4 lat na ostatni weekend września przygotowują nowe wystawy i wydarzenia towarzyszące (koncerty, wykłady, spacery). Kolejny WGW odbędzie się w dniach 25-27 września 2015.

Budynek oznaczony numerem „16” i napisem „Dom funkcjonalny” ogrodzony jest drucianą siatką. Po jej drugiej stronie, na wąskim pasie trawnika, stoi figura, zdaje się gipsowa, kobiety z dłońmi złożonymi do modlitwy. Jej pochylona twarz zachowała szlachetną, delikatną formę, ale palce, obmywane przez lata kwaśnymi deszczami, wyglądają, jakby toczyła je jakaś ponura choroba. Właściwie ich nie ma.

Tak, tutaj można się zatrzymać na dłużej niż kilka minut, ale jeśli ktoś zechce znaleźć się za pół godziny pod adresem „Londyńska 13”, będzie musiał cofnąć się o kilkanaście kroków, żeby skręcić w prawo w ulicę Estońską, gdzie wszystko wygląda tak, jak powinno wyglądać w tym miniaturowym, choć rzuconym na gorszą stronę Wisły raju, jakim jest Saska Kępa.

Gdy Estońska skończy się, a skończy się zaskakująco szybko, trzeba skręcić w lewo, w Berezyńską, równie ładną, uspokajającą i oszukańczą. Bo czy świat może wyglądać aż tak przyjemnie? Nie, nie może. Tę kiełkującą intuicję potwierdza pusta parcela, która po kilku minutach pojawia się niespodziewanie po lewej stronie. Wystarczy na nią spojrzeć, by zrozumieć, że jest świadectwem jakiejś porażki. 

19 czerwca 2014 roku na jej środku leżał kot. Niby czarny, ale nie całkiem. Właściwie brudnoszary. Jeszcze jedno niepowodzenie. I jeszcze jedno oszustwo – bo chociaż wyglądał na martwego, martwy nie był. Pewnie więc on również nie będzie tam leżał wiecznie. Ale i bez niego ten kawałek przestrzeni powinien zachować ozdrowieńczą moc budzenia wątpliwości.

Kiedy problematyczną, jak się okazało Berezyńską, przetnie zamaszystym gestem ulica Francuska, lepiej od razu przejść na jej drugą stronę. Tak jakby jej nie było. Lepiej też minąć obojętnie znajdującą się na przeciwległym rogu skrzyżowania, kuszącą pozorami życia, restaurację Republica Italiana.

Dalszy ciąg Berezyńskiej jest równie usypiający, jak jej początek, ale nie należy się zrażać. Niepokoić może tylko to, że ulica ta, podobnie jak kilka sąsiednich, nie biegnie po linii prostej, lecz po łuku. Jeszcze przed chwilą można było mieć nadzieję, że po kwadransie przetnie się z Londyńską, ale teraz, z każdą minutą staje się coraz bardziej oczywiste, że jej krzywizna zmusi przechodnia do znalezienia się na nieprzyjemnie szerokiej i zbyt dobrze znanej alei Waszyngtona.

Na szczęście, gdy widzi się już jeżdżące po Waszyngtona autobusy i tramwaje, sytuacja zmienia się niespodziewanie. Domy i płoty po prawej stronie kończą się i odsłania się nieforemny, choć spory trójkąt ziemi porośniętej zaniedbaną zielenią. Odpychająca forma stacji benzynowej stojącej tam, gdzie powinien znajdować się jego wierzchołek, sprawia, że wrażliwy tym razem przechodzień zaczyna rozglądać się niespokojnie na boki. A kiedy zaczyna się rozglądać, myśląc już być może o tym, by po prostu zawrócić, nie może nie zauważyć wydeptanej w trawie ścieżki. Tak, trzeba w nią skręcić. I zaraz potem zatrzymać się.

Trzeba się zatrzymać, ponieważ właśnie tu krzyżują się i mieszają obce sobie przestrzenie i energie. Pierwsza zagadka to ściana domu zasłoniętego wprawdzie z dwóch stron przez potężne drzewa, ale na tyle nieskutecznie, że widać na niej wyłożone luksferami okno – szerokie na niecałe pół metra, ale wysokie na metrów co najmniej cztery. Dzięki temu, że nie widać nic więcej, ta prosta forma cieszy i zastanawia. Na ścianie domu po prawej, dla odmiany śmiało odsłoniętej, też nie widać w zasadzie nic poza jednym oknem. Wciśnięte w jej prawy dolny róg, śmiesznie małe, a na dodatek zwieńczone łukiem, wygląda na żart. Jednak ciężka powaga wysokiej ściany sprawia, że żart ten nie jest w stanie rozładować atmosfery. Trzeci dom, tym razem po lewej, biały, przeszklony i niebrzydki, po prostu tu nie pasuje. Być może dlatego stoi pusty. Jest zbyt nowy.

Ścieżka zaraz do niego doprowadzi, ale gdy już tak się stanie, przechodzień zauważy ogromną jabłoń, która odwróci jego uwagę od architektury. Wydawałoby się, że nie ma tak dużych jabłoni – metrowej grubości pień rozgałęzia się na pięć potężnych konarów na tyle równomiernie, że zwieszające się z nich gałęzie tworzą doskonałą niemal zieloną kopułę.

ul. Londyńska / fot. Błażej Pindor

Trzeba jednak iść dalej, tym bardziej że po drugiej stronie ulicy Saskiej pojawia się ratunek – biegnąca równolegle do Waszyngtona ulica Adampolska. Można by ją uznać za cichą i przyjemną, gdyby nie to, że przedwojenna architektura urywa się już na jej początku. Pojawiają się kilkupiętrowe, pudełkowate bloki, wciąż estetyczne, ale zapowiadające inne, gorsze czasy. 19 czerwca 2014 roku, gdzieś w jednej trzeciej długości ulicy, tuż obok prawego krawężnika, na asfalcie leżała lśniąca stalowa kulka z motocyklowego najprawdopodobniej łożyska. Już jej tam nie ma.

Nie ma jednak czego żałować. Na końcu Adampolskiej, po lewej stronie, otoczona przez coraz potężniejsze geometryczne formy powojennego budownictwa, przetrwała ostatnia w tej okolicy willa z dawnych czasów. Przycupnięta na niewielkiej działce, na której zmieściła się jeszcze przylegająca do jej ściany szklarnia, otoczona jest okazałymi drzewami. Wykrój ich liści nie kojarzy się z niczym znanym – tak jakby nie rosły w Polsce, lecz w jakimś egzotycznym kraju. Z Google Maps można się dowiedzieć, że dwie stożkowate formy wyrastające tuż obok szklarni to uznane za zabytek przyrody metasekwoje chińskie, ale nawet tam nie da się znaleźć żadnej informacji o dwóch niezrozumiałych drzewach znajdujących się po drugiej stronie domu. Kto je zasadził? Kiedy? Co jeszcze kiełkuje w niepozornej szklarni?

Ulica kończy się, ale w ścianie zamykającego ją bloku pojawia się brama wyprowadzająca na ulicę Niekłańską. Ją też trzeba minąć, skręcając troszkę w lewo i chowając się od razu w brukowanej dróżce – to nie jest w żadnym sensie ulica – którą od alei Waszyngtona oddziela tylko jeden dom. Jeśli ktoś mieszka w Warszawie, widział go pewnie wiele razy. A może nie widział. Jadąc Waszyngtona, można go nie zauważyć. Jest bowiem, od tamtej strony, nijaki, wręcz żaden. Jakby go nie było. Ale od tej strony jest zupełnie inaczej. Jak? Długo by opowiadać. Tyle że nie ma na to czasu. Nie można jednak nie wspomnieć o dwóch skrzynkach transformatorowych, zamkniętych metalowymi drzwiczkami i dodatkowo zabezpieczonych romboidalną kratą z żelaznych prętów. W każdą z nich wkomponowany jest owal ze znakiem błyskawicy. Abstrahując od ogranej symboliki tego przekazu, warto zwrócić uwagę na jego oszczędną formę i stonowaną kolorystykę.

Potem trzeba pójść prosto, zaułkiem między domami i nie rozczarować się tym, że zamiast trafić na Londyńską, trafiło się na Międzynarodową. Błąd, lecz nieduży. Dzięki niemu, przechodząc przed barem Fregata, można zwrócić uwagę na pewien detal. Wystawione przed lokalem stoliki osłonięte są plandeką rozpostartą na metalowym szkielecie. Dwa słupki, między którymi musi przejść każdy, kto tu wchodzi, wmurowano w chodnik. Żeby to zrobić, trzeba było wyjąć kilka kostek, z których jest on ułożony, a potem odsłonięte miejsce zalać betonem. Takie prace wykonują na ogół ludzie, po których nie spodziewamy się wrażliwości. Tym razem, zdaje się, było inaczej. Zanim betonowa papka zastygła, ktoś powtykał w nią muszelki – te małe, karbowane, które znajduje się nad Bałtykiem, i kilka większych, przywiezionych znad innego morza. Większość wykruszyła się i pozostały po nich tylko wytłoczone w betonie obłe formy. Dzięki temu do tych optymistycznych, nawet jeśli sentymentalnych kompozycji wkradł się komplikujący wszystko wymiar czasu.

Soho na Mińskiej / fot. Błażej Pindor

W Międzynarodową skręca się w prawo, potem znów w prawo, w Angorską, i chwilę później w lewo. Londyńska. Dom z numerem 13 niczym nie zwraca na siebie uwagi, dlatego łatwo go minąć. Jeśli tak się zdarzy, będzie można zobaczyć, po lewej stronie, garaż z białej cegły. Na jego ścianie ktoś napisał „Witamy w piekle”. 19 czerwca 2014 roku na tyłach garażu, na wystawionej pod śmietnik wersalce siedział siwy mężczyzna. Znad rzędu przystrzyżonych krzewów wystawała tylko jego głowa.

Żeby dostać się stąd najkrótszą drogą na Mińską, trzeba zawrócić. Nie wygląda na to, ale po drugiej stronie Waszyngtona ulica Międzynarodowa ma swój dalszy ciąg. W ogóle nie wygląda na to, żeby było tam cokolwiek. Po lewej stronie ciągnie się ogrodzenie parku, a po prawej – rozległe błonia i kępy drzew. I prawie żadnych ludzi. Ogrodzenie, mimo pewnych nieregularności i ubytków, nie oferuje okazji do estetycznych medytacji. Do zatrzymania się mogą skłonić tylko te miejsca, gdzie druciana siatka całkiem wypadła z metalowych ram, w które była oprawiona. Oglądane przez puste prostokąty zielone wnętrze parku robi wrażenie innej, odległej rzeczywistości, którą widzi się na ekranie o rzadko spotykanej rozdzielczości.

Ulica zwęża się. Najpierw traci jeden chodnik, a potem pasmo jezdni, i zostaje z niej tylko brukowana alejka. Słusznie, bo tutaj nic nie przypomina już miasta. Ogrodzenie kończy się i po lewej stronie pojawia się tafla wody. Bardzo przyjemnie. Po drugiej stronie wąskiego mostku miasto jednak powraca, najpierw w postaci pojedynczych budynków, a nieco dalej – rozległej i generalnie szarej ulicy Grochowskiej.

Mało kto zna ten skrót. Żeby wejść w ulicę Mińską, łączącą się z Grochowską pod kątem jakichś czterdziestu stopni, wcale nie trzeba szukać jej odległego o dwieście metrów wylotu. Wystarczy przejść po pasach na drugą stronę jezdni i wejść w bramę bazaru Rogatka. Bazar jak bazar – chciałoby się powiedzieć. Ale nie tym razem. Ten bazar ledwo trwa. Zanika. Dlatego lepiej przejść przez jego teren jak najszybciej, nie zwracając uwagi na wywieszone w oknach kilku pawilonów informacje o możliwości ich wynajęcia.

Opuściwszy bazar, trudno nie spojrzeć na monumentalne graffiti zdobiące ścianę martwej od dawna kamienicy. Równie dobrze jednak można obejść ją po lewej stronie, żeby odkryć na bocznej ścianie mniej efektowny, lecz zastanawiający układ prostokątnych wnęk w murze. 20 czerwca 2014 roku w dwóch z nich leżało kilka par czarnych damskich butów na wysokich obcasach. Wyglądały na nowe. W jednej wnęce stała pojedyncza para, porządnie ustawiona, but obok buta, i zwrócona obcasami w stronę ulicy, a w drugiej – trzy lub cztery wymieszane za sobą bez żadnego ładu.

Wydany przez Warsaw Gallery Weekend i dwutygodnik.com
magazyn można jeszcze znaleźć w niektórych warszawskich
galeriach.
Wystarczy. Do Mińskiej zostało tylko kilkadziesiąt kroków. Gdy się je wykona, a potem pójdzie w prawo, stanie się naprzeciwko wielkiego biurowca z lat, zdaje się, siedemdziesiątych. To smutny budynek. W jednym z jego niezliczonych okien, na czwartym piętrze, mniej więcej nad głównym wejściem widać jednak biały, wdzięczny kształt przywodzący na myśl smukły, lecz dziwnie duży wazon. Wygląda na to, że stoi na parapecie. Ale czym naprawdę jest, nie wiadomo.

Mińska 25 jest tuż obok. I też nie wiadomo, czym ona jest naprawdę, ponieważ na razie widzi się tylko tabliczkę z numerem i zagrodzoną szlabanem bramę. Po jej drugiej stronie czeka mnóstwo dziwnych rzeczy. Szkoda o nich opowiadać – niech każdy dziwi się na własną rękę.


Tekst dostępny na licencji Creative Commons BY-NC-ND 3.0 PL.