Wojciech Bąkowski w Zielonej Górze
„Przechowywanie wyjaśnień”, widok wystawy, BWA Zielona Góra, 2012, fot. Mateusz Sadowski

Wojciech Bąkowski w Zielonej Górze

Jakub Bąk

Bąkowski oferuje surowe doświadczenie egzystencjalne mistrzowsko przetransformowane w obiekty artystyczne, w których nic nie jest przypadkowe i wszystko prowadzi do celu

Jeszcze 1 minuta czytania

O Wojciechu Bąkowskim pisze się wiele; o tym co ma na sobie, jak wypowiada się publicznie i co nosi w ręce. Trudniej o recenzje z wystaw, opisy prac, analizy strategii artystycznej. Czasem ktoś wspomni, że to dobre rzeczy lub, że jego fraza kojarzy się z mową mistrza Yody, ale na tym uwaga krytyki się urywa. Tymczasem Wojciech Bąkowski wystawia dużo i często, w kraju i poza granicami. I zawsze ma coś nowego w zanadrzu.

„Przechowywanie wyjaśnień”

Wojciech Bąkowski, „Przechowywanie wyjaśnień”, kurator: Michał Lasota, BWA Zielona Góra, do 8 kwietnia 2012

Poznański artysta miał to szczęście, że nie odkryto go przedwcześnie. Kiedy zaczął zdobywać popularność, był już artystą ukształtowanym, okrzepłym na wypracowanych pozycjach. Swój endemiczny kurs estetyczny utrzymuje do dziś, stale go rozwija, adaptuje nowe środki wyrazu i konsekwentnie dobudowuje kolejne warstwy dorobku.

W zielonogórskim BWA Bąkowski pokazuje zaledwie cztery obiekty. Cała wystawa przyjmuje tytuł jednego z nich – „Przechowywanie wyjaśnień”. Tytułowa praca to stary głośnik marki Unitra, szczelnie zamknięty w jednym akwarium i zatopiony w drugim, wypełnionym wodą. Głośnik cały czas pracuje, otaczająca go woda jednocześnie przenosi i tłumi dochodzący głos. Słychać, że ktoś coś mówi, ale nie słychać, kto i co dokładnie. Mamrotanie, jak zza ściany, zostało obleczone w swój plastyczny ekwiwalent: materialne źródło dźwięku i dwa szklane sześciany, dystans między nimi wypełnia woda.  Opakowanie działa zarazem jak soczewka i tłumik: izoluje akustycznie i zbliża optycznie, a kryjący się wewnątrz czarny głośnik do końca pozostaje zagadkowym obiektem.

„Przechowywanie wyjaśnień”, 2012,
fot. Mateusz Sadowski
Analogowa elektronika z końca PRL jest stałym elementem repertuaru Bąkowskiego. To jednak coś więcej niż tylko sentyment i fascynacja estetyką vintage. Stary sprzęt grający funkcjonuje tu jako nośnik pamięci. Odsyła do wspomnień pierwszych dziecięcych fascynacji audialnych, wyzwala czystą wrażliwość, dostęp do żywego odczucia tajemnicy. Stanowi znak zdegradowanego modernizmu, który dominował w otoczeniu dorastającego pokolenia artysty.

Bąkowski, mimo że działa na polu sztuk wizualnych, jest obserwatorem otaczającej go rzeczywistości tylko mimochodem. W istocie jest nasłuchiwaczem. Co więcej, jest nasłuchiwaczem coraz bardziej wyczulonym. Ostatnio zaniechał strumieni zdań i potoczystych narracji, nie parodiuje już wypowiedzi plugawych postaci z sąsiedztwa, jak robił w swoich filmach mówionych. Coraz częściej wystarczają mu subtelne naszepty, zlepy i ciągi szumów i trzasków.

Centralny punkt wystawy wyznacza obiekt o zagadkowym tytule „Myślenie czegoś innego”. Składa się ze zwisającej na kablu żarówki, która zamiast świecić, wydaje dźwięk, coś jak szum wody zza grubej ściany. Żarówka – zwykły obiekt z mieszkania (jako miejsca), i szum – niezwykłe doświadczenie mieszkania (jako czynności) – walczą o naszą myśl, próbując kierować ją gdzie indziej. Z percepcji tego dzieła, przenosimy się ku obrazom pamięci, wspomnieniom odczuć. Odtwarzamy niezwykłe natężenia świadomości, gdy nie widząc, staraliśmy się rekonstruować podsłuchiwane sytuacje – jak w opowiadaniu Roberta Musila „Wyostrzony słuch”.

Na wystawie wzrok zostaje poddany jeszcze jednej próbie. „Stój mi w oczy” to mała skrzynka, stały element wernakularnej architektury klatek schodowych. Tytuł wzywa do zajęcia pozycji na wprost „oczu” – na linii otworów w skrzynce i kryjących się w nich lamp. Okazuje się, że linia ta biegnie pod dziwnym kątem. Stanie „prosto w oczy” jednocześnie zmusza do krzywego spoglądania i w finale prowadzi do oślepienia mocnym światłem bijącym z wnętrza skrzynki.

„Stój mi w oczy”, 2012,
fot. Mateusz Sadowski
Bąkowski zdaje się być pod urokiem anestezji. Znieczulony na to, co w codziennym doświadczeniu wysuwa się na plan pierwszy, odporny na popkulturę, język władzy, manifestacje płci i modne estetyki stara się przeciągnąć widzów na swoją stronę. W Zielonej Górze najpełniej realizuje to filmem „Ćwiczenia dla prawdziwych przyjaciół”, który konsekwentnie dostraja wrażliwość odbiorcy. Film jest dość długi, ale perfekcyjnie skomponowany i zmontowany. Mimo minimalnych środków przykuwa uwagę i stopniowo uczula widza na bodźce, które zazwyczaj lekceważy. Monotonna akcja, scena po scenie, przy użyciu szumu, szarości, linii prostych, punktów i lapidarnej narracji, przywołuje intymne doświadczenia i buduje solidny emocjonalny ładunek. Szczególnie polecam uwadze kolorofon w ostatniej dyskotekowej scenie, mimo że to tylko trzy szare okręgi, efekt jest urzekający. Film o utraconej bliskości, zagubionej przyjaźni, czymkolwiek – nie ma tu sztywnych tropów interpretacyjnych. 

W przeciwieństwie do wielu artystów swojego pokolenia Bąkowski nie daje nam ani trawestacji uznanych estetyk, ani prowizorycznych prac opartych na pomyśle błahym, ale dobrze wpisującym się w bieżący dyskurs. Zamiast tego oferuje surowe doświadczenie egzystencjalne, mistrzowsko przetransformowane w obiekty artystyczne, w których nic nie jest przypadkowe i wszystko prowadzi do celu.