Zjedzeni przez murale

7 minut czytania

/ Sztuka

Zjedzeni przez murale

Olga Drenda

Street art funkcjonował przez długi czas w publicznej debacie jako zjawisko czysto estetyczne, fajne i w tej fajności naskórkowe. Głosy krytyczne, takie jak książka Frąckiewicza, słychać dopiero od niedawna

Jeszcze 2 minuty czytania

Dwa przypadki. Gdy Julien de Casabianca nakleił na ściany domów na Pradze reprodukcje dzieł Malczewskiego i Gierymskiego, jego prace zostały szybko zniszczone – być może przez miejscowych lokatorów, którzy zdecydowali się podjąć polemikę z akcją artysty i „uwolnić sztukę” na swój własny sposób. Z kolei mural Conora Harringtona stworzony w ramach warszawskiego festiwalu Street Art Doping nie spodobał się pewnemu radnemu, który wolałby zobaczyć na murze „jakiegoś Chopina”. Te dwa wydarzenia z ostatnich miesięcy dobrze ilustrują polskie problemy z szeroko rozumianą sztuką ulicy. Z jednej strony kwestię negocjacji z mieszkańcami i pytanie, czy street art może się na ich ściany wpraszać (i na ile takie ingerencje mają w ogóle rację bytu, kiedy mówimy o pracach pod patronatem władz miasta lub innej szacownej instytucji), a z drugiej – niebezpieczeństwo utknięcia sztuki ulicznej w wersji grzecznej, upupionej, w stylu akademii szkolnej z wieńcem jubileuszowym.

Dlatego książka-wielogłos Sebastiana Frąckiewicza ukazuje się w dobrym momencie: mamy szczyt streetartowej gorączki w Polsce – a dokładniej muralowej, bo to te wielkoformatowe malowidła stały się u nas synonimem sztuki ulicznej w ogóle. Murale, czyli prosty (i skuteczny, co widać po przykładzie Łodzi) element promocji miasta – lokalne władze bardzo je polubiły. W coraz to nowych miejscowościach ozdabiają kolejne łyse ściany. W efekcie robi się ładnie. Ale dokąd prowadzi ścieżka ładności? Czy nie w rejony „jakichś Chopinów”?

ddd ddd ddddAnna Szejdewik, Festiwal Out of something, Wrocław 2012Street art funkcjonował przez długi czas w publicznej debacie jako zjawisko czysto estetyczne, fajne i w tej fajności naskórkowe. Głosy krytyczne słychać dopiero od niedawna – a podejmują tematy ważne, przede wszystkim dotyczące tego, na ile sztuka we wspólnej przestrzeni miasta powinna mieć wspólnotowy charakter. Street art w swojej obecnej wersji ma częściowo grafficiarskie, nielegalne korzenie, ale w epoce miejskiego mecenatu coraz więcej łączy go z muralami z epoki PRL. Malowidła reklamujące usługi PKO czy zachęcające do dbania o zieleń (pozytywne echa tego ostatniego widać we współczesnych polskich pracach – np. we wrocławskim muralu „Sąsiedzie, pożycz szklankę cukru” Anny Szejdewik czy w znanym warszawskim neonie z krówką, przeniesionym z powodzeniem do Lublina przez Paulinę Ołowską w ramach festiwalu Open City) były nie tylko medium przedsiębiorstw i instytucji państwowych, ale też ozdabiały przestrzeń, zasłaniając ślepe ściany po powojennych wyburzeniach. Stąd wątpliwość, czy mural jako nieproszony gość ma sens, gdy powstaje w ramach miejskiego festiwalu – i czy w takich okolicznościach głosu nie powinien zabrać również mieszkaniec. Zwłaszcza, że obecność sztuki nie jest obojętna dla lokalnych społeczności, i nie chodzi koniecznie o to, że będzie im przyjemniej i weselej – zależność między obecnością street artu a gentryfikacją i stopniowym wzrostem kosztów życia w danej dzielnicy to zjawisko znane z Berlina, Barcelony, a ostatnio obserwowane we Wrocławiu.

1. Łukasz Surowiec, projekt muralu. „Tato nie płacz. Zosia”, rys. Zofia Tabiś-Hubki, 2015  
2. ZBIOK, „ I'm sorry”, Wrocław 2013 / dzięki uprzejmości artysty

Niektóre miasta, jak Katowice, Lublin czy Wrocław, w ramach lokalnych festiwali streetartowych decydują się iść w kierunku bardziej krytycznych komentarzy społecznych i powiązań z lokalnością – stąd mniejsza liczba standardowych murali (a te, które powstają, mają często wymiar krytyczny – jak praca Łukasza Surowca, który przeniósł na ścianę rysunek córki strajkującego górnika), a więcej zróżnicowanych akcji. Z kolei Łódź idzie konsekwentnie drogą, która zaprowadziła miasto do CNN – drogą ładnych murali, rozumianych jako malarstwo kolorowe, figuratywne, fantastyczno-baśniowe.

Rozmówcy Sebastiana Frąckiewicza, wśród których znaleźli się artyści, kuratorzy i organizatorzy festiwali, przedstawiają różne stanowiska (np. Michał Kubieniec, kurator katowickiego Street Art Festivalu, broni prawa do prowokacji, a Rafał Roskowiński z Gdańskiej Szkoły Muralu optuje za jak najściślejszą współpracą z mieszkańcami), trudno jednak oprzeć się wrażeniu, że wielu z nich jest zmęczonych aktualnym stanem rzeczy. Tymczasowa moda na street art w kręgach galeryjnych, gdzie i tak był traktowany jak świnka morska (ani świnka, ani morska) chyba już się zakończyła, a nie każdemu odpowiada malowanie na zadany temat i użytkowe murale-reklamy. Stąd zainteresowanie niektórych streetowych artystów, jak Pikaso czy Zbiok, tradycyjnym malarstwem albo sztuką postinternetową. Debata nad ewolucją street artu ma jeszcze jeden wymiar: podczas gdy część twórców murali czy szablonów zaczęła działać w mainstreamie, media takie jak graffiti czy vlepki zostały przejęte przez kibiców jako element osiedlowej wojny terytorialnej. Dzisiaj coraz częściej dołączają do nich murale o skrajnie zróżnicowanym poziomie artystycznym, od nieporadnych po wyrafinowane i profesjonalne warsztatowo. Niedawno pojawił się obszerny komentarz do tego zjawiska w postaci „Świętej wojny” Wojciecha Wilczyka, ale ciekawie byłoby usłyszeć też w książce Frąckiewicza głos ze środowiska malujących (zapewne anonimowy). Szkoda, że go zabrakło.

Sebastian Frackiewicz, Żeby było ładnieSebastian Frąckiewicz, „Żeby było ładnie”. Galeria Miejska Arsenał w Poznaniu, w księgarniach od lipca 2015 Słoniem w pokoju pozostaje wreszcie pytanie o los murali reklamowych z czasów PRL. Wątek ten pojawia się w książce głównie w kontekście Łodzi, niestety prowadzi do dość pesymistycznych wniosków, okazuje się bowiem, że konserwacja tych prac – niemających statusu zabytku – wiąże się z ogromnymi kosztami, co sprawia, że ich zachowanie staje pod znakiem zapytania. Malarstwo uliczne jest oczywiście z definicji sztuką nietrwałą, jednak problem dawnych, użytkowych murali (nie tylko ich zresztą, w zapomnieniu zniknęły przecież malowidła Szymona Urbańskiego pod mostem Grota-Roweckiego w Warszawie czy wiele szablonów opozycji z końca lata 80.), każe po raz kolejny zastanowić się nad tym, co i jak dzieje się z naszymi miastami. Znamienne, że wydanie książki Frąckiewicza zbiegło się w czasie z wystawą w Tychach, poświęconą obecności sztuki w przestrzeni tego miasta. Rzeźby i mozaiki z lat 60. i 70., wykonane z oficjalnego zlecenia, ale użyteczne i/lub wizjonerskie, na pewien czas stały się niewidzialnymi elementami przestrzeni miasta, ignorowanymi pozostałościami starszego projektu. Nowe sąsiedztwo – kostka Bauma czy trójwymiarowe malowidła reklamujące piwo – uwydatniły ich jakość i charakter.

Spór o murale warto wpisać w szerszą debatę o przestrzeni publicznej: o zanikaniu zieleni i „kamienowaniu” rynków w licznych polskich miastach, o styropianie i pastelozie, o reklamie mało- i wielkoformatowej, o przebudowach i bezrefleksyjnym usuwaniu z budownictwa powojennego dekoracji plastycznych. Wszystko to oczywiście w imię modernizacji i estetyzacji, ale wkrótce ten rodzaj urody może niepostrzeżenie zjeść cały kraj.

Zdjęcie na górze: mural Aryza (Urban Forms, Łódź)