Zbytek i marnotrawstwo
magro_kr CC BY-NC-ND 2.0

25 minut czytania

/ Obyczaje

Zbytek i marnotrawstwo

Rozmowa z Aleksandrą Boćkowską

Luksus – ten wulgarny, celebrycki – panoszy się po świecie i wzbudza niestety tęsknoty. Przy okazji szuka nowych rynków zbytu. Każdy szanujący się dyskont ma półkę z luksusową żywnością, gdzie można tanio kupić ośmiorniczki. Jak pisała Dana Thomas, luksus stracił blask

Jeszcze 6 minut czytania

OLGA DRENDA: Co dla ciebie było luksusowe w czasach PRL?
ALEKSANDRA BOĆKOWSKA: 4 czerwca 1989 skończyłam 16 lat. Nie zbierałam puszek, opakowań – w moim pokoleniu było to popularne hobby, no ale kupowałam (pewnie parę lat wcześniej) na Skrze plakaty z zespołami z czasopisma „Bravo”. Wątpię, czy zajmowało mnie wtedy słowo „luksus”, czy w ogóle było jakimś punktem odniesienia. Z perspektywy czasu mogę przypuszczać, że luksusem było to, co zagraniczne. Miałam materialne marzenia oczywiście – o kurtce dżinsowej, magnetofonie dwukasetowym. Czyste kasety były atrakcją, kupowało się je w Peweksie, raczej na specjalne okazje. Znalazłam niedawno list od mojej przyjaciółki pisany w lipcu 1989 roku. Spędzała wakacje w Krościenku, wypuściła się do Krosna i napisała tak: „To Krosno to rzeczywiście pustkowie. Trzy sklepy na krzyż, chyba jest nawet komis, jakiś basen i pewex ze sprzętem i kasetami. Dzwoniłam właśnie do ojca i powiedziałam, żeby przywiózł trochę dolców”. Inna, w sierpniu, pisała z Drezna: „Mile się rozczarowaliśmy (zaopatrzenie). Szczególnie fascynują mnie buty, ale muszę ograniczyć się do dwóch par (granica)”. Ja ciuchy z tamtego czasu, oprócz tej nieszczęsnej kurtki, słabo pamiętam. Pamiętam natomiast, z czasów podstawówki, że na podwórku była jedna lalka Barbie. To była lalka przechodnia, koleżanka nam ją pożyczała. Sąsiadka, starsza pani, szyła dla niej ubranka. 

Czyli Pewex. Ja pierwszy i jedyny raz w Peweksie byłam w 1993 roku, kiedy już było po wszystkim, więc ten luksus mnie ominął i nie załapałam się na słynny zapach tego miejsca, o którym mówiły mi dziesiątki ludzi. Pewex i Baltona pojawiają się w twojej książce. Może trzeba przypomnieć, dlaczego były takimi szczególnymi miejscami.
Nawet dla ludzi z elit, bywałych w świecie, samo to słowo miało powab. Nawet jeśli ironizowali. Peweksy powstały z przekształcenia sklepów dewizowych PeKaO, które działały już od 1948 roku i stworzono je po to, by ściągać waluty od obywateli, a zwłaszcza ich rodzin pozostałych za granicą. Hubert Wilk, historyk z PAN, dotarł do katalogu towarowego PeKaO wydanego w 1960 roku. Autorzy tłumaczą tam to wszystko bardzo pięknie: że chodzi o połączenie dwóch światów przedzielonych lądami i oceanami – Macierzy i Polonii. Początkowo działało to tak, że rodziny z zagranicy zamawiały i opłacały paczki dla rodzin w kraju. Z czasem te towary można było po prostu kupić w Polsce – w siedzibach banku. A w 1972 roku powstała sieć sklepów Pewex, i chyba cała ta magia polegała na tym, że były tam rzeczy niedostępne w normalnym handlu.

Listy do „Przyjaciółki”, szczególnie z lat 80. – ukazała się ich cała antologia – wskazują na to, że często wystane w kolejkach krajowe towary nie nadawały się do użytku, nie spełniały podstawowych funkcji – centralnie sterowana gospodarka przeżywała kryzys.
Ona przeżywała kryzys cały czas. Kiedy w 1981 roku rozliczano Edwarda Gierka i jego ekipę, zarzucając mu między innymi doprowadzenie państwa do kryzysu, odparł, że kryzys był zawsze i że odkąd pamięta, Biuro Polityczne zajmowało się rozmowami, dlaczego jest tak źle. A w Biurze Politycznym KC był od 1956 roku, w strukturach partii od 1949.

Aleksandra Boćkowska, „Księżyc z Peweksu. O luksusie w PRL”. Czarne, 328 stron, w księgarniach od września 2017Aleksandra Boćkowska, „Księżyc z Peweksu. O luksusie w PRL”.
Czarne, 328 stron, w księgarniach od września 2017

Nawet jeśli założyć, że listy piszą raczej ci, którzy chcą się poskarżyć, to w tych wszystkich o fatalnej kondycji handlu nie ma chyba przesady. Bardzo młody dziennikarz powiedział mi niedawno, że w świadomości jego pokolenia PRL jawi się jako piękny raj – kraina świecących neonów, życia towarzyskiego i świetnego dizajnu. Trochę zdębiałam, a potem uzmysłowiłam sobie, że on zna neony z plakatów, dizajn z reedycji i te wszystkie anegdoty o artystach w bezustannej balandze. Tymczasem kiedy rozmawia się z ówczesnymi projektantami przedmiotów czy nawet przegląda prasę z epoki, to dostaje się epopeję o niedoborach i głupich decyzjach.

Maria Chomentowska narzekała, że nie może przebić się ze swoimi krzesłami do przemysłu, a jeśli się przebije, to i tak idą one na eksport do Szwecji. Lubomir Tomaszewski – ten, którego figurki ciągle wznawia Ćmielów – nie mógł przebić się z serwisami kawowymi. Kiedy docierali do przemysłu, potem niechętnie brał to handel – jako zbyt nowoczesne. Huta szkła „Hortensja” w latach 60. pokazywała świetne rzeczy na wystawach, ale jeśli coś ładnego zostawało z produkcji eksportowej, to trafiało z powrotem do pieca, bo – jak pisano w „Zwierciadle” – „handel boi się śmielszych wzorów”. Barbara Hoff, jak się rozkręci, może godzinami opowiadać o tym, jakie miała przygody, kiedy próbowała skoordynować dostawę zamków błyskawicznych i tkaniny na spódnice. Cały ten bardzo skomplikowany system powiązań między przemysłem a handlem, a pewnie jeszcze parę innych czynników, sprawiały, że – tak – wystane w kolejkach krajowe towary nie nadawały się do użytku. 

„Eksport wewnętrzny” wskazywał na pewną znaczącą różnicę: w tym obiegu były dostępne zwyczajne dobra, czasami najtańsze, ale produkcji zagranicznej. Czy traktowano to jako gwarancję jakości?
A przynajmniej jej złudzenie. Zresztą to nie były tylko rzeczy z zagranicy, ale też polskie produkty przeznaczone na eksport. Czyli szynka krakus i oczywiście wódka. W 1987 roku w Peweksie pojawił się papier toaletowy. Mieczysław F. Rakowski wspominał w „Dziennikach politycznych”, że generał Jaruzelski strasznie się wtedy wkurzył.

Jest taka seria zdjęć Chrisa Niedenthala z peweksu z początku lat 80. To wstrząsające z dzisiejszego punktu widzenia obrazy: ludzie tłoczą się w kolejce po papierosy, ananasy w puszkach, keczup, batoniki. Mam zresztą „Informator handlowy” Peweksu z tego czasu, gdzie są detalicznie wymienione te wszystkie drobne dobra, ale też całkiem spore: wanny, kafelki, armatury, dźwigary, pustaki ceramiczne, papa asfaltowa, elektronika i samochody. Jest też bogaty wybór paczek upominkowych – w cenie od 7 do 54 dolarów.

54 dolary – to równowartość mniej więcej dwóch średnich pensji. Co można było za to zamówić?
Dyktuję: puszka polędwicy (900 g), po dwie puszki gulaszu angielskiego (400 g) i sardynek (250 g), 200 g herbaty, 250 g kawy ziarnistej Columbia Special, dwie puszki piwa niemieckiego, butelkę przyprawy „Ketchup” i słoik oliwek. Co w tych paczkach jest wzruszające, a jakoś tam znaczące dla opowieści o komplikacjach PRL: w okresie Bożego Narodzenia dodawano do nich opłatek. Choć z wyłączeniem paczek cytrusowych.

No to taki był powab Peweksu. Dodam może jeszcze, że miałam w podstawówce koleżankę, której matka tam pracowała. Przynosiła nam przypinki reklamowe batoników Mars i tego rodzaju duperele. Pudełko–domek po cukierkach „M&M’s” do tej pory zalega gdzieś w moim domu rodzinnym.

To ładna opowieść – o tym, że specjalne prezenty są do dzielenia się.  To dobrze świadczy o twoich rówieśnicach. Jedna dzieliła się Barbie, druga reklamówkami z peweksu. Moje wspomnienia przedszkolne – bo w epokę III RP weszłam jako uczennica zerówki – niestety są bliższe artykułowi z jednego z dzienników z końca lat 80., który znalazłam przy okazji pracy nad „Duchologią”, o tym, że każde dziecko w szkole starało się mieć jakiś przedmiot szpanu, choćby pachnącą gumkę do gumowania, i że już wtedy posiadane rzeczy wyznaczały pozycję w grupie. To świadczy o jakiejś zmianie, pogłębiającym się już rozwarstwieniu, choć w latach 80. nawet bogactwa, którymi się dysponowało, były tak naprawdę skromne z dzisiejszej perspektywy – zagraniczny ciuch, czekolada. Albo reklamówka. Duchologiczne lata 90. kojarzą mi się z przechowywaniem, czyszczeniem, prasowaniem, zużywaniem do końca reklamówek BILLA i ALDI, nie z wyboru, tak jak dzisiaj robią ludzie ograniczający konsumpcję, ale z koniecznej oszczędności. Ale nie wiem, czy zmieniło się tak wiele w tej praktyce: na portalach aukcyjnych można kupić sobie reklamówkę z drogiego sklepu i nosić ją jako akcesorium.
W „Księżycu z peweksu” opisuję gdyńskie osiedle, gdzie pod koniec lat 50. wprowadziły się rodziny marynarzy. Marynarze pływali po świecie, przywozili różne dobra. Ludzie, z którymi rozmawiałam, byli wtedy dziećmi i wszyscy opowiadali mi, jak ich matki szalenie dbały o to, by nie brali do szkoły czegokolwiek, czym mogliby się wyróżnić. Choć chodzili wszyscy do jednej szkoły, a poza nimi były tam dzieci rzemieślników, a więc też zamożne. Ale każde dżinsy, cukierki, kolorowe rajstopy mogły wzbudzić zawiść. Bywało, że nauczycielki domagały się prezentów – cytryn w zamian za poprawienie oceny z zachowania, tego typu rzeczy.

Władze PRL zaprowadzały równość przemocą i terrorem. To nigdy się nie udało, natomiast udało się – tak myślę – przekonać ludzi, że posiadanie jest podejrzane. Ta nieufność przetrwała przez dekady, choć – paradoksalnie – nie sprawiła, że ludzie przestali chcieć posiadać. Nie chcieli tylko, by posiadali inni. W latach 70. władza rozbudziła tę tęsknotę zupełnie oficjalnie, no i potem to eksplodowało. Eksplodowało jak na PRL-owskie warunki, czyli pozycję w grupie wyznaczała pachnąca gumka do ścierania czy te mityczne już reklamówki. 

Swoją drogą w marcu 1989 roku, kiedy jeszcze nie było wiadomo, że w czerwcu będą wybory, ale już obradował Okrągły Stół, w śląskiej „Panoramie” ukazał się artykuł pod znaczącym tytułem „Więźniowie luksusu”. Autor dowodził, że Polacy mimo kryzysu są więźniami luksusu, nie dość, że do niego dążą, to jeszcze go nachalnie demonstrują. Dłuższy wywód doprowadził go do wniosku, że epatują tak z braku wolności. „Spełniona wolność zepchnie zbytek, zepchnie marnotrawstwo związane z luksusem w te rejony, do których należy: do lamusa rzeczy niepotrzebnych” – pisał. Jak wiemy, pomylił się.

Mówisz o tych kartonowych torbach z Allegro. Znam osobiście damę z warszawskich sfer, która nie tak bardzo dawno temu obnosiła się po mieście z taką torbą któregoś z mediolańskich sklepów. I właściwie tak bardzo mnie to nie dziwi. Zmieniły się szyldy, zmieniły się akcesoria, ale ta ukształtowana w PRL-u mieszanka nieufności i aspiracji wciąż funkcjonuje. Dziś jesteśmy dużo zamożniejsi, ale startowaliśmy – jak na europejskie standardy – z dna. Dzisiejsze dzieciaki nie rozumieją oczywiście, jak można było zbierać puszki po napojach, ale dzisiejsi dorośli wyrastają przecież z tamtego czasu. Obie jeździmy dużo po Polsce i widzimy, że obrazki z „Duchologii” ciągle są kilka kroków za odpicowanymi dworcami i starówkami. Kilka kroków od rynku w Jarosławiu widziałam niedawno w pawilonie z lat 90. sklep o wdzięcznej nazwie „Madmauzel”. Parę lat temu pewnie śmiałabym się wyższością, dziś raczej z życzliwością.

W drodze na nasze spotkanie spotkanie minęłam na kamienicy przy ulicy Mokotowskiej – to mekka warszawskiego luksusu – takie dwie tabliczki, jedna pod drugą: „Salonik kosmetyczny” i „Lombard”. Wiele mówiące.

Ja pamiętam salon urody „Burżuazii”, który mieścił się w kiosku. Myślę, że pojawiło się nowe zjawisko: coś, co wygląda jak zewnętrzne znamiona luksusu, ale jest w zasięgu możliwości przeciętnie zarabiającej osoby – błyszczące, dekorowane ubrania, biżuteria, kosmetyki, czasami zabiegi poprawiania urody. Zewnętrzne atrybuty luksusu jest stosunkowo łatwo zamarkować. Czasami widuje się takie zdjęcia w sieci: dziewczyna z bardzo starannie dopracowaną fryzurą, paznokciami, mocnym makijażem, w najmodniejszym ubraniu robi sobie selfie w mieszkaniu, które wygląda jak kapsuła czasu – bo odnowienie domu to już znacznie poważniejszy wydatek.
No bo nie jesteśmy wcale takimi innymi ludźmi. I nie musimy nimi być. Fajnie by było, gdybyśmy potrafili to zaakceptować. Z tym, wydaje mi się, ciągle jest problem i pewnie w tych pokoleniach, które otarły się o PRL, zawsze trochę będzie. Zresztą nie przypuszczam, że to imitowanie luksusu jest typowe dla Polski. Luksus – ten wulgarny, celebrycki panoszy się po świecie i wzbudza niestety tęsknoty. Przy okazji szuka nowych rynków zbytu – projektanci mody mają linie tańszych ubrań, stosunkowo bardziej dostępnych, współpracują z sieciówkami. Jednocześnie każdy szanujący się dyskont ma półkę z luksusową żywnością, gdzie można tanio kupić ośmiorniczki. Słowem, jak pisała chyba z dziesięć lat temu Dana Thomas, luksus stracił blask. Zyskały natomiast wpływy liczne korporacje.

Nowym luksusem jest minimalizm i świadoma oszczędność, niewynikająca z ubóstwa. W świecie kapitalizmu bycie biednym jest tak naprawdę kosztowne: kupuje się często produkty kiepskiej jakości, które szybko się niszczą, ale zarobki nie pozwalają kupić czegoś trwalszego, trudno też coś odłożyć czy zainwestować, więc koniec końców więcej się wydaje. Czytając twoją książkę, miałam smutne obserwacje o tym, jak nawet w nominalnie równym społeczeństwie, głoszącym równość obywateli, różni władcy marionetek mogą napuszczać ludzi na siebie, zachęcać do działania z niskich pobudek. Wystarczy tu coś utrudnić, tam z kolei coś ułatwić, pokazać, że owszem jesteśmy równi, ale można jednak wejść przed kolejkę, jeśli wie się jak...
No tak, zadekretowanie równości dało władzy nieograniczone możliwości sterowania nią. Opowiadał mi jeden z dyrektorów w Polmozbycie, że zrezygnował z pracy po dwóch latach, bo nie wytrzymał psychicznie. Z jednej strony współpracownicy mieli do niego pretensje, że nie bierze łapówek, z drugiej dzwonili do niego znajomi, prawdziwi i domniemani, z prośbami o części zamienne, przyspieszenie realizacji przydziału, cholera wie jeszcze co. W sprawach samochodów wszystko było deficytowe.

Aleksandra Boćkowska

Dziennikarka, współpracuje m.in. z „Gazetą Wyborczą” i „Wysokimi Obcasami Extra”. Wcześniej redaktorka w magazynach „Elle” i „Viva! Moda”. Autorka książek „To nie są moje wielbłądy. O modzie w PRL”(2015) oraz „Księżyc z Peweksu. O luksusie w PRL” (2017).

To pokazuje też, że w pewnych okolicznościach luksusem, a nie tylko odwagą, jest trzymanie się swoich zasad – kiedy wszyscy kłamią albo biorą udział w korupcji, zachowując się inaczej, stajesz się podejrzany. Albo na przykład nie pijąc wódki.
Nie spotkałam wśród rozmówców nikogo takiego. Wóda lała się strumieniami. Ale mówiąc poważnie, tak – dla mnie to najważniejszy z luksusów, które opisuję: ten niematerialny. Trzymanie się swoich zasad, swoich zainteresowań, środowisk, nie bacząc na to, że może to być niewygodne.

Jest taki serial „Dorastanie” z końca lat 80., opowiadający o poprzedniej dekadzie w rozliczeniowym duchu. Pojawiają się tam wątki nakłaniania do konformizmu za małe luksusy, ułatwienie życia – przeskoczenie miejsca w kolejce po materiały budowlane czy traktor w zamian za siedzenie cicho, machnięcie ręką na patologie, odstąpienie od solidarności z kimś poszkodowanym. Pokazuje życie w sieci zależności, pełneł drobnych szantaży i przekupstw. Taka była, i na pewno często wciąż bywa, cena tych bardzo małych luksusów.
W warunkach niedoboru łatwo jest wyzwolić w ludziach te wszystkie zachowania. I na tym polegała patologia PRL, szczególnie w tak miło wspominanym okresie gierkowskim. Wtedy system przywilejów sięgnął szczytu, bo też stosunkowo najwięcej można było uzyskać. Pod koniec lat 70. zaczęły powstawać firmy polonijne. W latach 80. generał Jaruzelski ściął sporo przywilejów aktywowi partyjnemu – było mniej talonów, więcej kosztowały wczasy, nawet winiak lubuski zniknął z wyposażenia reprezentacyjnego gabinetów ministerialnych. Jednak aktyw pamiętał poprzednią epokę i chciał rozmachu. W listach do partii, które można poczytać w Archiwum Akt Nowych, mnóstwo jest narzekań na prywatną inicjatywę. Ludzie burzą się, że za dużo im wolno.

Bo rzeczywiście, im bliżej transformacji, tym przedsiębiorcom było łatwiej. Łącznie z tym, że jeden z nich, Mieczysław Wilczek, został ministrem przemysłu. Pytałam profesora Jerzego Eislera, co skłaniało władze do ustępstw wobec przedsiębiorców. Tak odpowiedział: „Mój przyjaciel Antoni Dudek powiedziałby pewnie, że aby miękko wylądować. I jest w tym trochę prawdy, bo tamci umieli robić interesy. Ale ja mam jeszcze diabelską tezę, aż wstydzę się powiedzieć... Otóż wszyscy ludzie świata chcą w sumie tego samego…”. „Władzy, seksu i pieniędzy?” – spytałam. „A po co władza?” – odparł.

To bratanie wynikało więc częściowo z tego, że widząc, że system pęka, niektórzy chcieli tworzyć sobie drogi wyjścia i ustawić się na zapas, ale też z rozbudzonych aspiracji – działacze nie chcieli już żyć skromnie. Znamienne swoją drogą, że gdy rozmawiałam z przedstawicielami tzw. inicjatywy prywatnej z tamtych czasów, to każdy mówił w drugim zdaniu, że nie był w partii i nie miał z polityką nic wspólnego.

Potem niektórym udało się bezpiecznie ewakuować, a dla części społeczeństwa świat się rozsypał i trzeba było radzić sobie jak po apokalipsie, o czym pisał świetnie Tomasz Rakowski. Dziś mamy sytuację, w której milionerzy z listy „100 najbogatszych Polaków” nie wiedzą już, na co wydawać, a bezrobotni, pozostawieni sami sobie przez świat sukcesu, nie mają co jeść. Magda Szcześniak w „Normach widzialności” pisze o tym, jak imitacyjny i karykaturalny jest ten nowy luksus, jak kopiuje wzorce bogactwa z USA lat 80. w wersji 1:1, a potem jak stopniowo następuje przykrawanie wizualnych wzorców do pewnej normy, która już zresztą wtedy staje się nieaktualna. Kiedy w Polsce słowo „yuppie” uchodziło za komplement, w USA wychodziła już „Generacja X”. Ale kiedy się czyta opiniotwórczą prasę z czasów duchologicznych, to rzucają się w oczy karykaturalne atrybuty luksusu: prywatne pola golfowe, wille jak z „Dynastii”.
Imitacja idzie ścieżką: wzór z góry – tańsza wersja – podróbka. I wiesz, ja znów byłabym ostrożna, jak z szyldem „Madmauzel”. Ci wszyscy biznesmeni z lat 90. zostali już obśmiani i opisani po stokroć. Ja dodałabym do tego, że oni byli tańszą wersją, ale nie wiedzieli czego. Oni też byli odcięci od świata. Kopiowali świat, który sobie wyobrażali na podstawie „Dynastii” właśnie, zdjęć w czasopismach, ewentualnie hotelu Victoria.

To jest już nudne z tą zagranicą, ale niestety tę izolację odpokutowywaliśmy bardzo długo. Spójrz na magazyny luksusowe, nawet nie z lat 90., tylko sprzed kilku lat. Kopiowano pomysły na sesje mody, na teksty. Sama zresztą uczestniczyłam w niejednym zebraniu redakcyjnym i wiele razy było tak, że pierwszeństwo miały te tematy, które wcześniej pojawiły się w zagranicznej prasie. I nie chodziło o jakieś ekskluzywne wywiady, tylko typowe dla kobiecej prasy teksty w stylu „Moja przyjaciółka ma dziecko”. Teraz to się wyraźnie zmienia, bo w redakcjach pojawiło się pokolenie, dla którego zagranica nie jest obca. Odkąd ludzie tam studiują i pracują, doświadczają tamtej rzeczywistości i widzą, że nie jest tak różowo.

Dla mnie najbardziej pouczającą lekturą był jeden z nowych luksusowych magazynów wczesnych lat 90., takich poradników biznesmena. Opublikowano tam listę dwudziestu czy trzydziestu świetlanych postaci ówczesnego polskiego biznesu z komentarzem, że „oni będą kształtować naszą przyszłość”. Nie dało się ich nachwalić bardziej, a rok czy dwa lata później część z nich już siedziała w więzieniu. Ale wzorzec biznesmena jako człowieka sukcesu pozostał na długo obecny w powszechnej świadomości. Panuje przekonanie, że po ’89 roku ludzie nagle stali się strasznie chciwi i cyniczni, a ja myślę, że po prostu bardzo wielu ludzi było naiwnych i naprawdę wierzyło, że dzięki pracy ludzie się bogacą.
Tak. Że posiedzimy 20 godzin w pracy i nic nam się nie stanie, bo tak trzeba. To pokutuje do tej pory, wiele osób uważa, że skoro pracodawca każe, to trzeba robić. I tu pojawia się nasz problem, czyli: czy to ma związek w PRL-em, czy nie ma. Moim zdaniem ma.

Moim zdaniem ma i nie ma: PRL umożliwił tysiącom ludzi awans społeczny i dał możliwości, które w innych okolicznościach pewnie byłyby poza ich zasięgiem, od własnej pary butów po edukację. Ale prawdą są też różnego rodzaju blokady, niedobory, szklane sufity, nieoficjalne hierarchie, co w powiązaniu z powracającymi niedoborami podstawowych dóbr gasiło w ludziach instynkt uczciwości, uczyło, że żeby poradzić sobie w życiu, należy robić coś za kulisami, należy być sprytnym, należy wyrabiać sobie chody; albo być konformistą, albo lizusem. W III RP to się nie zmieniło, dlatego że bardzo wiele firm działało przecież w tym samym stylu, tylko z dołożeniem elementu prawa dżungli, które stało się nieoficjalną wykładnią życia.
Były szklane sufity, a przede wszystkim ogólne upokorzenie. Każdy, niezależnie od stanowiska, z jakimiś drobnymi wyjątkami, potykał się o kupno podstawowych rzeczy dla domu. Jerzy Eisler opowiadał mi, że był świadkiem, jak podczas debaty o komunizmie, już w latach 90., dawni dygnitarze PZPR zaczęli wspominać, jak jeden załatwił sobie pralkę przez URM, a drugi wannę przez KC. Któryś z wysokich urzędników, gdy spytałam go, czemu kupił zegarek od dyrektora centrali handlowej, a nie w sklepie, spojrzał na mnie jak na głupią i powiedział: „Bo tak wtedy było. Załatwiało się, a nie kupowało”.

To może tania analogia, ale jej użyję. Jeśli matka upokarza dziecko, to ono nie będzie asertywnym dorosłym, chyba że przejdzie jakąś terapię. A tutaj w wychowane w upokorzeniu społeczeństwo wpadł nagle kapitalizm ze szklanymi biurami, magnetycznymi kartami do wchodzenia zamiast wyświechtanych legitymacji, kolorami. Kupili nas tanio i łatwo. Bo ludzie byli wystraszeni. Tracili stare prace, a tu jednak ktoś ich chciał. I nie wiedzieli, bo skąd mieli to wiedzieć, że nie jest wcale zachodnim standardem pracować po 20 godzin. Weszli w to, bo nie potrafili się obronić. Wielu moich rozmówców mówiło: „Czasy były, jakie były, ale nie było zawiści, no i było bezpiecznie”. To jest trochę śmieszne z tą zawiścią, bo ona oczywiście była. Ale nie mogę oceniać sentymentu za bezpieczeństwem. Trzeba pamiętać, że ludzie nauczyli się żyć w tej patologii i na poziomie codzienności jakoś to po prostu działało.

Gdy warunki nie są dobre, ale przewidywalne, to można sobie coś zaplanować na dłuższą metę.
Po prostu wpisujesz sobie w rozkład dni te półtorej godziny, które musisz spędzić w kolejce po masło, a w domowy budżet łapówkę za przydział talonu na samochód. Ostatecznie dzisiaj wielkomiejscy menedżerowie wpisują sobie pewnie półtorej godziny na korek. Może w ogóle ten cały luksus nie jest do niczego potrzebny?

Myślę, że jest. W książce Lindy Tirado „Hand to mouth” o realiach życia w niskopłatnych zawodach w USA – autorka sama pracowała tak przez wiele lat – pojawia się wątek papierosów, które są przedstawiane jako luksus, na który stać kogoś żyjącego w biedzie. Nie może sobie pozwolić na coś drogiego, ale ma potrzebę zrobienia czegoś wyłącznie dla siebie, czegoś, co jest zbędnym wydatkiem. I to jest właśnie papieros. Papieros pozwala sobie zrobić chwileczkę przerwy, daje okazję na pozostanie chwilę ze sobą. Rujnuje twoje zdrowie, ale ratuje psychikę. Ten luksus to margines swobody, który jest chyba niezbędny.
A czy luksus pojmowany tradycyjnie, czyli te wszystkie drogie rzeczy, ma jeszcze aspiracyjną rolę, czy już tylko funkcję mieszania w głowach?

To się bardzo zmieniło, bo zwróć uwagę, że najbardziej ostentacyjni celebryci pełnią w tej chwili rolę obiektów żartów. Obnoszą się z luksusem w sposób nieporadny, bo nie są Beatą Tyszkiewicz. Natomiast prawdziwy luksus jest niewidzialny – to prestiż, o którym wiesz, ale nie musisz go demonstrować. To bardziej chytry luksus. Wyglądasz jak niepozorny człowiek, ale tak naprawdę skończyłeś najdroższe studia na świecie albo masz zagwarantowaną pracę na jakimś fantastycznym stanowisku. Tyle tylko, że jest to zupełnie niewidzialne. Czasami jest też tak, że nawet jeśli masz pieniądze, to i tak nie masz szans wkraść się w łaski jakiegoś elitarnego klubu, powiedzmy do kręgów na uczelni, do których przynależność niejako funduje ci karierę w przyszłości. To jest system bardziej prestiżu niż luksusu, który jest nie tylko niematerialny, ale też polega na specjalnych kodach, do których nie masz dostępu, jeżeli nie należysz do tego świata.
Jak masz pieniądze, to luksusem jest to, co jest niematerialne. Jak nie masz – właściwie też, choć wtedy oczywiście trudniej to dostrzec. To banał nad banały, ale pójście w życiu swoją drogą, nawet obarczoną konsekwencjami, jest dużym luksusem.