1989:
Dwa dwudziestolecia
(jednej epoki)

Marian Stala

Fraza Marcina Świetlickiego „Będziemy obserwować postępy ciemności” staje się na naszych oczach jednym z kluczy do poezji ostatniego dwudziestolecia

Jeszcze 3 minuty czytania

Notatki do nie napisanego artykułu

1.

Dwadzieścia lat temu mówił Jan Błoński: „Rok 1989 jest zapewne (…) równie ważny jak 1918.”. I dodawał: „nie ma dziś pilniejszego zadania niż wyszukiwanie, publikowanie, wspomaganie ludzi młodych i – miejmy nadzieję – nowych naprawdę” („NaGłos” nr 1, styczeń 1990, s. 60, 61). Słowa wielkiego krytyka były skierowanym w przyszłość apelem, wzywającym do wykorzystania danej przez historię szansy: otwierającej się na nowo przestrzeni wolności; wolności nie tylko politycznej, ale też duchowej. W tym wezwaniu literatura II Rzeczpospolitej była (przywołanym milcząco, ale wyraźnie) wzorem do naśladowania, poprzeczką, o której pokonaniu warto myśleć.

2.

Jarzębski o nowym dwudziestoleciu:

Różnice między dwudziestoleciem międzywojennym a obecnym wynikają przede wszystkim, z tego, że wtedy nastąpiła bardzo istotna przemiana form literackich. Nową literaturę robiła wtedy awangarda – w tej chwili jest inaczej, pojęcie awangardy czy awangardyzmu straciło na znaczeniu. Zdumiewające, jak wiele w ostatnich latach pisze się powieści tradycyjnych, językiem sprzed wieku. „Dwutygodnik” nr 6/2009

Nie sposób dziś odtworzyć w sposób pełny i udokumentowany wrażenia, jakie wywołał apel Błońskiego. Warto jednak, na zasadzie pars pro toto, przypomnieć charakterystyczną reakcję środowiska „bruLionu”, stającego się wówczas najważniejszym pismem nowych poetów.

W prezentacji wierszy Jacka Podsiadły, noszącej znamienny tytuł „Nowi skamandryci?”, pisał wówczas  Krzysztof Koehler: „Sądzę, że Jan Błoński tym razem się nie pomylił, lansując tezę o podobieństwie 1989 do 1918 roku. Cokolwiek by mówić o lapidarności tej tezy, życie ją szybko potwierdza: po 1918 roku ławą wkroczyli do poezji polskiej poeci, którzy zaczęli sobie bimbać z ethosu służby i powinności literatury; fascynował ich witalizm, swoboda, nieskrępowanie ekspresji, prawda przeżycia. Jak dobry duch unosił się nad tamtą poezją cień amerykańskiego poety Walta Whitmana, który właściwie dopiero przez nich został głęboko przeczytany i przeżyty. W sześćdziesiąt lat potem inny duch, też wyrażający się w języku Albionu: Frank O’Hara (i jemu bliscy), fascynuje poetów. Jakby nie mogąc sobie znaleźć wcześniej miejsca, na literackiej scenie pojawiają się poeci praktycznie już w pełni ukształtowani: Krzysztof Jaworski, Marcin Świetlicki, Wojciech Wilczyk, teraz przedstawia się Jacek Podsiadło” („bruLion”, r. 1991, nr 16,  s. 23).

Czesław Miłosz, fot. Elżbieta LemppNie wiem, czy przywołane zdania odpowiadały prywatnym przekonaniom Koehlera; nie wiem, czy pisane były całkiem serio. Istotne jest to, iż analogie między sytuacją debiutu (i niektórymi postawami) skamandrytów i poetów z kręgu „bruLionu” posłużyły wyraźnemu dowartościowaniu tych drugich. Nawiasem: wypowiedź Koehlera można było wówczas potraktować jako zachętę do dalszych zestawień debiutantów z początku lat dziewięćdziesiątych  z poetami z dwudziestolecia. Nikt jednak, jeśli się nie mylę, nie podjął gry traktowanej tak dosłownie; nikt nie starał się wskazać wprost nowych futurystów, awangardzistów czy żagarystów. Tym bardziej: nikogo nie nazywano nowym Przybosiem ani nowym Czechowiczem. A zwłaszcza: nikogo nie nazywano nowym Miłoszem, bo autor „Trzech zim” we własnej osobie był bardzo aktywnym uczestnikiem życia literackiego lat dziewięćdziesiątych.

3.

Przekonywanie potencjalnych czytelników, iż poeci „bruLionu” są nowymi skamandrytami, miało sens w roku 1991, w sytuacji debiutu. Zbyt długie podtrzymywanie wspomnianej analogii mogło tylko zaszkodzić nowym poetom… Jakkolwiek by było: gdy zarysy nowej poezji były już dobrze widoczne (a wiec w połowie lat dziewięćdziesiątych), zestawienia z dwudziestoleciem zniknęły. W każdym zaś razie: przestały służyć promocji nowych zjawisk i skomplikowały swój sens.

Dodajmy rzecz istotną: w latach dziewięćdziesiątych spojrzenie na dwudziestolecie zaczęło się wiązać z wyborami politycznymi i ideowymi. Z jednej strony usilnie podtrzymywano jasny mit tamtych czasów, z drugiej – zaczęto przypominać ich ciemne strony. Te kontrowersje nie ominęły poetów; wystarczy wspomnieć demitologizującą książkę Miłosza „Wyprawa w dwudziestolecie” (wydaną w 1999 r.) i apologię Piłsudskiego, wyłaniającą się z publicznych wypowiedzi Jarosława Marka Rymkiewicza.

4.

Rok bieżący przyniósł, jak łatwo było przewidzieć, falę podsumowań ostatniego dwudziestolecia. Na tej fali powróciły (bo musiały powrócić…) także porównania literatury lat 1918-1939 i 1989-2009. Część z nich, zjawiających się raczej w rozmowach niż tekstach krytycznych, podporządkowana jest tezie, iż poezja naszych dni nie dorasta do poezji międzywojennej. Nie należę do gorących zwolenników tej tezy; nie jestem też entuzjastą tezy przeciwnej. W tej konkretnej (i bardzo dla mojego własnego doświadczenia czytelniczego ważnej) sprawie wolałbym na jakiś czas zawiesić szybkie i zbyt jednoznaczne wartościowania.

Uzasadnienie? Poezję lat 1918-1939 oglądamy z dużego dystansu; jest ona dla nas dobrze poznaną i uporządkowaną całością; ukształtowane w niej hierarchie zostały potwierdzone albo zakwestionowane przez następne pokolenia czytelników (w tym: przez historyków literatury). Poezję lat 1989-2009 widzimy z bliska; trudno ją nazwać całością, tym bardziej: całością poznaną i uporządkowaną; trudno nawet powiedzieć, że dysponujemy językiem pozwalającym opisać tę poezję i wpisane w nią doświadczenie. Przedmiotów o tak różnych właściwościach nie sposób porównywać w sposób pewny i nie budzący wątpliwości. (Myśli zbliżone znaleźć można w rozmowie o prozie obu dwudziestoleci, jaką z Jerzym Jarzębskim przeprowadził w „Dwutygodniku” Tomasz Fiałkowski.) Rzecz jasna: nie znaczy to, iż niemożliwe jest porównywanie cząstkowe, subiektywne, świadome swych ograniczeń…

5.

Ani w roku 1918, ani w 1989, nikt nie oczekiwał od poetów, że wszechstronnie opiszą przemianę rzeczywistości; to było zadanie dla powieściopisarzy i reportażystów. A jednak: nie ulega wątpliwości, że zarówno w poezji międzywojennego dwudziestolecia, jak w dwu ostatnich dekad można znaleźć niezliczone ślady, odsyłające do jednej i drugiej rzeczywistości, i sygnalizujące ich klimat.

6.

Zasadniczym tłem wierszy pisanych bezpośrednio po roku 1918 i po 1989 były (by posłużyć się formułą Piotra Śliwińskiego) „przygody z wolnością”. Czy była to ta sama przygoda, to samo pojmowanie i doświadczenie wolności? Nie podejmuję się udzielić natychmiastowej odpowiedzi. Intuicyjnie rzecz biorąc wolność młodych poetów lat dwudziestych zdaje się i bardziej wielokształtna, i bardziej pozytywna od wolności młodych poetów lat dziewięćdziesiątych. Łączą ich głównie gesty anarchistyczne.

7.

Tłem poezji obu wspomnianych okresów była także odzyskana przez Polskę niepodległość. Tu także różnice wydają się wyraźne. Poeci międzywojnia traktowali to pojęcie z niezwykłą powagą (pamiętam o licznych wyjątkach). Wierszy patriotycznych i propaństwowych napisano wówczas sporo; ich szczególna odmianę stanowi poetycki kult Piłsudskiego. Młodzi poeci lat dziewięćdziesiątych na ogół nie pamiętali (starali się nie pamiętać?) o Polsce i o niepodległości. Nurt patriotyczny jest w tej poezji (a chyba także w młodej poezji po roku 2000) wątły i wątpliwy. Być może jednak temat wart jest uważnej obserwacji.

8.

Marcin Świetlicki, fot. Elżbieta LemppWedle znanego dobrze przeświadczenia pierwszą dekadę poetyckiego międzywojnia (jasną, konstruktywną, optymistyczną) można przeciwstawić dekadzie drugiej (ciemnej, wizyjnej, pesymistycznej). Po roku 1989 jasność, konstruktywność, optymizm – przydarzają się raczej na zasadzie wyjątku niż reguły. Dominują różne odcienie ciemności, elegijności, melancholii, nostalgii; wielka jest też ilość wierszy o śmierci. Wygląda na to, iż fraza Marcina Świetlickiego „Będziemy obserwować postępy ciemności” staje się na naszych oczach jednym z kluczy do poezji ostatniego dwudziestolecia.

Dla porządku trzeba dodać, iż poetycką chorobę pesymizmu próbowano leczyć odwołując się do autorytetów Kościoła i teologii św. Tomasza, a więc uprawiając kolejną wersję poezji katolickiej o silnym pierwiastku formacyjnym – ale ta postawa nie wyparła paradygmatu ciemno-melancholijnego. (Inaczej: i ona należała do funkcjonujących na peryferiach wyjątków.)

Aby zamknąć ten wątek: wieloznaczna fascynacja ciemnością, tak wyraźna w latach dziewięćdziesiątych, nie została wyparta przez postawę alternatywną.

9.

W przywoływanej już rozmowie z Jarzębskim Tomasz Fiałkowski powiada, iż dominacji młodych w międzywojniu należy przeciwstawić szczególną pozycję Starych Poetów w latach dziewięćdziesiątych. Tę słuszną uwagę warto uzupełnić dwoma dopowiedzeniami.

Po pierwsze: poezję dwudziestolecia rzeczywiście przywykliśmy postrzegać jako harmonijną całość powstającą od roku 1918 do 1939 poprzez stopniowe dopływanie kolejnych kierunków i osobowości poetyckich. Ta całość jest zdumiewająco bogata. Zarazem: tytuł największego poety międzywojnia przyznajemy dziś dość zgodnie Bolesławowi Leśmianowi, twórcy ukształtowanemu przed rokiem 1918 i pozostającemu przez znaczną część dwudziestolecia (aż do śmierci w 1937 r.) na uboczu ówczesnego życia literackiego. Przypadek Leśmiana jest bardzo poważnym argumentem przeciw mieszaniu porządku artystycznego z historycznym oraz przeciw przypisywaniu takim datom jak 1918 i 1989 znaczenia istotnego dla literatury.

Po drugie: pełny opis relacji między Starymi Poetami i debiutantami lat dziewięćdziesiątych wcale nie jest łatwym przedsięwzięciem.

Andrzej Sosnowski, fot. Elżbieta LemppNajpierw o młodych. Pojawili się od razu, bo też ich wejście przygotowywane było przez znaczną część lat osiemdziesiątych. (Warto może pamiętać, że Marcin Świetlicki publikował pojedyncze wiersze od roku 1978.) Zwrócili uwagę, bo wrażliwi czytelnicy poezji czekali na nowe głosy. Szli falą i byli utalentowani, choć z upływem czasu okazało się, że talentów istotnych, czy inaczej: mocnych osobowości twórczych, było wśród nich ledwie kilka. (Niektórzy mówią, że na taką ocenę zasługują tylko Marcin Świetlicki i Andrzej Sosnowski; nie byłbym tak bezwzględny, choć mam świadomość działania mechanizmów historii literatury.)

Teraz o Starych Mistrzach. Ich aktywność w latach dziewięćdziesiątych (i później) jest fenomenem zasługującym na osobną analizę. Chyba nigdy w dziejach polskiej literatury grupa tak wybitnych i jednocześnie tak sędziwych twórców nie odgrywała równie istotnej roli. Rzecz jasna: ich bardzo późna twórczość żadną miarą nie mieści się w granicach wąsko pojmowanej nowej literatury. Starzy Poeci kontynuowali i kontynuują własne twórcze projekty – to jedyny pewnik jaki ich dotyczy. Jednych to zachwyca, innych irytuje.

Krystyna Miłobędzka, fot. Elżbieta LemppWreszcie: o relacjach. Sądząc po anegdocie o występie Świetlików w obecności Miłosza, od lat powtarzanej przez dziennikarki i dziennikarzy (gdyby mnie tam nie było, może bym w tę anegdotę uwierzył) – zostały one mocno zmistyfikowane. Zmistyfikowane przez młodych. Część ich argumentów łatwo jednak pojąć: w obecności Starych Poetów oni sami stawali się (i nadal się stają) słabo widoczni. Debiutanci ostatnich lat odczuwają to, jak się domyślam, mocniej niż ich poprzednicy z początku lat dziewięćdziesiątych. Może dlatego darzą szczególnym szacunkiem Krystynę Miłobędzką; jest to, jak sobie rzecz tłumaczę, zarazem Stara Poetka i ich poetka.

Dalej o relacjach. Warto może pamiętać, że debiutantów z lat 1992-1994 mocno wsparły gazety i media elektroniczne. To dało im poczucie ważności. Ale: wsparcie było tylko chwilowe, skończyło się w połowie poprzedniej dekady. Potem media wspierały głównie Starych Mistrzów, a nowa poezja zaczęła poszukiwać dla siebie własnego miejsca. Ta historia czeka na pełną rekonstrukcję.

Czy muszę dopowiadać, że – podobnie jak w kwestii całościowej oceny obu dwudziestoleci, będących przedmiotem tych uwag – chętnie bym zawiesił pokusy zbyt szybkiego wybierania Starych Mistrzów kosztem debiutantów i debiutantów kosztem Starych Mistrzów? Bo z tej perspektywy, która jest mi dostępna, współobecność bardzo późnej twórczości grupy Starych Poetów i pierwszych książek poetów urodzonych w latach sześćdziesiątych jest centralnym zdarzeniem poetyckim lat dziewięćdziesiątych. Starych Poetów ubywa (choć też: zjawiają się następni, którzy byli poprzednio tylko poetami w starszym wieku), obok debiutantów sprzed dwudziestu lat pojawili się ich młodsi o kilka, kilkanaście, dwadzieścia kilka lat następcy – ale to wyjątkowe spotkanie wciąż jeszcze trwa. Tak wygląda domykanie epoki.

10.


Wisława Szymborska,
fot. Elżbieta Lempp
W 1939 roku Czesław Miłosz był jednym z najbardziej obiecujących młodych poetów, Tadeusz Różewicz już napisał pierwsze utwory, Wisława Szymborska i Zbigniew Herbert mieli po kilkanaście lat. Starzy Mistrzowie przyszli z dwudziestolecia i są najmocniejszym dowodem duchowej mocy tamtych czasów, ich własnej mocy, przenoszonej ponad dziesięcioleciami.

Jeśli tak jest, nie warto kawałkować literatury (poezji) przy pomocy – ważnych skądinąd – dat historycznych. Kwestią istotną jest bowiem nie sprawa porównywania dwóch dwudziestoleci, tylko budowanie w miarę spójnego obrazu dwudziestowiecznej (modernistycznej, nowoczesnej) polskiej poezji.

11.

Czy przywołane na początku tych uwag marzenie Błońskiego stało się rzeczywistością? Bardzo trudno odpowiedzieć jednoznacznie.

Marzenie się spełniło, bowiem po roku 1989 pojawiło się liczne, wewnętrznie zróżnicowane pokolenie nowych poetów, przedstawiające własne doświadczenie świata i własną wizję poezji. (Sumowania dokonań tego pokolenia starałem się unikać, bo sporo o nim napisałem, ale nowej i pełniejszej syntezy się nie dorobiłem. Z przyjemnością jednak polecam dwie książki Piotra Śliwińskiego: „Przygody z wolnością” i „Świat na brudno” oraz książkę Pawła Próchniaka „Wiersze na wietrze”. Poezja debiutantów z lat dziewięćdziesiątych jest w nich opisana z tą wnikliwością i czułością, jaką daje spojrzenie krytyka – rówieśnika.)

Marzenie się nie spełniło, bo też wspomniane pokolenie okazało się niezgodne z wyobrażeniami Błońskiego (wychowanego na dwudziestoleciu).

Marzenie spełniło się w sposób paradoksalny (albo paradoksalnie sprzeczny), bo po roku 1989 bardzo ważne okazały się rzeczy nienowe albo nie tylko nowe…