Dwa komunały

Dwa komunały

Michał Herer

Po zachłyśnięciu się kolorową ofertą towarów, musimy wreszcie opamiętać się i odnaleźć to, co nie jest i nie może być nigdy na sprzedaż: prawdziwe skarby ducha. Tyle komunał. Praca de-komunalizacji musi przybrać postać chłodnej analizy

Jeszcze 5 minut czytania

Potrzeba duchowości

Lament nad bezdusznością naszej epoki, nad brakiem jakichkolwiek duchowych aspiracji współczesnego człowieka niewątpliwie należy już do stałych wątków nie tylko filozoficznej „krytyki kultury”, ale i całkiem popularnego, publicystycznego dyskursu. Iluż to akademików, ileż osobistości uznawanych za moralne autorytety, dziennikarzy i innych komentatorów ostrzegało nas już i wciąż ostrzega przed owym narastającym zagrożeniem, ba – przed prawdziwą duchową klęską, czarną dziurą bezduszności, a nawet zezwierzęcenia? Jest to w istocie bardzo długa i pojemna tradycja, zdolna pomieścić zarówno poczciwych moralizatorów spod znaku wartości chrześcijańskich, jak i obrońców wyrafinowanej, wysokiej kultury przed barbarzyństwem mas. Można odnieść wrażenie, że nawet owe masy – prymitywne i oddane szalonej konsumpcji – o ile posiadają jakąkolwiek świadomość, są już świadome swego żałosnego duchowego położenia. Lament elit przerodził się w nieszczęśliwą świadomość masową, tak że każdy Kowalski i prawie każdy Nowak zagadnięty przez telewizyjnego reportera udzieli jednoznacznej odpowiedzi: żyjemy w czasie marnym, doskwiera nam nędza najgorsza z możliwych – nędza duchowa.

„nowy Słownik komunałów”

Tom jest podsumowaniem prowadzonej od wielu lat przez Orgię Myśli krytycznej analizy współczesnej rzeczywistości oraz tworzenia alternatywnego i niezależnego obiegu kultury. Na zbiór „Nowy słownik komunałów” składa się kilkadziesiąt tekstów, które stanowią charakterystykę współczesnego języka i współczesnej mentalności. NSK nawiązuje do Słownika komunałów Gustave’a Flauberta, składa się jednak nie z haseł, lecz rozbudowanych esejów poświęconych krążącym frazesom, utartym formułkom czy pseudomądrościom. Wśród nich: „Trzeba w coś wierzyć”, „Najważniejsza jest miłość”, „Zwolnij, zatrzymaj się…”, „Naga prawda”, „Tylko interpretacje”, „Wszystko jest sztuką”, „Mieć dystans” – w sumie 24 teksty. Autorami haseł-esejów są byli i obecni członkowie Orgii Myśli: Jacek Dobrowolski, Michał Herer, Antoni Poll, Wiktor Rusin, Jacek Szaban.
 

„Komunał to zazwyczaj coś, w co odruchowo chce-się-wierzyć, komunały mają powab religijny, toteż nierzadko występują w litaniach i kazaniach (rzecz jasna, nie tylko, a i nie przede wszystkim – takie czasy! – tych kościelnych, bo bywają też antykościelne i „oświecone” kazania...). Jaki jest mechanizm owego pragnienia, swoistego pragnienia-wiary? I jak musi być „zbudowany” sam komunał, by podobnemu pragnieniu wyjść naprzeciw? (…) Choć nie konstruujemy ogólnej koncepcji komunału, warto zwrócić uwagę na jedną znamienną cechę wspólną bodaj wszystkim tym frazesom. Prawie każdy mianowicie ma uniwersalne aspiracje, prawie każdy rości sobie prawo do całkowitego wyjaśnienia Wszystkich Rzeczy, każdy niejako połyka świat, by wypluć go w nieświeżej postaci kompletnego bzdetu: ostatecznej diagnozy, jedynej perspektywy, cudownej recepty. A przy tym owa niepodważalność nie stanowi tylko zewnętrznej formy, ale samą najgłębszą treść każdego komunału, jego sens, a nawet „światopogląd”... Niech nie dziwi zatem bliskie pokrewieństwo między komunałami, choćby pozornie sobie obcymi czy wrogimi. Wkraczamy oto bowiem, Drodzy Czytelnicy – i niech będzie to dla Was ostrzeżeniem – w świat tyleż wielopostaciowy, co jednak – nie ukrywajmy – miejscami nużąco jednorodny. Spotkacie tam wiele twarzy komunału, ale nieraz trudno je będzie odróżnić – zwykle rozprawiają one o tym samym”.
ze wstępu 

Lecz gdzie niebezpieczeństwo, tam i wybawienie – jak pisał poeta... Lament staje się tym bardziej donośny, im wyraźniej na horyzoncie kultury zdegenerowanej przez bezrefleksyjny materializm rysuje się nowa alternatywa. Nie jest to jeszcze duchowe odrodzenie, lecz coś, co stanowi jego niezbędny warunek – głęboka i uporczywa potrzeba duchowości. W niej nasza ostatnia nadzieja, a ściślej: w ludziach, którzy na przekór panującej degrengoladzie wciąż poszukują. Poszukują sensu i wartości, drogowskazów i fundamentów, czyli duchowej pożywki, o ileż ważniejszej od ulotnych rozkoszy oferowanych przez supermarket. Zwłaszcza my, w Polsce, po zachłyśnięciu się kolorową ofertą towarów, musimy wreszcie opamiętać się i odnaleźć to, co nie jest i nie może być nigdy na sprzedaż: prawdziwe skarby ducha.

Tyle komunał – może w nieco przerysowanej postaci, ale czyż swoista egzaltacja nie stanowi w tym przypadku elementu koniecznego, niezbywalnego aspektu jego oddziaływania? Jeśli tak, to praca de-komunalizacji musi, przynajmniej w pierwszym kroku, przybrać postać maksymalnie chłodnej, trzeźwej analizy. 

Zacznijmy od pierwszego elementu – od potrzeby. Czy cokolwiek istotnego może zrodzić się z potrzeby, z niezaspokojenia, z braku? Człowiek jako „istota naznaczona brakiem” to, swoją drogą, wielce szacowny komunał filozoficzny, wymagający odrębnego opracowania. Figura braku jest figurą z gruntu kapłańską i właśnie dlatego kapłani wszelkiej maści zawsze spieszą, by ów fatalny brak zapełnić… W tym miejscu ważniejsza jest jednak inna kwestia. Otóż potrzeba ma to do siebie, że nie znosi zaspokojenia, które zawsze pozostaje jedynie jej niedosięgłym „horyzontem”. Nie dzieje się tak bynajmniej ze względu na „tragiczny rys” ludzkiej egzystencji, skazujący nas na wieczną tęsknotę za tym, co nieosiągalne. Powód leży raczej w samej potrzebie, w fakcie, że to ona sama wytwarza upragniony przedmiot, wytwarza go, by tak rzec, na swój obraz i podobieństwo. Prawdziwa potrzeba zawsze pozostaje potrzebą, na tym polega jej sens. Nigdzie bodaj nie jest to równie wyraźne jak w przypadku „potrzeby metafizycznej” albo – mówiąc dzisiejszym językiem – potrzeby duchowości. 

W ten sposób dochodzimy do drugiego elementu. Czym jest owa „duchowość”, której tak bardzo potrzeba? Już od jakiegoś czasu istnieje wprawdzie popyt na egzotykę również i w tej dziedzinie, wciąż ponawia się podróże na Wschód itd. Wydaje się jednak, że przynajmniej „u nas” zasadniczy gust wciąż pozostaje raczej tradycyjny. A już na pewno nie wróżby i astrologię mają na myśli wszyscy dogłębnie zatroskani kondycją współczesnego człowieka poszukiwacze duchowości. Ucieczka w tani mistycyzm to dla nich raczej świadectwo porażki, potwierdzającej jedynie, jak trudno odnaleźć duchowość autentyczną, będącą w istocie kultywowaniem samej potrzeby. Zarazem właściwa duchowość nie powinna, nie może wyrażać się w formie zamkniętego systemu dogmatów, nieważne: tradycyjnych czy egzotycznych. Sekty są z definicji oszustwem, ale niebezpieczeństwo kryje się także w skostniałych strukturach jedynego prawdziwego kościoła. Stąd ciągłe nawoływania do działań o charakterze pół- albo nieformalnym, do otwartości, dialogu, poszukiwań, nieraz na granicy herezji. W cenie są „niepokorni”, którzy stanowią gwarancję autentyczności – tego, że potrzeba i zapytywanie zachowa prymat nad zamkniętym systemem odpowiedzi udzielonych raz na zawsze. Powiedzmy to raz jeszcze: potrzeba musi pozostać potrzebą. Dlatego też duchowość nosi zawsze piętno potrzeby, która ją kształtuje. Stąd też wynika skrajnie rozmazany kształt „współczesnej duchowości”. Rzecz nie w samym eklektyzmie globalnej kultury masowej, lecz w tym, że – aby odwlekać swe spełnienie – potrzeba duchowości unika wszelkiej konkretyzacji. Przybranie przez duchowość samą jakiegoś konkretnego kształtu oznaczałoby natychmiastową likwidację potrzeby. Mówiąc wprost: gdybyśmy całkiem dokładnie wiedzieli, jakiej duchowości nam potrzeba, bylibyśmy już w jej posiadaniu. Potrzeba odnosi się więc do jakiejś przedziwnej mieszaniny; w zmiennych proporcjach odnaleźć tu można „sens” i „wartości” (dyskurs moralizatorsko-humanistyczny), „nadzieję” i „oparcie” (dyskurs wyznaniowy), ale także mgliste wyobrażenia na temat „dylematów moralnych jednostki” czy „egzystencjalnych pytań” (Hamlet, Lord Jim i to wszystko, o czym kiedyś mówiło się na lekcjach polskiego...). Potrzeba duchowości właśnie na tym polega: na niejasnym przeczuwaniu istnienia jakichś „głębokich problemów”, na kontemplowaniu samej ich formy – czystej formy wzniosłości albo głębi.

Konkurs na esej filozoficzny

Do 30 kwietnia można przesyłać eseje na konkurs organizowany przez Fundację na Rzecz Myślenia im. Barbary Skargi. Temat III edycji brzmi: „Życie i śmierć sztuki”, a eseje powinny traktować o statusie, rozwoju i współczesnej sytuacji sztuk. Do 30 sierpnia jury ogłosi nazwiska 5 finalistów. Ostateczne rozstrzygnięcie nastąpi w październiku 2015 roku. Laureat otrzyma 50 tys. złotych i nagrodę rzeczową, a jego praca zostanie opublikowana w postaci osobnej książki.

Potrzeba duchowości jest więc w pewnym sensie faktycznie „na miarę” czasu marnego, nie tyle jako alternatywa dla nieobecności ducha, ile jako jej bezpośredni wyraz. Oczywiście próba konfrontacji z komunałem zobowiązuje także do podważenia wyjściowej tezy: czy istotnie żyjemy w czasie marnym, czy istotnie duch uleciał z naszego świata? Odpowiedź na to pytanie nie jest bynajmniej łatwa. Cały ów lament nad bezdusznością niewątpliwie opiera się na szeregu nieporozumień co do samej istoty „ducha”. Na czym jednak polega ta istota? 

Powiedzmy przede wszystkim, że duch nie bywa raczej zjawiskiem powszechnym czy masowym. Jakieś przeczucie tego elementarnego faktu musi mieć zresztą nawet Kowalski czy Nowak, skoro aspirują oni właśnie do duchowości, a nie do ducha. Duchowość mas to zjawisko znane w dziejach, dziś występujące przede wszystkim w postaci „potrzeby”. Już samo słowo „duch” zdaje się mieć w sobie coś anachronicznego, zdezaktualizowanego, sztucznego – w przeciwieństwie do naturalnej i powszechnej potrzeby duchowości. Aspiracja do ducha nosi znamiona nawet nieco śmiesznej uzurpacji. Poza tym duchowość to sprawy dotyczące życia, śmierci i możliwości zbawienia – sprawy ostateczne. W porównaniu z owymi sprawami sprawy ducha są jednocześnie mniej i bardziej poważne. Idzie tu na pozór o coś „mniej” niż w przypadku „odwiecznych pytań” – o „zwykłą” pasję myślenia, odwagę, zdolność bezkompromisowego i trzeźwego oglądu, umiejętność wykraczania poza obiegowe opinie, inwencję i wysokie wymagania w stosunku do samego do siebie. Komuś, kto poszukuje prawdziwej duchowości, nie może to, rzecz jasna, wystarczyć. Zostawmy jednak poszukiwaczy ich własnemu losowi. Dla nich czas zawsze był, jest i będzie marny. To istota ich „kondycji”. Duch pozostaje niewątpliwie zjawiskiem rzadkim, jednak nie tak rzadkim, jak to się wydaje zatroskanym i „pochylającym się” szacownym gronom! 

Jedynym rzeczywistym zagrożeniem dla ducha jest bezmyślność, a nie rzekomy „materializm” i „konsumpcyjne” nastawienie mas. Co więcej – to właśnie bezmyślność uniemożliwia sam materializm i konsumpcję godną tego miana. To, z czym mamy do czynienia w przypadku tzw. „społeczeństwa konsumpcyjnego”, to zaledwie monotonne przeżuwanie, na dokładnie tych samych prawach, standardowej oferty towarów, myślowych schematów i rozgotowanej strawy pseudo-duchowej. Gdyby kiedykolwiek zapanował rzeczywisty materializm, obudzilibyśmy się w świecie zmienionym nie do poznania. Rzeczy i ciała porażają swoją głupotą, za to odarte z niej musiałyby wprawić nas w zdumienie. Spinoza pisał w Etyce: Kto posiada ciało uzdolnione najbardziej wielorako, ten posiada duszę, której największa część jest wieczna. Czy jesteśmy w ogóle w stanie pojąć tę myśl? Nie wiemy, co może ciało – to inne powiedzenie Spinozy, które mogłoby wejść w rezonans z niniejszą skromną obroną ducha. Bo w gruncie rzeczy – czy wiemy, do czego zdolny jest duch, zwłaszcza pozbawiony wszelkiej potrzeby duchowości?

Zwolnij, zatrzymaj się…

W zagonionym współczesnym świecie pędzącemu wciąż naprzód człowiekowi nie starcza czasu na refleksję, namysł nad sensem jego własnej, gorączkowej aktywności – ileż razy słyszeliśmy tę gorzką diagnozę z ust autorytetów, przemawiających zarówno z ambony, jak i na łamach kolorowych czasopism! Skupionym głosem wypowie ją także poważny publicysta, człowiek nauki, poeta… Wszyscy są tutaj zgodni, i to w kilku, powiązanych ze sobą kwestiach. Po pierwsze – co do wyjątkowości czasów współczesnych. Niegdyś tempo życia było mniejsze, nie czuło się takiej presji czasu. Po drugie – owo radykalne przyspieszenie staje się jedną z głównych przyczyn „duchowego ubóstwa” człowieka. Miarą tego ubóstwa jest – po trzecie – stopień bezrefleksyjności i utrata „sensu”, pojmowanego tutaj jako najwyższa wartość, bez której człowiek nie może żyć prawdziwie ludzkim życiem. Tyle, jeśli idzie o jawne tezy, towarzyszące zazwyczaj wezwaniu do „skupionego namysłu”. Nie pytajmy o to, na ile trafnie opisują one rzeczywistość (trudno zresztą cokolwiek orzec na ten temat, może z wyjątkiem pierwszego stwierdzenia, które powinna zweryfikować krytyczna antropologia), lecz – podobnie jak w przypadku innych komunałów – kto i z jakiej pozycji je wypowiada. By to ustalić, trzeba jednak sięgnąć do kolejnych warstw, do niewypowiedzianych wprost rozstrzygnięć, jakich autorytety pochylające się nad człowiekiem dokonują choćby a propos istoty „refleksji”.

Jak wyobrażają sobie ową „chwilę refleksji”, której tak bardzo nam brakuje? Jakiego rodzaju stan wchodzi tutaj w grę? Z pewnością jego osiągnięcie wymaga jakiegoś „wyłączenia się”, zawieszenia codziennej aktywności, dla której stanowi rodzaj przeciwwagi. Chodzi więc o przerwę, wyłom, zdarzenie wyjątkowe. Pozostając w „wirze życia” człowiek miałby być kimś w rodzaju somnambulika, którego nieznane siły pchają z miejsca na miejsce, zazwyczaj właśnie „wciąż na przód”. W chwili refleksji ów somnambulik (zwierzę, automat, kukła) doznaje jakby olśnienia, na moment staje się bytem samoświadomym (już nie manekinem, tylko w pełni ludzkim człowiekiem) – nie działa, lecz przygląda się samemu sobie, poszukując sensu. Tu docieramy do kolejnej ważnej kwestii – co nadaje sens codziennej „gonitwie” nowoczesnego człowieka? W grę nie wchodzą, rzecz jasna, żadne przyziemne motywacje. Punktem odniesienia pozostają tu wartości; jeśli nie konkretne wartości, takie jak „miłość” czy „poświęcenie”, to przynajmniej pewna ich ogólna forma, pewna – by tak rzec – aura wartości, właśnie jako tego-co-nadaje-sens. Osobliwy splot: z jednej punktowość, momentalność refleksyjnych olśnień, z drugiej zaś – czysta tautologia, kontemplacja pustej formy wartości. Osobliwy jedynie na pierwszy rzut oka, faktycznie bowiem mamy tu do czynienia z doskonałą harmonią, znakiem rozpoznawczym integralnej bezmyślności.

O tym jednak za chwilę. Najpierw zobaczmy, jaki obraz myśli (jakie wyobrażenie na temat tego, co znaczy: „myśleć”) stoi za apologią spowolnienia. Warunkiem wstępnym jest tu bezruch. W pośpiechu działamy; myślimy zaś tylko o tyle, o ile udaje nam się „przystanąć”. Nie chodzi więc nawet o spadek tempa, konieczny do skupienia uwagi na jakimś zagadnieniu, a więc o myślenie „analityczne”. Postulowana refleksja nie polega wszak na analizowaniu czy rozważaniu czegokolwiek, lecz na kontemplacji czystej formy „sensu”. Ta zaś odsyła do głębi poza wszelkim czasem, do ponadczasowych wartości, odwiecznych dylematów itp. Chwila namysłu okazuje się kawałkiem wieczności wyrwanym z czasu. Kontekst teologiczny jest tu nieprzypadkowy – refleksja nie ma nic wspólnego z rozważaniem takich czy innych aspektów działania, jest od niego oderwana, również  w tym znaczeniu, że nie przekłada się na żadne strategiczne decyzje. Sens, zamiast wiązać się z „kierunkiem” i „zmysłem”, pozostaje czystą formą, którą istota refleksyjna kontempluje, albo raczej: zaleca sobie do kontemplacji, w chwilach „wyrwanych z codziennej krzątaniny”. W gruncie rzeczy zatem sama kwestia prędkości i powolności nie zostaje tu nawet postawiona. Zamiast sztuki umiejętnego operowania tempem, rytmem itd., mamy tu do czynienia z myśleniem sprowadzonym do aktu nabożnej admiracji.

Trudno przy tym nie dostrzec swoistej komplementarności bezmyślnego „pędu” i – utrzymujących jedynie pozory myślenia – chwil refleksji. Nie chodzi tu nawet o pokojowe współistnienie, lecz o jak najściślejszą współzależność: z jednej strony działanie, polegające wyłącznie na realizacji danego z góry schematu, posłuszne trwanie w kieracie, podporządkowanie twardym regułom gry, obowiązującym na rynku pracy (dyspozycyjność, mobilność, odpowiedzialność), z drugiej – wzniosłe uczucia i nastroje, co do których moralne autorytety zapewniają, iż jako jedyne pozwolą nam w tym wszystkim zachować „godność osoby ludzkiej”. A zatem: kolejny epizod długiej historii sojuszu tronu (kapitału) z ołtarzem… Ten splot nie zdziwi zresztą nikogo, kto kiedykolwiek zadał sobie trud genealogicznej analizy obiegowych wyobrażeń moralnych. Najpospolitszy konformizm nigdy nie był wrogiem „wzniosłości” i „głębi”, wręcz przeciwnie – znajdował w nich właśnie swoje głębsze uzasadnienie, tudzież korzystał z nich jako swoich masek. W przypadku naszego komunału idzie jednak o coś więcej, o cały, implikowany przezeń obraz działania i myślenia, a także o określone rozumienie prędkości i powolności, jakie zawiera się w tym obrazie. I jak zwykle problem polega na tym, że komunał, operując pół-prawdą i quasi-oczywistością, pozbawia nas możliwości wyartykułowania naprawdę ważnego zagadnienia. Jak się bowiem ma sprawa z prędkością i myśleniem? Czy nie należy uznać, że myśl faktycznie najlepiej rozwija się w żywiole powolności, podczas gdy działanie, odsyła do dynamiki, szybkich decyzji i reakcji?

Pozostawmy na boku sprawę działania. Jest skądinąd jasne, że „chwile refleksji” doskonale uzupełniają się jedynie z pewnym jego rodzajem – z działaniem rutynowym i automatycznym, z wykonywaniem odgórnie narzuconych obowiązków (nawet jeśli należy do nich przejawianie tzw. „twórczej inwencji”) itd. Równie jasne jest to, że istnieją inne tryby, inne rodzaje praktyki, zakładające nie tylko aktywność myśli, ale i zasadniczo inny rytm, czynności, których nie da się wykonywać inaczej niż powoli i ze skupieniem. Ważniejsza i mniej oczywista jest kwestia samego myślenia. Komunał do pewnego stopnia trafnie rozpoznaje sytuację: myśl coraz częściej utożsamia się z inteligencją, rozumianą jako rodzaj „refleksu”, umiejętność szybkiego reagowania, celnej riposty itp. Za model służy tu telewizyjna „debata” albo quiz (kto szybciej pomyśli, naciska przycisk…). Jednocześnie przeciwwagę dla tego „medialnego” modelu moraliści widzą w refleksji, która okazuje się niczym innym niż kontemplacją pustej formy metafizycznej wzniosłości. Prawdziwa apologia wolno-myślicielstwa w pierwszym kroku musi albo całkowicie zerwać z tą alternatywą, uwolnić myślenie zarówno od jej związków z komunikacją, jak i od wzoru refleksyjno-kontemplacyjnego, albo dokonać jakiejś zdecydowanej redefinicji wszystkich tych trzech terminów. Inaczej będziemy wciąż krążyć między czysto użytkową „inteligencją” a rzekomą „mądrością”, co do której słusznie będziemy podejrzewać, że jest równie bezmyślna jak ta pierwsza. 

Trzeba by też na nowo zdefiniować relacje między myśleniem i prędkością. Nigdy bowiem nie jesteśmy bardziej w ruchu niż wtedy, gdy myślimy; tak samo jak nie ma nic bardziej statycznego, pozbawionego pędu i dynamiki niż owo „zabieganie”, na które narzekają krytycy współczesności, rosnącego „tempa życia” itd. Nie należy mylić jałowej cyrkulacji w sformatowanej przestrzeni, w którą wtłaczają nas zwłaszcza stosunki zawodowe, przerywanej snem lub epizodami „czasu wolnego”, z lotem, który sam wyznacza swoją trajektorię i który dopiero umożliwia rozwinięcie jakiejkolwiek prędkości. Prędkość jest tu ściśle związana właśnie z rodzajem ruchu, ze swobodnym przyspieszaniem i zwalnianiem, wynikającym jedynie z wewnętrznej konieczności samej myśli, z rodzajem  i oporem „materii”, którą ona nawet nie tyle eksploruje, ile wytwarza jako swój nieodzowny korelat. Jeśli w myśleniu faktycznie niewskazany jest „pośpiech”, to tylko ze względu na ową konieczność. Myślenie pospieszne zawsze jest tylko rodzajem kompromisu z bezmyślnością. Z drugiej strony nawet „kontemplacja” rozwija własną prędkość, co więcej – zwłaszcza ona wymaga prędkości zawrotnych, bliskich nieskończonej; złudzenie spoczynku bierze się w jej przypadku właśnie z tego rozpędu, ze zdolności myśli do przemierzania z nieskończoną prędkością pewnego obszaru, ustanawiania równoległych połączeń (komunikacji) między najbardziej odległymi punktami. To samo dotyczy refleksji, jeśli widzieć w niej rodzaj „kontemplacji samego siebie”. 

Właściwy sens wolno-myślicielstwa nie odsyła więc do żadnego porządku bezwzględnych wartości; nie idzie koniecznie o to, by myśleć „powoli”, tylko o autonomiczne rozwijanie prędkości (mniejszej lub większej) – a zatem, tradycyjnie, raczej o wolność niż po-wolność. Nie zmienia to jednak faktu, że jeśli „dzisiejsze czasy” nie sprzyjają wolnej myśli, to raczej ze względu na tendencję do jej ponaglania. Dlatego, ze strategicznego punktu widzenia, powolność również bywa istotna. Próbom wtłoczenia myśli w „telewizyjny” schemat bodźca i reakcji (a więc nie tyle nawet ponaglania myśli, ile jej prostego unicestwienia), zaprzęgnięcia jej do pracy takiego czy innego rodzaju i uczynienia jej „dyspozycyjną”, musi się ona przeciwstawiać równie zdecydowanie, co próbom zawłaszczenia ze strony moralistów i orędowników wiecznego spoczynku.

A zatem bez obaw: nie zatrzymuj się! nie zwalniaj… chyba że wymaga tego immanentna konieczność myśli. 

Teksty pochodzą z książki „Nowy słownik komunałów”, która ukaże się nakładem Fundacji MAMMAL w kwietniu 2015. Oprawa graficzna: Marek Sobczyk. 

Cykl tekstów filozoficznych „Rzeczy i myśli” powstaje we współpracy z Fundacją na Rzecz Myślenia im. Barbary Skargi w ramach projektu finansowanego ze środków Fundacji PZU.
W ramach cyklu, co kilka miesięcy, będziemy też zamieszczać listę filozoficznych nowości wydawniczych z krótkimi omówieniami. Prosimy o nadsyłanie książek na adres redakcji.










Tekst dostępny na licencji Creative Commons BY-NC-ND 3.0 PL.