Tłumacze wszystkich światów
CREST Research CC BY-NC-SA 2.0

14 minut czytania

/ Literatura

Tłumacze wszystkich światów

Rafał Lisowski

Tłumacz ma dawać czytelnikowi książki napisane po polsku: te, które sam chciałby czytać, i te, których prywatnie by nie tknął, te, które sam znalazł i pokochał, i te, o których usłyszał dopiero od wydawcy – polemika z esejem Jerzego Jarniewicza

Jeszcze 4 minuty czytania

Porozmawiajcie z tłumaczkami i tłumaczami literatury o ich bolączkach. Gdy już zejdą z tematów bliskich sercu każdego freelancera – stawki kiepskie, umowy niekorzystne, dopominanie się o płatności, drżenie o ciągłość zleceń – jedna skarga będzie zaczerpnięta jakby z innego porządku: że pracy tłumaczy się nie docenia i nie dostrzega. Chyba że coś pójdzie bardzo źle – wtedy oczywiście czytelnik zapyta: a co to za nieuk tłumaczył? Jeśli zaś recenzent (a w dzisiejszych realiach dużo częściej: bloger książkowy) doceni daną pozycję za język, styl, potoczystość, to można obstawiać w ciemno, że pochwali samego autora, chociaż ten autor po polsku pisać nie potrafi.

Dlatego my, przedstawiciele tego fachu, jak kania dżdżu łakniemy każdej wzmianki o roli tłumacza, jego autorskich kompetencjach i wkładzie w utwór. Na szczęście ostatnio coś się zmienia: nagrody literackie, wywiady z tłumaczami, książki o tłumaczeniu, a nawet nazwiska tłumaczy na okładkach książek. Oraz – wielkie postacie świata przekładu jako ambasadorzy naszego fachu. Wśród nich zaś mało kto opowiada o roli tłumacza z większą pasją niż Jerzy Jarniewicz, dlatego każdy jego tekst to lektura obowiązkowa. W „Syzyfie zwycięzcy”, opublikowanym w „Dwutygodniku”, Jarniewicz przekonuje, że tłumaczenie jest przeciwnikiem ortodoksji, że przekład zaprasza do dialogu i empirycznie dowodzi, iż nie istnieją prawdy objawione. Ktokolwiek zajmuje się tłumaczeniem, na widok takich słów dostaje przyjemnego mrowienia w brzuchu i każdemu by powtarzał: tak właśnie jest, tego człowieka słuchajcie!

W eseju pojawia się jednak ważna teza, która u zawodowego tłumacza literatury może budzić sprzeciw. Jerzy Jarniewicz przypisuje bowiem tłumaczowi odpowiedzialność za jakość przekładanych utworów, przy czym nie chodzi tu o jakość pracy tłumacza, ale samego tekstu źródłowego: „tłumacz, który wcześniej nie przeczytał tłumaczonej książki, przekłada coś, czego jakości nie jest w stanie ocenić. Zwalnia się więc ze współodpowiedzialności, jakkolwiek mikroskopijna by ona była, za stan kultury swojego języka, więcej: zwalnia się także z odpowiedzialności wobec czytelnika”. Na uznanie zasługiwaliby więc ci tłumacze literatury, którzy sami wybierają utwory do tłumaczenia albo przynajmniej dogłębnie – i za darmo, bo mało który wydawca zapłaci za samą lekturę książki, chyba że w ramach recenzji wewnętrznej – analizują każdą otrzymaną propozycję, by akceptować wyłącznie te uznane za dostatecznie wzbogacające polski pejzaż literacki. Tych zaś tłumaczy, którzy przyjmując zlecenia od wydawców, wchodzą „w rolę komiwojażera, lobbysty, rzecznika korporacji”, Jerzy Jarniewicz gani. Swoim nazwiskiem umieszczonym na stronie tytułowej dobry tłumacz ma, jego zdaniem, gwarantować nie tylko doskonałość własnego warsztatu wykorzystanego przy przekładzie, ale i wysoką jakość pierwowzoru. Innymi słowy: gdyby to nie była doskonała literatura, toby doskonała tłumaczka bądź tłumacz nie wzięli jej na warsztat.

Esej zaczyna się od wąskiej i bardzo szczególnej dziedziny, poezji, później jednak Jarniewicz patrzy szerzej i sięga po duży kwantyfikator. Mówi: to tłumacz jest odpowiedzialny, to tłumacz uwiarygadnia. To tłumacz firmuje swoim nazwiskiem marketingowe slogany typu „hit według «New York Timesa»”. Każdy tłumacz, tłumacz beletrystyki, w szczególności zaś – tłumacz hegemonicznej angielszczyzny.

Nad taką tezą unosi się piękny ideał tłumacza z powołania, artysty par excellence, równie autonomicznego jak sam pisarz. Ani myślę podważać szczytności tej wizji; wobec osób, które mają dość kompetencji, a zarazem komfortu, żeby realizować ją w praktyce, jestem pełen szczerego szacunku. Jerzy Jarniewicz stwierdza, że tłumacz to zawód społecznego zaufania – i tu właśnie objawia się zasadniczy paradoks, bowiem przywołany ideał można urzeczywistnić jedynie wówczas, kiedy praca tłumacza literatury nie jest czyimś podstawowym zawodem. Tylko wtedy, po wyłączeniu czynnika ekonomicznego – gdy przekładem nie zarabia się na życie, a ciągłość zleceń nie jest fundamentem stabilności zawodowej – wchodzi w grę całkowita emancypacja od potrzeb wydawniczego biznesu. W branżowej publicystyce można co prawda przyjąć postawę maksymalistyczną i żądać obalenia kapitalistycznego rynku książki (Jarniewicz rzeczywiście uderza w te tony, oskarżając neokolonialne praktyki i korporacyjne interesy), w praktyce jednak zawodowy tłumacz literatury jest, na dobre i na złe, nieodłącznym uczestnikiem rynku. Ten zaś schlebia najróżniejszym gustom.

Spójrzmy na polskie realia przekładu z języka angielskiego – bo to na nim skupia się Jarniewicz. Według najnowszego opracowania Biblioteki Narodowej „Ruch wydawniczy w liczbach” w 2017 roku ukazało się w naszym kraju 3029 tłumaczeń literackich z angielskiego – wliczając w to literaturę piękną (rozumianą jako „utwory o wysokich ambicjach artystycznych”), romansowo-obyczajową, sensacyjno-kryminalną, fantastyczną, dla młodzieży, publikacje dla dzieci, eseistyczne, dokumentalne (m.in. reportaż, autobiografia, publicystyka), popularnonaukowe oraz komiksy. Niestety nie wiemy, ilu tłumaczy wykonało te przekłady ani dla ilu z nich przekład jest podstawowym zawodem, a nie tylko jednym z zajęć. Tłumaczy literackich jest w sumie od kilkuset do ponad tysiąca. Nietrudno sobie wyobrazić, że niewielu spośród nich znajduje się w komfortowej sytuacji, w której zawsze może dobierać sobie zlecenia, godząc się wyłącznie na te w pełni satysfakcjonujące pod względem artystycznym.

Zbyt często zapominamy, że tłumacz literatury, owszem, jest twórcą, nieraz artystą, ale jak każdy zawodowy twórca i artysta jest przede wszystkim pracownikiem na rynku sztuki – w tym przypadku: na rynku wydawniczym. Kto to taki zawodowy twórca? Podczas spotkania zamykającego Ogólnopolską Konferencję Kultury pisarz Zygmunt Miłoszewski ujął to tak: „to jest twórca, który przynajmniej próbuje żyć z tego, co robi”.

Przywołuję OKK nieprzypadkowo, bowiem rozdźwięk między perspektywą profesjonalną a misyjną można zauważyć w bodaj wszystkich gałęziach sztuki. Kiedy my, którzy całą zawodową energię poświęcamy na działalność w swojej dziedzinie kultury, słyszymy, że „artystą się nie jest, artystą się bywa” (a zatem: nie należy myśleć, że to zawód, z którego można żyć), krew się w nas burzy. Owszem, różne są drogi artystyczne. Dla zachowania całkowitej artystycznej niezależności ktoś na co dzień może się parać innym zawodem, a działalność twórczą wykonywać jedynie czasami i nie uzależniać od niej domowego budżetu. Warto sobie jednak zadać pytanie, czy korzyść dla polskiej kultury nie jest aby większa wówczas, gdy ktoś taki – kto właśnie w graniu, śpiewaniu czy pisaniu jest najlepszy – poświęci się temu zajęciu całkowicie. Niechby nawet dzielił czas między projekty mniej i bardziej ambitne. Wtedy przecież zarazem stale doskonali swój warsztat i wzbogacaja efektami pracy nie tylko kulturę wysoką, ale również popularną.

To dlatego tak ważne jest zapewnienie zawodowym twórcom dobrych warunków pracy (w tym – dobrych warunków socjalnych, które były jednym z głównych tematów OKK). Musimy przy tym pamiętać, że twórcy z reguły zajmują dalekie miejsce w rynkowej hierarchii dziobania, zatem nie ich, stosunkowo najsłabszych uczestników rynku kultury, należy obarczać winą za taki, a nie inny jego kształt. Naturalnie warto zastanawiać się, czy tytułów książkowych nie ukazuje się za dużo, na czym cierpią zarówno czytelnicy zarzucani produktami niewysokiej jakości, jak i wykonawcy na rynku książki, skazani na niewysokie zarobki, bo książki trzeba wyprodukować tanio, szybko i masowo. To jednak temat na zupełnie inną dyskusję, a tłumacz ma znikomy wpływ na politykę wydawniczą swoich zleceniodawców.

Specyfikę pracy tłumacza literatury często porównuje się z takimi zawodami, jak muzyk czy aktor. Podobnie jak oni tłumacz interpretuje cudzy utwór i odgrywa go po swojemu. Jednak czy przed muzykami i aktorami również stawiamy podobne wymagania? Czy potępiamy świetną aktorkę, która zagra w hicie kinowym, by jednocześnie móc występować w teatrze? Albo wirtuoza gitary, który niszowe projekty łączy z pracą muzyka sesyjnego na popowych płytach? Czy polska kultura rzeczywiście zyskałaby na nieobecności doskonałych artystów w komercyjnym kinie i muzyce rozrywkowej? I co z tymi wszystkimi aktorami, którym trudno liczyć na wymarzone role, bo tych jest ograniczona liczba? Powiemy im: rzućcie karierę artystyczną, skoro nie stać was na swobodne przebieranie w propozycjach? Czy reprezentatywni dla tych zawodów są tylko ich najwybitniejsi przedstawiciele?

Na wspomniane 3029 przekładów z angielskiego przypadło 99 tłumaczeń tzw. ambitnej literatury pięknej. Trudno z marszu stwierdzić, ile spośród tych pozycji wydawnictwa zakupiły na podstawie podszeptów agentów i marketingowych blurbów, ile zaś spełniało wyśrubowane wymagania jakościowe zakreślone w artykule Jerzego Jarniewicza. Załóżmy umownie – i raczej optymistycznie – że proporcje rozłożyły się po równo. Oznaczałoby to, że w ciągu roku ukazuje się około 50 przekładów wyróżniających się artystycznie książek anglojęzycznych, co stanowi niespełna 2% wszystkich. Dla ilu tłumaczy wystarczy pracy na tym poletku? I jaka jest szansa – skoro zawodowy tłumacz literatury rocznie przekłada kilka pozycji – że wszystkie one będą należały właśnie do tej najambitniejszej kategorii? Chyba nie chcemy sugerować, że dobrzy tłumacze literatury środka, fantastyki, kryminałów, sensacji, romansów – książek czasem lepszych, czasem gorszych, ale niemal zawsze wybranych przez wydawcę – powinni zmienić pracę. Że powinni odmawiać przekładania tych pozycji, których czytelnicy rzeczywiście są ciekawi – choćby ze względu na miano „literackiego wydarzenia roku”. Strach pomyśleć, co stałoby się z już i tak niskim poziomem czytelnictwa, gdyby dobrzy tłumacze odeszli z zawodu. Literatura różnej jakości wciąż by się ukazywała, tyle że gorzej napisana po polsku.

Jerzy Jarniewicz porównuje pracę tłumacza do pracy dziennikarza czy recenzenta. Dlaczego – zastanawia się – na dziennikarza, który staje się propagandzistą jednej partii, albo recenzenta, który złej książki złą nie nazywa, spada zasłużona krytyka, a tłumacz przekładający słabą książkę jest z niej zwolniony? Otóż rzeczywiście i dziennikarz, i recenzent, i tłumacz służą prawdzie. Tylko że w przypadku tego ostatniego owa służba polega na tym, żeby nie przekłamać oryginału. Jarniewicz niedostatecznie wybrednym tłumaczom zarzuca, że zwalniają się z odpowiedzialności wobec czytelnika. Bynajmniej. Odpowiedzialność tłumacza wobec czytelników polega na tym, żeby dać im tekst, który odbiorą tak samo jak czytelnicy oryginału. Tłumacz wiernie służący czytelnikowi przełoży z równą dbałością tekst wyższych i niższych lotów, ponieważ na dobre tłumaczenia zasługuje każdy odbiorca, niezależnie od tego, czy w książce szuka artystycznej wybitności, czy ucieczki od problemów dnia codziennego. Czytelnika nie wolno traktować protekcjonalnie, pozbawiając go prawa do samodzielnego wyrobienia sobie zdania na temat zjawisk literackich z innych kręgów kulturowych. W czasach upadającego czytelnictwa i konkurencji choćby ze strony łatwych w konsumpcji seriali trzeba wyjść odbiorcy naprzeciw, zapewniając mu dobrą rozrywkę. Na wagę złota jest każda umęczona po całym dniu w pracy czytelniczka pochłaniająca wielotomowe sagi czy młodzież, która w świat słowa pisanego trafia przez komiks czy fantasy young adult.

Wcale nie chcę przez to powiedzieć, że w swoich zawodowych wyborach tłumacze powinni być bezrefleksyjni. Początkującym powtarzam, że lepiej odmówić pracy nad tekstem, który nam nie pasuje, niż spaprać efekt końcowy. Są też teksty, do których nie chcemy przyłożyć ręki z powodów ideologicznych czy estetycznych. Powinniśmy zatem odmawiać… o ile możemy sobie na to pozwolić. Każdy, kto pracuje, życzy sobie, by dane mu było wykonywać wyłącznie pracę dającą zawodowe spełnienie. I każdy wie, że nie zawsze jest to możliwe. Nie bulwersuje mnie więc nazwisko dobrego tłumacza na przeciętnej książce. Mieszane uczucia mam prędzej choćby wtedy, gdy się dowiaduję, że mistrz w zawodzie zgadza się na niekorzystne umowy wydawnicze, ponieważ uważa, że inaczej się nie da.

Jerzy Jarniewicz z niechęcią odnosi się do rzekomo minimalistycznych oczekiwań wobec tłumaczy: „Tłumacza zwalnia się z obowiązku krytycznego myślenia – tłumacz ma tłumaczyć”. Zupełnie jakby sam akt tłumaczenia miał niewystarczającą wagę i należało go uzupełnić czymś jeszcze. Tymczasem przekład to zadanie wymagające olbrzymiej wiedzy, kompetencji językowych i kulturowych oraz – jakże by inaczej – zdolności krytycznego myślenia. Owszem, tłumacz, jeśli chce i potrafi, może dodatkowo być wydawcą, literaturoznawcą, krytykiem, badaczem, agentem – ale może być też po prostu, jak pisze Jarniewicz, ekspertem od słowa. Jako tłumacz ma dawać czytelnikowi książki napisane po polsku: te, które sam chciałby czytać, i te, których prywatnie by nie tknął, te, które sam znalazł i pokochał, i te, o których usłyszał dopiero od wydawcy. Jego misją jest przybliżanie czytelnikowi przeróżnych obcych światów. Skoro przekład uczy pluralizmu, skoro filarem czytelnictwa jest literatura trafiająca do różnych czytelników, to filarem przekładu są tłumacze, którzy tę literaturę tłumaczą. Okazujmy szacunek najwybitniejszym przedstawicielom naszej profesji, ale niech go nie zabraknie dla tych, bez których księgarnie i biblioteki świeciłyby pustkami.

Cykl tekstów wokół tłumaczeń i tłumaczy publikowany jest we współpracy z Instytutem Kultury Miejskiej w Gdańsku – organizatorem Gdańskich Spotkań Tłumaczy Literatury „Odnalezione w tłumaczeniu” oraz festiwalu Europejski Poeta Wolności.