Piękne komercyjne samobójstwo
fot. Dr Animal Cannibal Pizza

19 minut czytania

/ Muzyka

Piękne komercyjne samobójstwo

Rozmowa z Michałem Hoffmannem

Zepsucie, samozniszczenie, niedorozwój, redukcja do instynktu, rozpad na odłamki obłędu – to wszystko przychodzi mi bez specjalnego wysiłku, tak na scenie, jak poza nią, niestety. Tym całym cyrkiem wykopałem sobie niszę, której chyba nikt pokrewny ze świata muzyki nie zamieszkuje

Jeszcze 5 minut czytania

PIOTR SZWED: Piszesz, że Surowa Kara za Grzechy to w jakimś stopniu przywoływanie melodii z dzieciństwa. Jakie piosenki najmocniej zapadły ci w pamięć, jakoś zdefiniowały brzmieniowo tamten czas?
MICHAŁ HOFFMANN
: Powinienem wymienić kilkaset dla pełnego obrazu, ale niech będzie pięć: „True Faith” New Order, „Big Log” Roberta Planta, „The Riddle” Nika Kershawa, „In flagranti” Papa Dance i „Maneater” Hall & Oates. To może nie są te, które najbardziej mi zapadły w pamięć, ale te, które były dla mnie punktem odniesienia przy robieniu kawałków Surowej Kary za Grzechy. Z tym że Ula [Tinsley – red.] pewnie wymieniłaby pięć zupełnie innych, a ona też miała spory wpływ na materiał.

Jak wyglądały twoje początki zainteresowania muzyką?
Moja mama słuchała Cohena, Brassensa, Gainsbourga, Kate Bush, ojciec Hendrixa, Stonesów, rocka progresywnego i country. Jeszcze była babcia, która puszczała mi muzykę arabską i Paula Robesona. W domu wszędzie walały się szpule i stał magnetofon Unitra ZK. Razem słuchaliśmy i taśm, i radia. Kilka razy, gdy w dorosłym życiu zabierałem się do jakichś albumów po raz pierwszy, okazywało się, że już je musiałem gdzieś, kiedyś przesłuchać.

Na początku podstawówki liczył się dla mnie synthpop, pod koniec podstawówki rock, dopiero w liceum bardziej oświeceni koledzy zaczęli mnie indoktrynować hip-hopem, a potem funkiem. Nigdy nie byłem muzycznym influencerem, ale zwykle miałem szczęście do inspirującego pod tym względem towarzystwa.

W 2001 roku, zakładając Surową Karę za Grzechy, wróciłeś do korzeni?
Szukałem czegoś nowego, bo nie miałem zupełnie pomysłów na Afro Kolektyw po wydaniu debiutu. Akurat wtedy uzyskałem dostęp do internetu w pracowni komputerowej na wydziale i przynosiłem stamtąd MP3 ściągane z Napstera, na dyskietkach. Nurzałem się ostro w nostalgii – jakieś 80% tych empetrójek stanowiły utwory z lat 80., zapamiętane z Listy Przebojów Trójki. Starałem się słuchać analitycznie, co tam się dzieje w akordach, w melodiach, w soundzie, w końcu spróbowałem napisać własne wariacje na ten temat. Dzielnie mi w tym sekundowała moja ówczesna partnerka.

Michał „Afrojax” Hoffmann

Po rozwiązaniu Afro Kolektywu (z którym w latach 2001–2014 wydał pięć albumów), nagraniu dwóch turpistycznych płyt jako Legendarny Afrojax, spłodzeniu syna, wygraniu odcinka „Jednego z dziesięciu” i podjęciu bezskutecznego leczenia psychiatrycznego – Michał Hoffmann powrócił ze swoim pierwszym poważnym solowym albumem (wydanym jako Afrojax), który ukazał się 27 kwietnia 2018 roku nakładem Wytwórni Krajowej.

W wakacje 2018 roku ukazało się wznowienie płyty „1984”, jego synthpopowego projektu Surowa Kara Za Grzechy (wyd. Trzy Szóstki).

Pamiętasz, jaki był pierwszy nakład płyty „1984”? Bo to, co wydaje teraz wytwórnia Trzy Szóstki, jest nazywane – nie wiem, czy słusznie – reedycją.
Nie było nakładu per se, bo nie zostało to wydane. Tylko dwadzieścia kilka demówek wypalonych w domu na CD z wydrukowaną w punkcie ksero okładką.

Zagraliście tylko jeden koncert.
W klubie Indeks, którego szefem był wówczas Tomek Konca. Męczyłem go tak długo, aż się zgodził użyczyć kubatury. Bębny miały lecieć z peceta, ale ten się zepsuł podczas soundchecku, rozebrałem go na kawałki i naprawiłem w ostatniej chwili przed gigiem. Grali z nami basista i gitarzysta, obaj profesjonaliści, niestety za cholerę nie pamiętam, jak się nazywali, a szkoda, bo dobrzy byli obaj. Ula wytrzasnęła skądś tamburynek, ja na klawiszach i gitarze. Przed koncertem mieliśmy regularne próby w klubie Karuzela. Podeszliśmy do sprawy zawodowo i liczyliśmy na co najmniej kilkadziesiąt osób, a słuchało nas może kilkanaście, do końca koncertu wytrwało chyba tylko kilku znajomych. Dlatego chciałem podziękować Krzyśkowi Kwiatkowskiemu (szefowi oficyny Trzy Szóstki) za to, że wskrzesił „1984”. Nie spodziewałem się, że poza przyjaciółmi ktoś to w ogóle pamięta.

Sam lubisz szperać w archiwach i przeczesywać internet w poszukiwaniu muzycznych dziwactw. Znalazłeś ostatnio coś ciekawego?
Chciałbym ci teraz sypnąć listą boskich „obskurów” (nieznanych, zapomnianych wydawnictw, zespołów), ale niestety zrobiłem się leniwy i ograniczę się do jednego, w dodatku mało obskurnego. Ostatnio zasłuchałem na śmierć płytę „Lilas” niejakiego Djavana – kolejny genialny kompozytor z Brazylii, jak ktoś lubi Borgesa, Lobo czy Verocaia, to „Lilas” będzie dla niego mocną pozycją.

Nie chcieliście pociągnąć dalej  grania jako Surowa Kara za Grzechy? Za chwilę przecież sporą rozpoznawalność zapewnili sobie Super Girl and Romantic Boys, ludzie zaczęli się posługiwać pojęciem gulity pleasure, pomału wzbierała fala nostalgii za latami 80...
Surowa Kara Za Grzechy, 1984, Trzy Szóstki 2003/2018Surowa Kara Za Grzechy, „1984”,
Trzy Szóstki 2003/2018
Bardzo pomału. Kiedy piętnaście lat temu ukończyliśmy ten materiał i nosiłem go po wytwórniach i rozgłośniach, to wszyscy mi się śmiali w twarz albo pytali, czy mi już kompletnie odjebało. Zresztą do dziś nie wiem, może i słusznie. Ale chociaż nie przepadł zupełnie, jest dokument, że chciałem grać ejtisy, zanim przyszła moda na ejtisy, mam papier, mam taśmę, vielen dank.

Gdy dziś wychodzi ponownie Surowa Kara za Grzechy, wydaje się idealnie pasować do nagrań chociażby zespołu Wczasy. Masz poczucie, że młodsi muzycy i tekściarze idą często po twoich śladach?
Nie znam aż tak dobrze swoich śladów, żeby to wykryć. Być może, porażka to powszechnie występujący element egzystencji, ale tak konsekwentnych, oddanych piewców jak ja miała stosunkowo niewielu.


Nie chodzi nawet o przegrywowość, taki minimalistyczny, chałupniczny synthpop ze słodko-ironicznymi tekstami okazuje się dziś bardzo żywotną konwencją. Podoba ci się to, co robi np. Sorja Morja?

fot. materiały archiwalnefot. materiały archiwalneOgromnie, ale nie ze względu na stylistykę, tylko dlatego, że mają świetne piosenki, które by pozostały świetne nawet zaaranżowane na big band i Urszulę Dudziak. To bardzo odważny kompozytorsko zespół z mocnym tekściarzem, zawsze taki był. Jestem fanem od zarania.

Jeśli chodzi o relację muzyka–teksty, to brzmienia lat 80. spotykają na „1984” język lat 90. Sporo w tych tekstach przetwarzania marketingowo-reklamowej nowomowy. Czy takie zestawienie było planowane?
Nie, pisałem jak zwykle o tym, co mnie aktualnie wkurwia, a nowomowa marketingowa lat 90. na początku kolejnej dekady była wciąż żywa, pewnie się do niej jakoś odnosiłem. Szczególnie że czułem się wówczas kompletnie wyłączony z  głównego nurtu – nie piłem, nie używałem, nie imprezowałem, nie nadawałem się do sensownej pracy, nie odnajdowałem się w żadnym kulturowym anturażu i krytykowałem wszystko dookoła. No słabo było, lata 2002–2003 zapamiętam jako prywatnie przechujowe.

Trzy utwory, które można znaleźć na reedycji wydanej właśnie przez label Trzy Szóstki  („Godzina szczerości”, „Wszystko w porządku”, „Bollywood”), zostały zarejestrowane po kilku latach przerwy w 2007 roku. Planowaliście wtedy powrót do wspólnego grania, to miał być nowy początek czy raczej zamknięcie starych pomysłów?
Piotrek Stelmach mnie namówił, po tym jak usłyszał „1984”, żebym jeszcze raz spróbował. Tylko że to już nie był duet, bo Ula dawno wyemigrowała. Sam siedziałem w studio i waliłem konia nad zagadnieniami typu: jak wpierdolić w trzyminutową piosenkę akordy od każdego, naprawdę każdego stopnia skali chromatycznej – czego bezpośrednim efektem jest „Godzina szczerości”. Pozostałe dwa numery to przymiarki, Piotrek chciał wybrać sobie na składankę jeden z trzech szkiców i tylko ten jeden miałem potem dokończyć, a dwa zostały, jak były, w proszku.

Czy to doświadczenia z Surową Karą za Grzechy sprawiły, że Afro Kolektyw skręcił później w stronę piosenek?
Afrojax, Nikt nie słucha tekstów, Wytwórnia Krajowa 2018Afrojax, Nikt nie słucha tekstów”, Wytwórnia Krajowa 2018Nie. Kiedy Afro Kolektyw skręcał w stronę piosenek, to akurat zrobiłem sobie urlop jako kompozytor, bo to się jednak okazało kurewsko trudne: zadowolić swoje wygórowane wymagania na tym polu i zachwycić zarazem słuchaczy. Kolegom z zespołu się jakoś lepiej udawał taki kompromis, a chcieliśmy go osiągnąć, bo wszyscy wtedy słuchaliśmy The Beatles i Davida Bowiego. To już nie była indywidualna nostalgia i myśli samobójcze, to była chęć rozszerzenia palety i przeżycia jako band.

Czy jest jakakolwiek perspektywa waszego powrotu do wspólnego grania? Z nowym albumem lub choćby w konwencji Afro Kolektyw gra „Płytę pilśniową” w całości na OFF Festiwalu po dwudziestu latach od premiery?
Na razie nie. Jestem zajęty nagrywaniem kolejnej płyty jako Legendarny Afrojax, chłopaki też mają swoje projekty, nieraz bardzo czasochłonne. Zapytaj znów w 2019 roku.

Otwierający płytę „Nikt nie słucha tekstów” utwór „Tytułowy” dość dobrze podsumowuje twoje funkcjonowanie na scenie muzycznej.  Od wielu lat uwodzisz masową publiczność, by po chwili wymierzyć jej cios w żuchwę, proponując rzeczy dla większości ludzi po prostu niesłuchalne.
Mój dobry kolega i wieloletni partner z zespołu Miłosz Wośko uważa, że już dawno byłbym gwiazdą, gdyby nie fakt, że wszystko, co mnie do tego przybliża, natychmiast – chyba  podświadomie – neguję i niszczę. Nie zgadzam się z nim, ale pewnie nie jestem obiektywny.

Może coś w tym jest. Po chyba najlepszych pod kątem komercyjnym „Piosenkach po polsku” („Wiążę sobie krawat” było wysoko na Liście Przebojów Trójki) wypuściliście z Afro Kolektywem „46 minut Sodomy”. Dobry album, ale fatalny, jeśli ktoś by chciał na nim szukać radiowych piosenek z zapadającymi w pamięć refrenami.
To było piękne komercyjne samobójstwo. Ale jednak zbiorowe… Wszyscy mieliśmy ochotę na płytę barową, alkoholową, rozpieprzoną – w opozycji do bardzo zwartych, klarownych, doprodukowanych „Piosenek po polsku”. No, może nie wszyscy, ale ten kwartet, który potem pojechał w pożegnalną trasę – tak. Zamiar został zrealizowany, jestem dumny z tego albumu. Zespół znakomicie gra, a wszystko na setę było rejestrowane, tym bardziej doceniam.

Czy twój powrót do rapu to w pewnym sensie krok w stronę szerszej publiczności? Rapowa scena jest chyba dziś jedynym prawdziwym polskim mainstreamem.
Nie, ja po prostu chętnie wracam do naturalnej dla mnie formy ekspresji. Rapować uczyłem się w wieku gimnazjalnym, śpiewać – dużo później.

Kogo oprócz zaproszonych na ostatnią solową płytę gości (Łona, Muflon, Ten Typ Mes, Gospel) cenisz, jeśli chodzi o polski hip-hop?
Hej, mnóstwo. W ogóle rap ostatnio przestał jakby wpierdalać własny ogon, zaczyna być o czymś. Retard rap Księcia Kapoty jest o czymś, kawałki wcześniej przezroczystego Rasmentalismu są o czymś. Nawet jeżeli głównie o narkotykach – to zawsze duży progres. Aktualnie znów jestem fanem gatunku. Zresztą kto nie jest?

W ostatnich latach chyba najbardziej chwalonym nowym tekściarzem wśród raperów jest Oskar z Pro8l3mu, słusznie?
No, to jest najpierw doskonały technicznie raper, a dopiero potem tekściarz. Dobry, tak, bardzo dobry, historie prowadzi wzorowo, filmowo, Pasikowski się kłania.

Gdy trzy lata temu ogłosiłeś na Facebooku swój ranking najlepszych polskich tekstów piosenek, to wygrała go „Knajpa morderców” Stanisława Staszewskiego. Dziś byłoby tak samo?
Może bym coś tu i tam pozmieniał w tym kalekim zestawieniu, ale pierwsze miejsce granit. W ogóle przy tamtej okazji poczułem się zobowiązany jeszcze mocniej wgłębić się w Staszewskiego, no i kurde – Osiecka, Młynarski, Przybora to geniusze werbalnej żonglerki, ale lepszego autora niż tata Kazika ta ziemia nie nosiła. Nikt tak wiele razy nie przekazał aż tyle w tak niewielu słowach. Poza tym pokrewna dusza: też amator, też alkoholik i tak dalej.

„Z tylu różnych dróg przez życie / Każdy ma prawo wybrać źle”. „Bal kreślarzy” jest bardzo, bardzo hoffmannowski, szczególnie że Staszewski tam właściwie trochę rapuje. Czy wykonywałeś kiedyś jakieś jego utwory na żywo? Przymierzałeś się do ich własnej interpretacji?
Nie, i nie sądzę, żebym kiedykolwiek próbował, chyba że z gitarą przy ognisku dla znajomych. Covery to nie moja bajka.

Czy podobnie jak Łonie brakuje ci listu wysłanego przez Wydział do Spraw Lamusów ze Światowego Związku Ludzi Pióra, mówiąc wprost: ostrej, merytorycznej krytyki?  O tekstach zazwyczaj mówi się dobre/niedobre. Bez większego uzasadnienia.
Może moje są tylko dobre? Żartuję, sam jestem dla siebie najsurowszym krytykiem i za niektóre linijki mam ochotę smagać się pejczem do nieprzytomności.

Na przykład?
Za niemal wszystko, co napisałem dla innych artystów. Z własnych za refren „Tak sobie tłumacz”, za sporo najstarszych wytrysków, jakieś „Dopsz bujam”, przecież to jest zbrodnia. A z najnowszych to za „Jeszcze mniej ufać” na przykład. Ważny temat, ciekawy pomysł, kompletnie spierdolony, nie wiadomo, o co tam chodzi.

Z jakich starych tekstów jesteś szczególnie zadowolony? Możesz zasugerować potomności, co powinna wpisać do podręczników.
Jajcuj, jajcuj. Najstarszy własny tekst, który jeszcze jakoś tam mogę polecić, to chyba „Najlepszy informatyk w mieście”.

Tytuł  „W końcu piosenka o miłości” sugeruje, że niektóre tematy długo za tobą chodzą. Czy tak właśnie było z tym utworem?
Poniekąd. Nie umiem pisać o miłości, która trwa. Wszystkie moje dziewczyny prosiły, żebym napisał o nich i dla nich jakiś tekst – a tu susza, trudna i niewygodna do wytłumaczenia. No bo przecież każdy songwriter powinien złożyć hołd swojej kobiecie piosenką, prawda? No to składam – po rozstaniu. Wtedy mam już tworzywo: gorycz i tęsknotę.

Sporo u ciebie ostatnio w tekstach aktualnych komentarzy – piszesz o postprawdach, fake newsach, fascynacji militaryzmem. Czy jest jakiś współczesny temat, z którym chciałbyś się zmierzyć, ale jeszcze tego nie zrobiłeś?
Wśród gazetowych tematów nie ma takich – o nich trzeba pisać szybko, żeby się nie zdezaktualizowały. Ale jest jeden, w miarę chyba współczesny, temat, który się nie zmieścił nawet na „Anarcho Porno Gran Turismo” [tytuł zapowiadanej na 2019 rok płyty Legendarnego Afrojaxa – red.], a fascynuje mnie i męczy od dawna: fetyszyzm życiorysu. Muszę w końcu napisać kawałek o tym, jak postrzegamy wypowiedzi w zależności od CV ich autorów. Na przykład że jak ktoś siedział w pierdlu, miał raka, przepił i przećpał majątek, opłynął świat na tratwie z patyków i gówna – to już jej czy jego słowa są więcej warte. A przecież nie są.

Czy planujesz może pisanie czegoś innego niż teksty piosenek? Pytam, bo ostatnio książki muzyków (Katarzyna Nosowska, Paweł Sołtys, Konstanty Usenko) radzą sobie bardzo dobrze.
Przypuszczam, że za krótko u mnie z umiejętnościami prozatorskimi. Wolę się skupić na tym, co jest moją mocniejszą stroną, czyli szesnastkach, piosenkach, wierszykach niż strugać literata. Jeszcze bym, kurwa, uwierzył, że nim jestem.

Jak wygląda konfrontacja wyobrażeń o ojcostwie z rzeczywistością? U ciebie one odgrywały często ważną rolę w piosenkach, „Niemęskim graniu” czy „Idź i obmyj w sadzawce Syloe”. Można powiedzieć, że tekstowo szykowałeś się do tej sytuacji.
Nie da się niestety przyszykować do tej sytuacji, a już na pewno nie majacząc sobie lirycznie. Nikt ci raczej nie powie: będzie do dupy, społeczeństwo zacznie cię postrzegać głównie jako rodzica, będziesz wariować pod ciężarem odpowiedzialności, będziesz musiał walczyć o każdy skrawek życia poza dzieckiem. Cokolwiek, co z punktu widzenia jego dobra nie będzie usprawiedliwione – stanie się niepożądane. Cokolwiek, co będzie mogło na jego rozwój wpłynąć – zostanie ocenione. Mane, tekel, fares. Choć muszę przyznać, że te liryczne majaki w „Niemęskim graniu” na razie zaskakująco się sprawdziły, oby nie sprawdzały się w dalszym ciągu.

W „Tata wstał” stwierdzasz: „jestem złym ojcem”. To chęć wypięcia się na tak zwaną dorosłość, ironia, wyraz perfekcjonizmu, a może trzeźwa ocena sytuacji?
Boleśnie trzeźwa. Brakuje mi cierpliwości, zrównoważenia, poświęcenia, dojrzałości. Może to przyjdzie jeszcze. Na razie jestem dzieckiem, które ma dziecko.

fot. Dr Animal Cannibal Pizzafot. Dr Animal Cannibal Pizza

Twoje koncerty coraz bardziej przypominają performans: puszczasz pornograficzne wizualizacje, obnażasz się, pojawiasz się przebrany za kobietę... To niezbędny środek wyrazu czy po prostu czerpiesz z własnego show perwersyjną przyjemność?
Jedno i drugie. Tym całym cyrkiem wykopałem sobie niszę, której chyba nikt pokrewny ze świata muzyki nie zamieszkuje, a w takim wyzywającym parateatrzyku ja się dodatkowo doskonale czuję. Zepsucie, samozniszczenie, niedorozwój, redukcja do instynktu, rozpad na odłamki obłędu – to wszystko przychodzi mi bez specjalnego wysiłku, tak na scenie, jak poza nią, niestety.


Czy podziwiasz albo doceniasz szczególnie jakichś artystów za umiejętność tworzenia koncertowego spektaklu?

O cholera, nie wiem, za mało koncertów w życiu widziałem. Czekaj, w podatnym na wzruszenia wieku lat osiemnastu zachwycił mnie pod tym kątem wtedy jeszcze mało znany zespół Chumbawamba. Ale zapamiętałem z ich koncertu w Warszawie nie tylko przebieranki i prowokacje, ale też fajne numery – i to jest ważne.

Gdy wpisać w Google „Afrojax”, jako jeden z pierwszych wyników pojawia się  „Jeden z dziesięciu”. Twój udział w tym programie wzbudził sporo emocji. Skąd ten pomysł i czy planujesz w przyszłości podobne historie, np. „Milionerów”?
To był szalony pomysł mojej ówczesnej dziewczyny, dziś drugiej żony, i jako taki przypadł mi do gustu. Ale jak przyszło co do czego, to żeby w ogóle wyjść przed kamerę, najebałem się clonazepamem, a po skończonym nagraniu odcinka tryumfalnie poprawiłem wódką. A jak wiadomo, niedobrze jest mieszać benzo z alko. Nigdy więcej teleturnieju.


Skończyłeś niedawno czterdzieści lat, za rok minie dwadzieścia od założenia Afro Kolektywu. Jakbyś miał zrobić małe podsumowanie, to czego najbardziej żałujesz lub z czego jesteś szczególnie dumny?

Żałuję, że nie nagrywałem częściej i więcej. Teraz – przez ostatnie kilka lat – mam ostre pierdolnięcie, dużo piszę, komponuję, produkuję, wydaję. Może to klasyczny przypadek quantity over quality – celowania w ilość, a nie jakość? Może zostało mi niewiele czasu i chcę zdążyć? Może wobec zagęszczenia tak zwanego prawdziwego życia tym chętniej od niego uciekam w abstrakcję? W każdym razie szkoda, że nie przytrafiło mi się to wcześniej. Widocznie nie mogło.