Piosenki obowiązkowo
Designed by Wannapik

13 minut czytania

/ Muzyka

Piosenki obowiązkowo

Piotr Szwed

Współcześni nastolatkowie są znacznie bardziej otwarci na różnorodną muzykę niż wcześniejsze pokolenia. Może nigdy jeszcze gust tej grupy nie był tak zróżnicowany? Włączenie „piosenki literackiej” do listy lektur to akurat świetny pomysł twórców, często krytykowanej, podstawy programowej

Jeszcze 3 minuty czytania

„Powojenna piosenka literacka – wybrane utwory Ewy Demarczyk, Jacka Kaczmarskiego, Wojciecha Młynarskiego, Agnieszki Osieckiej oraz wybrane teksty Kabaretu Starszych Panów”. To ostatni, czterdziesty dziewiąty punkt nowej podstawy programowej z języka polskiego dla liceum i technikum. Po raz pierwszy w historii polskiego systemu edukacji mamy w programie do czynienia z piosenkami obowiązkowymi.

Można mieć wątpliwości, czy to dobry pomysł. Niewykluczone, że wielu uczniów, którzy zetkną się na lekcji z Młynarskim czy Kaczmarskim, będzie mieć poczucie, że szkoła, ta wyjątkowo archaiczna instytucja, wciska im archaiczne szlagiery, które może wzruszały bądź bawiły pradziadków. Nie brakuje też opinii, że obecność wśród lektur bardziej szkodzi niż pomaga omawianym tekstom. Czy Osiecka lub Młynarski potrzebują takiego dowartościowania i czy w ogóle ono wciąż jest dowartościowaniem? Myślę jednak, że warto poważnie podejść do szkolnej rozmowy o piosenkach obowiązkowych, przede wszystkim zastanowić się, w jaki sposób i w jakim celu w ogóle o nich mówić.

Jako nauczyciel języka polskiego nie wyobrażam sobie mojej pracy bez muzyki. Gdy wchodzę do klasy, w której nigdy wcześniej nie miałem zajęć, odruchowo szukam głośników – sprawdzam, na co mogę sobie pozwolić, by prezentacja nagrań nie zakończyła się brzmieniową katastrofą od pierwszych sekund zniechęcającą do wybranego wykonawcy. Nie mam audiofilskich ambicji, ale muzyka powinna być słyszalna.

Jak wielu nerdów (zafascynowanych różnymi odmianami popkultury) w pracy nauczyciela zaspokajam potrzebę gadania o tym, co mnie fascynuje, bezwstydnie zapewniając sobie audytorium. Od lat niezależnie od ministerialnych wytycznych mam swój kanon szkolnych utworów, które odgrywają rozmaite role. Nic tak nie rozbraja niepokoju oczekiwania na rozpoczęcie stresującego sprawdzianu jak dźwięki patetycznej muzyki filmowej dobranej w zależności od tematu. Może to być Ennio Morricone, Hans Zimmer, John Williams – im bardziej dramatycznie, tym lepiej. Nic tak nie pomaga się skupić i zaangażować we wspólne czytanie jak współczesny ambient. William Basiński, Tim Hecker, Stars of the Lid puszczeni w charakterze dyskretnego tła potrafią zmienić kontakt z twórczością Mickiewicza czy Słowackiego w zaimprowizowane kilkuminutowe słuchowisko.

Zawsze, gdy częstuję licealistów bardziej eksperymentalnymi fragmentami mniej oczywistych gatunków: ambientu, free-jazzu czy industrialu, podaję wykonawców i namawiam do posłuchania płyt. Oczywiście nagle wszyscy na przerwie nie zaczną szperać w serwisach streamingowych w poszukiwaniu tego, co przed chwilą usłyszeli. Zdarzają się jednak sytuacje, że ktoś potrafi mi przypomnieć nagranie puszczone na lekcji przed paroma laty i podziękować za to, że dzięki zajęciom z polskiego zaczął śledzić poczynania Johna Zorna i Mike’a Pattona. Fragment ich albumu „Six Litanies to Heliogabalus” wykorzystałem przy okazji wiersza „Apollo i Marsjasz” Herberta. Warto konfrontować uczniów z kilkuminutowym wrzaskiem, szczególnie gdy jest wcześnie rano i rozmowa o poezji zwyczajnie usypia. Krzyk Pattona „tylko z pozoru […] jest monotonny / i składa się z jednej samogłoski / A”.

Dzięki piosenkom, szczególnie tym ostentacyjnie niepomnikowym i niekanonicznym, da się tchnąć sporo życia nawet w tak zmurszałą kategorię jak tradycyjne toposy kultury. Antyczny hedonizm można znaleźć u Żabsona w „Trapollo”, danse macabre na język postpunka w ironiczny sposób przekładają Nagrobki, renesansowy ideał człowieka poczciwego reprezentuje Kękę, barokową fascynację przemijaniem znakomicie reinterpretuje w „Vanitas” Pro8l3m. Oświeceniowa krytyka polskich wad? Łona. Romantyczna wrażliwość – krzyk połączony z egzaltacją na granicy płaczliwości  polecam Bedoesa. Może coś pozytywistycznego, np. budowa klasycznej noweli? Wszystkie jej cechy znajdziemy w „Czerwonej sukience” Fisza. Aby rozmowa o XIX-wiecznej emancypacji kobiet nie była jedynie poznawaniem historii, warto zestawić dawne teksty z utworami-manifestami Siksy lub Gangu Śródmieście.

Tę listę można by ciągnąć w nieskończoność. Jeśli nauczyciel chce, by zgodnie hasłem prof. Ryszarda Koziołka, młodzież uczyła się „myślenia literaturą”, to będzie mu łatwiej, jeśli potrafi myśleć popkulturą – przekładać na jej język najistotniejsze zagadnienia. Współczesny punk i hip-hop przykuwają uwagę, bo kontrastują z tym, co streotypowo szkolne. Jak mają się jednak do tego Agnieszka Osiecka czy Kabaret Starszych Panów?

Dla Pokolenia Z (ludzi urodzonych na przełomie tysiącleci) twórcy powojennej piosenki literackiej są kimś, kim dla mnie, dorastającego w latach dziewięćdziesiątych, byli Mieczysław Fogg lub Hanka Ordonówna. Jednak współcześni nastolatkowie są znacznie bardziej otwarci na różnorodną muzykę niż millennialsi, którzy na etapie szkoły średniej często okopywali się wokół wybranego gatunku bądź zespołu i z pogardą patrzyli wokoło. Wśród ulubionych wykonawców ludzi w wieku 12–17 lat, jak pokazało badanie przeprowadzone niedawno przez NCK, widać oczywiście dominację hip-hopu, ale także wysoką pozycję Michaela Jacksona, Eda Sheerana, Rihanny czy Zenka Martyniuka. Gdy konfrontowałem wyniki tej ankiety z grupą licealistów, których przygotowałem w dobrej, dość konserwatywnej szkole do matury rozszerzonej, okazało się, że najpopularniejszych wykonawców współczesnej polskiej młodzieży takich jak Paluch i Szpaku kojarzyła... jedna na dwadzieścia kilka osób. Woleli Matę, Quebonafide, Odd Future, Maca Millera, Ralpha Kamińskiego, Eltona Johna, Twenty One Pilots, Milesa Davisa... Młodzi, elokwentni z dużego miasta mają często zupełnie innych bohaterów niż ich rówieśnicy chodzący do szkoły kilkadziesiąt kilometrów dalej. To ciekawy punkt wyjścia do rozmowy na temat kanonu polskich piosenek.

Jeśli czegoś na lekcjach języka polskiego nie brakuje, to z pewnością ogromnej ilości słów – wypowiadanych, komentowanych, analizowanych, ocenianych... Dlatego dobrze jest pozwolić zaistnieć muzyce. Zacząć zajęcia o piosenkach literackich od tego, co pozaliterackie.

Dlaczego to właśnie Ewa Demarczyk stała się dla twórców Piwnicy pod Baranami idealną interpretatorką poezji? Skupiając się na jej sposobie artykulacji i kreowanym wizerunku, komentując muzykę Zygmunta Koniecznego, która w „Niebo złote ci otworzę” podsuwa skojarzenie z żołnierską pieśnią, a w „Karuzeli z madonnami” narzuca obłędny, intensywny rytm, uczniowie przygotują znakomity grunt pod zrozumienie słów – choć bezpośrednio o nich nie powiedzą ani słowa. Jedno z przekleństw polskiego systemu nauczania polega na tym, że słowo „interpretacja” wciąż często kojarzy się z pisaniem wypracowania na temat tego, co autor chciał powiedzieć. Jakby nie określało ono podstawowej czynności rozumienia kultury – wyrażanej także gestem, tańcem, melodią...

Piosenka literacka w przeciwieństwie do wielu zjawisk omawianych w szkole ma jeden niezaprzeczalny atut – cały czas rezonuje. Jest obecna w przestrzeni publicznej – nie tylko przy okazji rocznicowego ożywiania zapomnianych klasyków. Dlatego lekcję o Kabarecie Starszych Panów zacząłbym od Taco Hemingwaya, który do twórczości Jeremiego Przybory i Jerzego Wasowskiego nawiązywał, samplując w „To by było na tyle” fragment „Niespodziewanego końca lata” albo deklarując w utworze „BXL”: „Jadę autem mojej mamy po Brukseli, słucham Starszych Panów”. Dlaczego najpopularniejszy polski raper, między nagraniami emoraperów takich jak Lil Peep czy Tory Lanez, ma na swojej playliście klasyków PRL-owskiej telewizyjnej rozrywki lat pięćdziesiątych? Czy chodzi o snobizm, wychowanie, rodzinne tradycje, fascynację językiem? A może decydującą rolę odgrywa tak ważna dla duetu Wasowski–Przybora umiejętność opisywania mieszczańskich przyjemności – z ironią, ale i z dużą dozą wyrozumiałości?

Starsi Panowie odzywają się u Taco Hemingwaya, mistrzem Łony jest Młynarski, na dziedzictwo Osieckiej powołuje się ogromna liczba tekściarzy i twórców, co ważne, nie tylko tych łączonych z etosem inteligenckim i nagrywających regularnie płyty hołdy. Na wydanym w tym roku albumie „H8” Białasa znajdziemy wersy: „rozchmurzony czytam wiersze Agnieszki Osieckiej i się wzruszam, mordo, ja czuję, więc jestem”. Oczywiście nie da się przesłuchać wszystkiego i o wszystkim porozmawiać, ale wspólne poszukiwanie współczesnych kontynuacji i nawiązań do twórców kanonicznych piosenek to z pewnością lepszy pomysł niż uznanie „powojennej piosenki literackiej” za wzór kultury wysokiej, przeciwstawionej dzisiejszej upadłej popkulturze. Mało rzeczy mnie drażni w polskiej szkole tak bardzo jak naiwny konserwatyzm – snucie przez nauczyciela opowieści o starym wspaniałym świecie zapomnianych wartości.

Rozmawiając o piosence literackiej, warto podkreślić, że mówimy o ówczesnym popie – tekstach, które dzięki kapitalnym melodiom trafiały do masowej, niesłychanie różnorodnej publiczności. Fenomen postaci takiej jak Wojciech Młynarski polega przecież między innymi na tym, że był on gwiazdą – bez gwiazdorskiego wizerunku, głosu czy presji na przypodobanie się publiczności. Potrafił uwodzić ją charyzmą, poczuciem humoru, liryzmem. Jeśli weźmiemy pod uwagę skalę funkcjonowania tekstów w społecznej świadomości, Agnieszka Osiecka jest prawdopodobnie najważniejszą XX-wieczną polską poetką. Gdy zapytamy, kto zna jakieś jej piosenki, zakładam, że na początku nieśmiało wzniesie się do góry maksymalnie kilka rąk, wystarczy jednak rzucić cytatami („niech żyje bal”, „deszcze niespokojne”, „czy te oczy mogą kłamać”...), po chwili trudno będzie znaleźć osobę, która nie kojarzy ani jednego fragmentu. Czy istnieje w polskiej historii poeta, który mógłby pod tym względem konkurować z autorką „Kochanków z ulicy Kamiennej”?

Agnieszka Osiecka to w ogóle temat, który można, w zależności od potrzeb, zainteresowań klasy, rozegrać na bardzo wiele sposobów: poszukując związków z tradycją (powtórzenie na temat romantycznej ballady z genialnymi nawiązaniami do Mickiewicza – „Oczy tej małej”) lub współczesnością. Spory potencjał ma nośny dziś temat piosenki jako głównego tematu filmu bądź serialu – podkreślającej jego przesłanie, a czasem wydobywającej z jego fabuły ukryte sensy. Od „Nim wstanie dzień” (ballady skomponowanej przez Krzysztofa Komedę do nazywanego często polskim westernem filmu „Prawo i pięść”) można przejść do rozmowy o piosenkach z netflixowych produkcji.

Wojciech Młynarski i Jacek Kaczmarski to dla wielu przede wszystkim „Mury” oraz „Róbmy swoje”. Szkoda, gdyby te utwory przysłoniły mniej oczywiste oblicza tych często stereotypowo traktowanych tekściarzy i wykonawców – postrzeganych poprzez Solidarność i etos inteligenckości. Młynarski może być pretekstem do rozmowy o współczesnym klasizmie, potrafił on bowiem, w piosenkach takich jak „Bynajmniej” czy „Najpiękniejszy list miłosny”, szydzić z protekcjonalności, pokazywać śmieszność aroganckich kpin z ludzi gorzej wykształconych. Kaczmarski natomiast umiał tak komentować klasyczne dzieła, że wydobywał z nich publicystyczne komentarze aktualne do dziś. Fragment piosenki poświęconej najsłynniejszej powieści Prusa „Lalka, czyli polski pozytywizm”, dotyczący Polaków, którzy skupiają się na „myślach niedzisiejszych”, mógłby powstać w ciągu ostatnich miesięcy. Ludzie komentowaliby: w punkt.

Dzięki „polskiej powojennej piosence literackiej” da się opowiedzieć w skrócie historię PRL-u, wychodząc poza funkcjonujące w zbiorowej świadomości klisze z żołnierzami wyklętymi, Solidarnością i Janem Pawłem II. „Addio Pomidory” czy „Okularnicy” mogą otworzyć oczy na detale ówczesnej codzienności, zmienić schematyczne wyobrażenia na jej temat. Ludzie, którzy rodzili się w momencie wejścia Polski do Unii Europejskiej, gdy patrzą dziś na czasy powojenne, robią to zazwyczaj poprzez okulary politycznego demonizowania, widzą efektowny manichejski podział, starcie sił dobra z siłami zła. Rzadko które słowo młodzi ludzie zafascynowani nacjonalizmem i neoliberalizmem wypowiadają z równą pogardą jak „socjalizm”. Wynika to także ze sposobu opowiadania powojennej historii m.in. w szkolnych salach.

Lubię te miejsca w programie nauczania, które pozwalają dzielić się odpowiedzialnością. Skoro zawiera on zapis o „wybranych utworach”, nikt nie twierdzi, że wybierać musi nauczyciel. Nic nie stoi na przeszkodzie, by zrobili to uczniowie, tworząc w serwisach streamingowych playlisty, wskazując np. w formie głosowania na Facebooku, jakim piosenkom Kabaretu Starszych Panów, Młynarskiego, Osieckiej, Demarczyk czy Kaczmarskiego chcieliby poświęcić uwagę. Ważniejsze od samego kształtu kanonu lektur jest przecież nasze spieranie się o niego. To zawsze w pewnym stopniu fascynująca zabawa w kreowanie obrazu przeszłości – pozwalająca przyjrzeć się jej, a jednocześnie się w niej przejrzeć.

Tekst dostępny na licencji Creative Commons BY-NC-ND 3.0 PL (Uznanie autorstwa-Użycie niekomercyjne-Bez utworów zależnych)