Bądź, kimkolwiek chcesz
fot. Dawid Grzelak

6 minut czytania

/ Muzyka

Bądź, kimkolwiek chcesz

Piotr Szwed

Ralph Kamiński jest jednym z najciekawiej rozwijających się polskich songwriterów oraz rewelacyjnym wokalistą. Potrafi być uwodzicielem, ale i opowiadaczem historii. Trudno zresztą nie kibicować piosenkarzowi z odważną queerową kreacją

Jeszcze 2 minuty czytania

Najpierw marzył o tym, żeby zostać księdzem, potem cyrkowcem. Od dziecka fascynowało go to, co teatralne. Ralph Kamiński jest z pewnością jednym z tych artystów, którzy kochają scenę – nie tylko jako miejsce prezentacji twórczości, ale też jako poligon doświadczalny, przestrzeń przełamywania granic – swoich i publiczności, proponowania jej spektaklu tyleż prowokacyjnego, co dziecięco naiwnego.

Gdy dwa lata temu debiutował bardzo dobrze przyjętym „Morzem”, z miejsca przejął dużą część publiczności Artura Rojka i Czesława Mozila. Na szczęście od tego pierwszego odróżniał się charakterem wykreowanej, znacznie bardziej odrealnionej postaci. Od drugiego był po prostu ciekawszym wokalistą. Nie zamierzał bazować jedynie na urokliwej manierze. Potrafił być uwodzicielem, ale i opowiadaczem historii. W „Moim hymnie o Warszawie” z niezłym efektem naśladował Marka Grechutę, poruszając się między oszczędnym śpiewem a recytacją. Przede wszystkim jednak występował w roli katalizatora emocji, wywołując bardzo dobre skojarzenia z wczesną twórczością Antony and the Johnsons. Wszystkie atuty 25-letniego wówczas songwritera składały się jednak tylko i aż na obiecujący debiut – płytę daleką od wykształcenia w pełni własnego stylu.

Mieszane uczucia budził Kamiński jako tekściarz. Od początku odważnie zaczął pisać po polsku, co zapewniało jego opowieściom bardziej intymny charakter i często przynosiło dobre efekty, chociażby w „Zawsze” – piosence o słowach, które nie powinny paść, ale padają jak deszcz ze zbierających się nad bohaterami coraz ciemniejszych chmur. Niestety, więcej było na „Morzu” momentów, w których nagromadzenie stylistycznych liczmanów było naprawdę drażniące. Najgorzej pod tym względem wypadał „Jan” z fragmentami brzmiącymi jak poezja coachingowa: „Walcz, walcz, walcz, bo pusty dom, trwaj, trwaj, trwaj, daleki ląd”.


Mimo tych zarzutów trudno było nie kibicować Kamińskiemu. Ze swoimi stereotypowo niemęskimi piosenkami brawurowo wkraczał między wykonawców Męskiego Grania, a na Przystanku Woodstock przełamywał dominujące tam od lat rockistowskie tendencje. Zdawał się doskonałym materiałem na gwiazdę. Był w jakimś stopniu queerowy. Przede wszystkim jednak był ujmująco bezpośredni i przekonujący. Przesłanie jego projektu wydawało się brzmieć bardzo prosto: możesz być, kimkolwiek chcesz.

Wydany przed paroma dniami drugi album wydaje się ukłonem w stronę rockowej i popowej klasyki. Mniej tu aranżacyjnego zamieszania, więcej spójnych piosenek, perfekcyjnie skrojonych pod kątem wymagań stacji radiowych, mogących się spodobać różnorodnej publiczności. Najlepsze wrażenie robią na „Młodości” utwory radosne – dalekie od efektownych, ale na dłuższą metę męczących ballad. W „2009” i „Autobusach” Kamiński idzie śladami wczesnego Eltona Johna, tworząc kunsztowne, a jednocześnie lekkie, dynamicznie rozwijające się piosenki oparte na klawiszowych pasażach – imponujące harmonią, co ważne, także tą tekstową. Nie znajdziemy tam, jak zdarzało się Ralph Kamiński, Młodość, FONOBO 2019Ralph Kamiński, Młodość”,
FONOBO 2019
wcześniej, kilku gryzących się ze sobą pomysłów. Gdy trafi się nieco pompatyczny banał („wyrwij mi serce i rzuć je na wiatr jest twoje”), to trzeba przyznać, że jest trafiony w punkt pod względem funkcji, jaką odgrywa w piosence. Kamiński zbliża się tutaj do Jensa Lekmana – potrafiącego czynić ze stylistycznych klisz element własnego, często przewrotnego artystycznego języka.

Wspaniałym pokazem takich umiejętności jak singiel „Wszystkiego najlepszego”, rozwijający się w formie skromnej, nieco lennonowskiej ballady temat wspomnień o dawnej ukochanej, której obraz powraca w snach i wyobrażeniach: zmysłowych, konkretnych, a przy tym bezpretensjonalnych („każdego lata złoci Twoją skórę słońce”). Refren jako składanie życzeń mógłby drażnić, ale tu akurat stanowi idealne dopełnienie całości. Jeśli chodzi o zdolność bycia sentymentalnym, to z krajowych artystów dla Kamińskiego konkurencją jest jedynie Better Person.


Gorzej wypadają utwory, które są próbą mierzenia się z trudniejszymi tematami. „Tygrys” starający się być opowieścią o społecznej presji grzęźnie w ogólnikowym narzekaniu na atmosferę wytwarzaną przez szkolę i religię. Finał utworu „Tato”, z wsamplowanymi wypowiedziami dziecka, wywoła u wielu ciarki zażenowania. Na tym tle zdecydowanie wyróżnia się „Klub D”, kabaretowo-musicalowa opowieść o zmaganiach z depresją, sugestywnie przedstawiająca stan przechodzenia od euforii do paraliżującej apatii.

Łatwo można zarzucić Ralphowi Kamińskiemu, że swój ekscentryczny wizerunek buduje ze znoszonych glamrockowych rekwizytów, które zdają się być, jak przedstawiona na okładce fryzura, gotowymi szablonami; że na tle takich przedstawicieli queerowego popu jak chociażby Perfume Genius wypada blado pod względem muzycznej wyobraźni. Nie zmienia to jednak faktu, że mamy do czynienia z jednym z najciekawiej rozwijających się polskich songwriterów oraz rewelacyjnym wokalistą. W rozpoczynającym „Młodość” „Zielonym samochodzie” warto zwrócić uwagę na przepiękny punkt kulminacyjny, którego nastrój doskonale wyrażają śpiewane wówczas słowa: „o tak pływam sobie pośród gwiazd”. Sposób, w jaki Kamiński wykonuje ten kilkusekundowy fragment, mógłby być jego wokalną wizytówką, świadectwem umiejętności budowania przejmującego nastroju z kilku słów i dźwięków.

Tekst dostępny na licencji Creative Commons BY-NC-ND 3.0 PL (Uznanie autorstwa-Użycie niekomercyjne-Bez utworów zależnych)