Opukiwanie rzeczywistości
"Ułaskawienie", reż. J.J. Kolski

15 minut czytania

/ Film

Opukiwanie rzeczywistości

Adam Kruk

Nieco archaiczna formuła sprawia, że festiwal w Gdyni nigdy nie będzie miał międzynarodowego prestiżu, a jednocześnie – że dla rodzimych filmowców ma znaczenie szczególne. Jak matczyny uścisk czy ojcowskie poklepanie po ramieniu

Jeszcze 4 minuty czytania

Bez obaw i nadziei: festiwal w Gdyni cały czas jest tym, czym był. Możliwie najszerszym przeglądem dokonań polskiej kinematografii; dziwnym tworem, w ramach którego możemy radośnie dusić się we własnym sosie, bez przeglądania się w cudzych oczach. Od roku dobitnie ujawnia się brak dyrektora artystycznego, czyli kogoś, kto brałby odpowiedzialność za selekcję, jakość programową, nadawałby imprezie kierunek – o tym, które filmy mają szansę walczyć o Złote Lwy (w tym roku aż 16 tytułów), a które lądują w sekcji Inne Spojrzenie (tu 8) czy na pokazach specjalnych, decyduje wynik mało przejrzystych gier rozmaitych środowisk, koterii i wpływów. Jest wprawdzie (i dobrze) przegląd Polonica, prezentujący zagraniczne produkcje z udziałem polskich twórców, ale szybko zrezygnowano z zagranicznego jury – wszak to festiwal ekskluzywny, dumnie prezentujący kino narodowe. Ta nieco archaiczna formuła sprawia, że Gdynia nigdy nie będzie miała międzynarodowego prestiżu, a jednocześnie – że dla rodzimych filmowców ma znaczenie szczególne. Jak matczyny uścisk czy ojcowskie poklepanie po ramieniu.

Kilka filmów – z sukcesami – zdążyło już zostać poklepanych na arenie międzynarodowej: w Cannes „Zimna wojna” Pawła Pawlikowskiego (spodziewane Złote Lwy) i „Fuga” Agnieszki Smoczyńskiej, w Berlinie pominięta w gdyńskim werdykcie „Twarz” Małgorzaty Szumowskiej. Wcześniej w Szanghaju pokazywano też „Dziurę w głowie” Piotra Subbotki – jeden z dwóch debiutów w konkursie głównym, które okazały się grubym nieporozumieniem. Trudno się tę „Dziurę” ogląda – artystowskie to do granic wytrzymałości, nazbyt teatralne i niewynagradzające za poświęcony czas oskarżenie współczesnej polskiej rzeczywistości. Żal tu nie tylko czasu, ale i zmarnowanego tupetu Subbotki, który nie ogląda się na poklask publiczności, a także świetnych aktorów: Bartłomieja Topy, Sandry Korzeniak, Marty Zięby, którzy zawierzyli wizji reżysera.

Nie udał się też „Juliusz” Aleksandra Pietrzaka – drugi debiut w konkursie, który reklamowano jako powrót polskiej komedii do najlepszej formy. Nic z tych rzeczy: żarty są tu prymitywne, głównie fizjologiczne, historia mało wiarygodna i niewciągająca. Nie pomogły nawet gościnne występy Jerzego Skolimowskiego, Krystyny Jandy czy Izabeli Trojanowskiej, którzy mieli chyba skraść serca widzów. Przekonuje jedynie relacja tytułowego Juliusza (Wojciech Mecwaldowski) i Doroty (Anna Smołowik) – dwojga ludzi dalekich od schematów serwowanych nam w rodzimych komediach romantycznych, którzy próbują się do siebie zbliżyć. Jeśli te debiuty miałyby wróżyć przyszłość polskiego kina, lepiej byłoby jej poszukać w konkursie Inne Spojrzenie. Nie dziwi mnie zatem, że nagrodą za debiut jury postanowiło nagrodzić drugi film w dorobku reżyserki – mroczną „Fugę” Agnieszki Smoczyńskiej, na podstawie scenariusza występującej tu także w głównej roli Gabrieli Muskały. Mocny głos dwóch autorek w sprawie tworzenia się nowych modeli kobiecości.

Innym ciekawym dziełem drugim był „Wilkołak” Adriana Panka, doceniony tu za reżyserię. Jeden z najodważniejszych i najbardziej spójnych w próbie wykreowania świata tytułów festiwalu. Tym razem, opowiadając o dzieciakach wyzwolonych z obozu koncentracyjnego Gross-Rosen, autor „Daas” czerpie tyleż z rodzimej tradycji odmalowywania „krajobrazu po bitwie”, co ze środków przynależnych kinu gatunkowemu, szczególnie horrorowi. „Wilkołak” to wymagająca, nieoczywista opowieść, w której jednak nie wszystko się udało. Miałem niekiedy problem z uwierzeniem jej w warstwie psychologicznej. W wojennym czasie zawieszenia wszelkich zasad i wartości w bohaterach zbyt szybko budzą się zachowania przynależne czasom pokoju – tak jakby cofając się do nieludzkich czasów, reżyser nie mógł powściągnąć własnego humanizmu i czułości wobec postaci, które w nich umieścił.

„Krew Boga”, reż. Bartosz Konopka, „Wilkołak”, reż. Adrian Panek

Podobnie rozbity czułem się, oglądając „Krew Boga” Bartosza Konopki – kolejną autorską propozycję, której czegoś zabrakło. Nie widziałem w polskim kinie od bardzo dawna tak śmiałej, tak spektakularnej próby skonstruowania filmowego uniwersum nie z tego świata. Tworząc je wraz z nagrodzonym w Gdyni za zdjęcia Jackiem Podgórskim, reżyser czerpie z poetyki średniowiecza, ale równie dobrze moglibyśmy znajdować się w kosmosie; w przeszłości i w przyszłości, wśród chrystianizowanych Słowian, na wyspach Polinezji czy w kolonizowanych zakątkach Ameryk. To świat nie do rozpoznania, radykalnie inny, rządzący się prawami, których nie sposób objąć rozumem – w tym sensie kontynuuje tradycję tak psychodelicznych, wyzywających dla odbiorców filmów, jak „Małgorzata, córka Łazarza” Františka Vláčila, „Na srebrnym globie” Andrzeja Żuławskiego czy „Trudno być bogiem” Aleksieja Germana. Mimo wszystko jednak, nie wzbija się na ich poziom arcydzielności. Zabrakło pierwiastka geniuszu? A może budżetu, by dać widzowi więcej oddechu i pozwolić przyjrzeć się temu światu w skali makro? Może bardziej zagęszczonej intrygi?

Gęstości nie brakowało w najgłośniejszym i najbardziej oczekiwanym filmie festiwalu, którym był „Kler” Wojciecha Smarzowskiego. Intryga poprowadzona jest tu po mistrzowsku. Ale stawka jest tu wyższa niż tylko odbiorcza przyjemność – to film na użytek wewnętrzny, który ma krążyć po polskim organizmie i nim trzepać; łycha dziegciu, którą wszyscy musimy przełknąć. Odbiór w Gdyni pokazał, że nie przychodzi to łatwo, choć film cieszył się tak ogromnym zainteresowaniem, że trzeba było organizować dodatkowe pokazy, zdobył nagrodę dziennikarzy, publiczności, a także – gdyby ją przyznano – nagrodę za najdłużej oklaskiwany film festiwalu. Przygląda się takim praktykom kleru jak wyłudzanie pieniędzy, wspieranie nacjonalistycznych bojówek, seksualne igraszki, picie na umór i w końcu – pedofilia i jej ukrywanie, musiał więc wzbudzić wściekłe ataki, stawać w gardle, odbijać się jeszcze po dniach. Tym bardziej jednak „Kler” okazuje się potrzebny. Bo być może, aby być Europejczykami nie tylko w sensie geograficznym – co postulowali w swoich mowach na gali kończącej festiwal Adrian Panek czy Olgierd Łukaszewicz – trzeba nauczyć się spokojnie, racjonalnie rozmawiać o wszystkim: nie tylko krzywdach doznawanych, ale i tych wyrządzanych. Nie tylko bronić własnych interesów, ale i zastanowić się nad interesem publicznym.

„Kler”, reż. Wojciech Smarzowski (fot. B. Mrozowski), „Ułaskawienie”, reż. Jan Jakub Kolski
Nagrodzeni

Złote Lwy: Paweł Pawlikowski, „Zimna wojna”
Srebrne Lwy:
Filip Bajon, „Kamerdyner”
Nagroda specjalna:
Marek Koterski („7 uczuć”) oraz Wojciech Smarzowski („Kler”)
Reżyseria:
Adrian Panek, „Wilkołak”
Aktorka:
Grażyna Błęcka-Kolska, „Ułaskawienie
Aktor:
Adam Woronowicz, „Kamerdyner”
Aktorka drugoplanowa
: Aleksandra Konieczna, „Jak pies z kotem”
Aktor drugoplanowy: Olgierd Łukaszewicz, „Jak pies z kotem”
Muzyka: Antoni Komasa-Łazarkiewicz, „Kamerdyner” i „Wilkołak”.
Zdjęcia: Jacek Podgórski („Krew Boga”) i Jakub Kijowski („Fuga”)
Scenariusz: Jan Jakub Kolski, „Ułaskawienie”    

Spokojnie i mądrze opowiada (także i o tym) w swoim najnowszym filmie Jan Jakub Kolski, którym, po nerwowym, pokracznym „Lesie. 4 rano” powrócił do swej najwyższej formy. „Ułaskawienie” – luźno oparte na wspomnieniach dziadków Kolskiego z Popielaw – opowiada o rodzicach, którzy chcą pochować swego „wyklętego” syna na spokojnej ziemi. Ten film, mimo maski historycznej, mówi wiele o współczesności. O żałobie i sposobach jej przepracowania. O stosunku do innych narodowości i postaw życiowych. O tym, jak można w ciężkich czasach być przyzwoitym człowiekiem. W ramie kręconych przez samego reżysera na taśmie 16 mm fragmentów stylizowanych na rodzinną kronikę oglądamy przejmujące kino drogi, w którym para, a szybko troje bohaterów, przemierza świeżo oswobodzoną Polskę. Na ich wozie gnije ciało bohatera, czego trudno nie odczytać jako metafory powojennych losów kraju, ale też nie skojarzyć ze słynnym „Wozem do Wiednia” Karela Kachyny. „Ułaskawienie” słusznie nagrodzono za scenariusz, kostiumy oraz za wspaniałą rolę Grażyny Błęckiej-Kolskiej.

W tej kreacji, wyciszonej, a przy tym bardzo mocnej, aktorka stworzyła kompletny portret kobiety: matki i babki, głęboko kochającej męża (Jan Jankowski), ale kwestionującej swe uczucia i otwierającej się na inne doznania. Wszystko to z wiernością swej epoce, klasie społecznej, doświadczeniu. Kreacji Błęckiej-Kolskiej ciężaru dodawała, korespondująca z filmem, dramatyczna historia osobistej tragedii aktorki, która straciła córkę. To jej zadedykowała odbieraną w Gdyni nagrodę. Była ona jednak pewnym zaskoczeniem, bo w kuluarach obstawiano raczej Gabrielę Muskałę („Fuga”) albo Joannę Kulig („Zimna wojna”), która stała się prawdziwą twarzą tegorocznego festiwalu. Przed każdą projekcją oglądaliśmy, jak śpiewa „I Can Boogie”, mignęła też w kilku innych prezentowanych tu filmach. Może Kulig, która stoi dziś u progu międzynarodowej kariery, nagroda w Gdyni nie była zresztą wcale potrzebna?

Powtarzające się w polskich filmach te same twarze, nawet jeśli to twarze aktorów wybitnych, podkreślają napięcie między pewną prowincjonalnością naszej kinematografii a – niekiedy – jej światowym poziomem. Taka musi więc być i Gdynia – rozpostarta między przaśnością a imprezą luksusową. Niekiedy jest to niezwykle komiczne – taka była choćby gala rozdania nagród. Prowadząca ją Małgorzata Kożuchowska kompulsywnie zmieniała kreacje i wyglądała jak sto milionów, ale musiała wybiegać za kulisy, by dowiedzieć się, co przekazać chciała jej wynurzająca się stamtąd każąca ręka. Chodziło o dopuszczenie do głosu wiceministra, który odczytać miał, przygotowane chyba naprędce, podsumowanie festiwalu. Tak też się stało, choć deklamując napisane w poetyce szkolnego capstrzyku przesłanie, sam wiceminister – trudno się dziwić – nie potrafił zachować powagi. Mieszanie się filmu i polityki jest zresztą kolejną specyfiką festiwalu, który ma na tym polu długą tradycję: tę heroiczną (przyznanie Wajdzie nagrody dziennikarzy na schodach za „Człowieka z marmuru”) i tę komiczną, jak czajenie się Jacka Kurskiego, by w błysku fleszy przyznać nagrodę TVP „Wołyniowi”. Smarzowski nawiązał zresztą do tej sytuacji, dziękując za wyróżnienie „Kleru” – jednak w tym roku nie przez prezesa TVP.

„Kamerdyner”, reż. F. Bajon (fot. B. Pijański), „Zimna wojna”, reż. Paweł Pawlikowski

Na pewno był to dobry festiwal dla mistrzów, którzy przeżyli już gorsze czasy i nie dali się wmanewrować w doraźne polityczne wojenki. Wydarzeniem stał się udany powrót Marka Koterskiego, laureata Złotych Lwów za „Dzień świra”, który w najnowszych „7 uczuciach” zastosował ryzykowny zabieg obsadzenia dzieci dorosłymi aktorami. Ma on tu głęboki sens, pokazuje, jak trudno jest pozbyć się wewnętrznego dzieciaka, jak siedzi on w każdej twarzy, bez względu na to, ile wiosen czy zmarszczek by liczyła. Ten rozkapryszony, skrzywdzony i krzywdzący bachor wychodzi z nas wszystkich, gdy przestajemy się kontrolować – Koterski pokazuje to doskonale, balansując elegancko między komizmem a tragizmem. Do wysokiej formy powrócił też Filip Bajon w „Kamerdynerze”, którego nagrodzono Srebrnymi Lwami, a także laurami za muzykę, charakteryzację i kreację Adama Woronowicza. Film zachwyca rozmachem inscenizacyjnym i dbałością o detal, jest próbą ukazania historii i ludzi w całej wielowymiarowości: językowej, klasowej, intelektualnej, seksualnej. Bajon pokazuje, że to może się udać. Choć nie mamy bogatych tradycji w tej dziedzinie.

Klucza do kontaktu z publicznością nie odnaleźli natomiast Adam Sikora i Krzysztof Zanussi. Ani opowiedziana już wielokrotnie historia niszczenia jednostki przez komunistyczne władze w „Autsajderze”, ani próba – ku przestrodze i pokorze ludzkości – reinterpretacji mitu Fausta w „Eterze” nie wzbudziły zainteresowania publiczności. Dużo ciekawszą propozycją okazał się najnowszy film Janusza Kondratiuka „Jak pies z kotem” o jego relacji z bratem Andrzejem – pełen dystansu i autoironii, szczerze opowiadający o chorobie, zniedołężnieniu, piciu, zawiści. Filmowi przypadły nagrody za niełatwe, ale efektowne role Olgierda Łukaszewicza oraz wcielającej się w Igę Cembrzyńską Aleksandry Koniecznej. Tą bardzo intymną i trudną historią Kondriatuk dotyka problemów powszechnych – opieki na najbliższymi, którzy przestają przypominać siebie samych, granic wytrzymałości w imię miłości, walki o majątek odchodzących czy pokusy manipulowania nimi.

Jak pies z kotem” należał do grupy filmów skromniejszych, jakby pobocznych, które nie mogły walczyć o najwyższe laury z rozmachem dzieł Pawlikowskiego, Smarzowskiego, Koterskiego czy Bajona, a jednak jakoś ważnych i potrzebnych. Do takich zaliczyłbym także przeoczone przez jury, pokazywane już na naszych ekranach „Pewnego razu w listopadzie” Andrzeja Jakimowskiego czy najnowszy – i najlepszy jak do tej pory – film Kingi Dębskiej z trzema przejmującymi rolami Doroty Kolak, Agaty Kuleszy i Marii Dębskiej, podejmujący temat alkoholizmu kobiet w sposób tak śmiały, jakiego nie widzieliśmy od czasu filmu „Tylko strach” (1993) Barbary Sass. Pytania stawiane przez reżyserkę w „Zabawa, zabawa”, brzmiały jakby głośniej i bardziej zaczepnie na suto zakrapianych gdyńskich bankietach i imprezach.

Te filmy odważnie biorą się za bary ze współczesnością. Tą wygodną i tą bezdomną, zawsze jednak uwierającą, zatraconą, zapijaczoną –  kurującą się wodą po ogórach u Smarzowskiego czy kroplówką z witaminowego banku w „Zabawa, zabawa”. Za bary z Polską podzieloną klasowo i ideowo, jak księża z „Kleru” czy koledzy z warsztatu samochodowego, którzy w przejmującej scenie z „Pewnego razu w listopadzie” stają nagle po dwóch stronach ryglowanych drzwi. Może kino nie potrafi tych drzwi otworzyć, ale przynajmniej zaczyna je opukiwać. Dochodzące dźwięki nie zawsze są przyjemne, ale nie można zatykać uszu. Polscy filmowcy przestali to robić.