AKTORSKIE PORTRETY:  Michelle Williams
fot. Annie Leibovitz, vogue.com

AKTORSKIE PORTRETY:
Michelle Williams

Adam Kruk

Twarz Williams wyraża zarówno gorzkie rozczarowanie dorosłością, jak i optymistyczną wiarę pokolenia w możliwość osiągnięcia sukcesu na własnych warunkach

Jeszcze 3 minuty czytania

W 2000 roku ukazała się książka „Millennials Rising” Williama Straussa i Neila Howe’a, diagnozująca amerykańskie pokolenie Millennium w kontrze do poprzedzającej je, opisanej przez Douglasa Couplanda, Generacji X. Jeżeli „iksów” cechowały przede wszystkim cynizm i niewiara w autorytety, wyrażone najpełniej w muzyce grunge, to Millennials, czyli roczniki urodzone po 1982 roku (wcześniej nazywane także pokoleniem Y), miały być nacechowane większą dozą nadziei, tolerancji dla popkultury oraz optymistycznym przeświadczeniem o własnej wyjątkowości (nie zaś jak poprzednicy, o samotności, alienacji i marginalizacji). „Iksów” próbowały opisać filmy w rodzaju „Singles” Camerona Crowe’a, „Orbitowanie bez cukru” Bena Stillera czy „Fight Club” Davida Finchera. Do pokolenia Millenium kierowane były seriale: „Felicity” (1998-2002), „Luzik Guzik” (1999-2000) czy „Jezioro marzeń” (1998-2003). W „Jeziorze marzeń” – „Beverly Hills 90210” na prowincji – w którym bohaterowie poczucie własnej wartości czerpią nie z miejsca zamieszkania, ale pomimo niego, terminowała Michelle Williams.

Uwięziona w sąsiedztwie

Produkowane przez Kevina Williamsona „Jezioro marzeń” było pod kilkoma względami przełomowe, i nie chodzi nawet o takie, lubiane przez Amerykanów osiągnięcia, jak pokazanie pierwszego gejowskiego pocałunku w prime time. Serial wyróżniał przede wszystkim sposób portretowania młodzieży: nie schlebiał demokratycznej średniej, ale ukazywał nastolatków wrażliwych (często bardziej niż rodzice), niezależnych (nierzadko pochodzili z rozbitych rodzin, ale nie upośledzało ich to, tylko dodawało sił), inteligentnych (do granic komizmu). I nie grali ich – jak w „Beverly Hills” – dorośli. Słynne stały się egzaltowane cytaty w rodzaju: „synapsy moich uczuć są przeładowane!”. Michelle Williams wspominała, że dzięki scenariuszowi „Jeziora marzeń” miała okazję poszerzyć swoją leksykę.

Nie tylko pod tym względem zyskała na pracy przy serialu. Chociaż grana przez nią niepokorna, trochę dziwkarska Jen Lindley, bynajmniej nie była ulubioną postacią widzów – jak się okazało, to właśnie Williams najlepiej z całej obsady pokierowała swoją karierą. Serialowi chłopcy, mimo początkowych sukcesów (James Van Der Beek w „Żyć szybko, umierać młodo”, Joshua Jackson w „Szkole uwodzenia”), prędko zepchnięci zostali do aktorskiej trzeciej ligi, a Katie Holmes, której po „Cudownych chłopcach” i „Batmanie: Początku” przepowiadano wielką karierę, miała pecha wpaść w szpony Toma Cruise’a, który sprowadził ją do roli matki-celebrytki.
Williams, pomimo gorszych niż Holmes warunków fizycznych, pokazała bardziej wszechstronną osobowość aktorską, mierzoną zarówno wyborem repertuaru, jak i skalą talentu, którą widać już w „Jeziorze marzeń”. Stworzyła najciekawszą kreację (była za nią dwukrotnie nominowana do Teen Star Award), a jej postać dominowała w całym serialu, który zaczynał się od przybycia Jen z Nowego Jorku do Capeside, a kończył jej śmiercią. W uwięzionej w małym miasteczku blondynce odbijali się pozostali bohaterowie, a może całe pokolenie Millenium.

„Tajemnica Brokeback Mountain”

Nietrudno było uwierzyć w jej postać, bo w Williams wszystko jest na wskroś amerykańskie, zwyczajne, czasem wręcz wulgarne. Nawet jej nazwisko brzmi pospolicie. Nie ma kształtów modelki, jest niska, bywa korpulentna, a zadarty nosek i nazbyt pyzata twarz pasują raczej do roli Miss Montany, z której pochodzi, niż hollywoodzkiej gwiazdy. Potrafi być piękna, a nawet przeistaczać się w bóstwo („Mój tydzień z Marilyn”), ale równie dobrze może wyglądać jak córka farmera („Tajemnica Brokeback Mountain”), czy dziewczyna z sąsiedztwa („Wendy i Lucy”). Nie dominuje ekranowej opowieści, jak Meryl Streep, której obecność rozsadza każdy film – jej zdolności do metamorfozy towarzyszy pokora wobec nadrzędnej roli opowieści i rys zwyczajności. To właśnie napięcie między tym, co piękne, a tym, co pospolite, zapewniło jej angaż w „Moim tygodniu z Marilyn” Simona Curtisa, w którym angielska „sztywna górna warga” kontrastowana jest z amerykańskością Monroe. W przypadku ikony Złotej Ery Hollywoodu napięcie polegało na przekształceniu zwyczajnej Normy Jean na podobieństwo narodowych oczekiwań i wyobrażeń o pięknie (po rozwodzie z Arturem Millerem sama mówiła, że to, co należy do całej Ameryki, nie może przypaść jednemu mężczyźnie). W przypadku Williams objawia się podniesieniem zwyczajności do rangi piękna i niechęcią do umizgiwania się kanonom.

Gdzie indziej jestem


Na taki komfort ciężko pracowała. Zdjęcia do „Jeziora marzeń” przerywała występami w filmach pełnometrażowych – wówczas jeszcze nie zawsze najwyższej jakości, czego bolesnym przykładem było „Halloween. 20 lat później”, i niekoniecznie w rolach pierwszoplanowych (drobny występ u boku Christiny Ricci w „Pokoleniu P” – ekranizacji kultowej dla Generacji X książki Elizabeth Wurtzel „Prozac Nation”). Nie pozwalała się obsadzać w rolach królowych balu i piękności z prowincji: dwa razy była lesbijką („Cheerleaderka” i „Gdyby te ściany mogły mówić 2”), poznawała Richarda Nixona („Dick”), pokazywała ciemniejsze strony młodości („Seks, miłość i rock 'n' roll”). Dopiero jednak po zakończeniu pracy nad serialem, kiedy pompowana przez szklany ekran popularność spadła, skorzystała z bardziej wyrazistych propozycji. Otworzyła się na kino niezależne. Początek nowego etapu w karierze zamanifestowała, zmieniając kolor włosów na ciemny. Nazwisko Michelle Williams miało przestać kojarzyć się z telewizją, a stać się gwarancją jakości filmu.

„Jezioro marzeń”

Pokolenie Millenium, kiedy już wyrosło w połowie lat zerowych z młodzieżowych seriali, poszukiwało dla siebie nowych miejsc, własnej niezależnej drogi – by ocalić poczucie wyjątkowości. Dorastając artystycznie na oczach wkraczających w nowy wiek nastolatków, Williams uosabiała optymistyczną wiarę swojego pokolenia w możliwość osiągnięcia sukcesu na własnych warunkach. Wystąpiła w świetnie przyjętym w Sundance „Dróżniku” Thomasa McCarthy’ego, a za rolę w „Krainie obfitości” Wima Wendersa otrzymała nominację do nagrody Independent Spirit. Umocniła się w amerykańskim światku niezależnym i nawiązała kontakty, które miały się okazać ważne dla jej późniejszej kariery. Przy okazji pracy nad „Odmiennymi stanami moralności” (2003) Mathew Ryana Hoge’a poznała Ryana Goslinga, z którym później stworzyła niezapomnianą parę w „Blue Valentine” Dereka Cianfrance'a (2010). Oboje z Goslingiem zresztą pracowali nad scenariuszem tego filmu, a także go współprodukowali. Opłaciło się.
Kameralna, a przy tym spektakularna produkcja przyniosła Williams nominację do Oskara w roli pierwszoplanowej, dzięki czemu „Blue Valentine” symbolicznie przebił się z niezalu na czerwony dywan. Ta elegia dla młodego małżeństwa i ich minionej (a może zawsze jednostronnej?) miłości, okraszona była muzyką Grizzly Bear – czytające Pitchforka pokolenie Millenium (internetem dawno już zastąpiło telewizor) padło na kolana. Za pomocą tyleż dyskretnej, co brawurowej gry Williams uosabiała los swojej generacji zmagającej się z gorzkim zawodem dorosłością, w której zarówno życie zawodowe, jak i uczuciowe oddaliło się od serialowych uniesień. W ciągu dwóch godzin seansu przebieg procesu deziluzji śledzimy na jej twarzy.

„Blue Valentine” Dereka Cianfrance'a (2010)

Gorzko było też w „Wendy i Lucy” (2008), opowieści o pieskiej miłości ubogiej dziewczyny do swojej suki, którą Williams rozpoczęła współpracę z niezależną reżyserką Kelly Reichardt. Przejmującą rolą wykorzenionej nomady, podpisała się pod dokonywaną przez reżyserkę bezlitosną krytyką współczesnej Ameryki w jej prowincjonalnym i indywidualistycznym wymiarze. Ostatnio znów wystąpiła u Reichardt – w medytacyjnym westernie „Meek’s Cutoff”, w którym na szlaku oregońskim odkrywała pokłady siły i, wymagającej odwagi, dobroci. Znów film mógł liczyć tylko na trzeci obieg. Williams nie jest jednak wyłącznie ikoną amerykańskiej alternatywy filmowej – płynnie balansuje między tym statusem, a występami w koncesjonowanych przez Hollywood produkcjach.
Obecnie na premierę czekają dwa tytuły z jej udziałem: u gwiazdy amerykańskiego offu, Noaha Baumbacha (autora kultowego „Greenberga”) oraz w reżyserowanej przez mistrza horroru, Sama Raimiego, wysokobudżetowej opowieści o młodości czarnoksiężnika Oz. Jak pisała Noreen Malone, cytując w magazynie „New York” tekst piosenki Fleet Foxes, Millennials przekonani o tym, że są „wyjątkowymi płatkami śniegu”, zaczęli zdawać sobie sprawę z tego, że tak naprawdę są tylko „trybami w tej samej wielkiej machinie”. Ale już sama ta świadomość pomaga nie dać się jej całkowicie zemleć.

Na szczycie

Oskary 2012 / fot. Beacon Radio, Flickr CCPrzełom, który otworzył Williams drogę do pierwszej aktorskiej ligi, nastąpił w 2004 roku, kiedy, ekranizując opowiadanie Annie Proulx „Tajemnica Brokeback Mountain”, zatrudnił ją Ang Lee, reżyser obdarzony wielką wrażliwością i poczuciem smaku. Obsadę swojego melodramatu złożył z niedawnych nastoletnich idoli, którzy sentymentalnie kojarzyli się z telewizją przełomu wieków. Prócz Williams na planie znalazła się gwiazdka serialu „Luzik Guzik” i disnejowskich produkcji Anne Hathaway, Jake Gyllenhaal – tytułowy „Donnie Darko” z otoczonego przez Millennials kultem filmu Richarda Kelly – i australijskie bożyszcze nastolatek, Heath Ledger. Wszystkim im „Tajemnica” pozwoliła wyjść poza wcześniejsze nastoletnie emploi, a Ledgerowi i Williams zapewniła pierwsze nominacje do Oskara. Pokazywała też dobitnie, że dawni idole są już gdzie indziej, że zarówno dla nich, jak i ich niegdysiejszych fanów przyszedł czas na (nie zawsze bezbolesną) konfrontację z dorosłością.

Dzieło Anga Lee wyznaczyło również przełom w życiu osobistym Williams. Na jego planie, pod wpływem „miłości od pierwszego wejrzenia”, związała się z Ledgerem, potem urodziła mu córkę Matildę. Uczucie to nie należało do najłatwiejszych, po pewnym czasie para rozstała się, ale Williams do dziś twierdzi, że Legder był miłością jej życia. W 2008 roku z planu „Mamuta” Lukasa Moodyssona wyrwała ją wiadomość, że były partner popełnił samobójstwo. Prywatny dramat zespolił się z jej wizerunkiem, dodając dramatyzmu granym przez nią rolom. Do dziś odciska też piętno na życiu prywatnym aktorki. Żartuje, że nie może mieć powodzenia u mężczyzn jako samotna matka, „wdowa” po Ledgerze (choć później związana była z reżyserem Spikiem Jonzem), w dodatku z krótkimi włosami, których Hollywood nie znosi. Jednocześnie skomplikowanemu życiu osobistemu towarzyszył rozkwit kariery aktorskiej. Wystąpiła u boku największych gwiazd światowego kina (dwukrotnie z Ewanem McGregorem w „Drogi Osamo” i „Uwiedzionym”) oraz u najważniejszych współczesnych reżyserów – choćby u Martina Scorsese w „Wyspie tajemnic” czy Todda Haynesa w „I’m Not There. Gdzie indziej jestem”. Wsparła intrygujący debiut reżyserski scenarzysty Charliego Kaufmana („Synekdocha Nowy Jork”) oraz niezależne próby reżyserskie kolegów po fachu – Ethana Hawke’a („The Hottest State”) i ostatnio Sarah Polley w „Take This Waltz”.

„Synekdocha Nowy Jork”

Ukoronowaniem dotychczasowej kariery Williams miał się stać Oscar za rolę w „Moim tygodniu z Marilyn”, będącą jej największą od lat koncesją na rzecz mainstreamu. Musiała wejść w rolę gwiazdy podwójnie: na ekranie, oraz promując tę uszlachetnianą angielską koronką konfekcję wedle wskazówek wszechmocnego Harveya Weinsteina na pokazach mody, bankietach, udzielając licznych wywiadów. I choć znane są przypadki, że aktor dostawał statuetkę za film słaby, gdyż nie otrzymał jej rok wcześniej za lepszy (w przypadku Williams bezsprzecznie lepszym filmem było „Blue Valentine”), zatriumfowała Meryl Streep.
Nie żal. Zeszłoroczny Oscar byłby zachętą dla wychowanych na „Jeziorze marzeń” trzydziestolatków, by szli własną drogą, a nagroda za zaledwie efektowną rolę Marilyn Monroe oznaczałaby symboliczne wkroczenie w tryby „tej samej wielkiej machiny”, o której śpiewali Fleet Foxes. Jednak i ta kreacja poszerza emploi królowej niezalu. Fenomen aktorstwa filmowego odnosi się bowiem do kulturowej pamięci widza i, jak pisała Alina Madej, „wkraczając w konkretny tekst, aktor wnosi do niego wszystkie swoje odegrane i potencjalne, możliwe do wyrażenia role”. Fenomen aktorstwa Michelle Williams ucieleśnia lata zerowe – drogę, jaką w tym czasie przeszła aktorka oraz dorastający wraz z nią widzowie, a także nadzieję na to, że jesteśmy dopiero u tej drogi początku.


Tekst dostępny na licencji Creative Commons BY-NC-ND 3.0 PL.


Tekst dostępny na licencji Creative Commons BY-NC-ND 3.0 PL.