Miłość do tulipanowców
fot. Krzysztof Wójcik

Miłość do tulipanowców

Kompozytor drzewołaz, znany śmieszek i dobro narodowe. Krytycy, krytyczki, artyści i artystki wspominają Krzysztofa Pendereckiego

Jeszcze 6 minut czytania




Komentarze

Grzegorz Jarzyna

Grzegorz Jarzyna

Reżyser teatralny. Od 1998 roku dyrektor artystyczny TR Warszawa (dawniej Teatr Rozmaitości). Wyreżyserował „Pasję wg św. Łukasza” Krzysztofa Pendereckiego

Elektroencefalogram Krzysztofa

Pierwszy raz poznałem Krzysztofa Pendereckiego, gdy miałem piętnaście lat. Poszedłem do księgarni, aby kupić „Requiem” Mozarta. Był koniec stanu wojennego i towar był mocno reglamentowany. Nie było, oczywiście, „Requiem” Mozarta – ale było inne, polskie „Requiem” Pendereckiego. To była płyta, której słuchałem w kółko. Tak trzymała mnie w napięciu, że regulowała mój oddech. Krótka pauza na przełożenie czarnego krążka i znów byłem w całkowicie innym świecie, przestrzeni czystej sztuki. To była podróż od anielskiego uniesienia aż do strachu i łez. Łez wzruszenia, bo oprócz przeszywającego bólu i smutku było w tej muzyce tak wiele nadziei – a cięte frazy mobilizowały do przekraczania, otwierały nowy świat. Nigdy do tej pory nie słyszałem takiego spektrum emocji, ekstremów, sytuacji granicznych złożonych z ludzkich głosów. Po tygodniu wykupiłem wszystkie jego płyty z księgarni. Rozpoczął się okres fascynacji „Pasją”, „Trenami” i „Jutrznią”. Penderecki stał się dla mnie nieśmiertelny za życia.

30 lat później, przy okazji pracy nad „Pasją według św. Łukasza”, drugi raz poznałem Krzysztofa Pendereckiego. Chciałbym być z tymi liczbami precyzyjny, gdyż u niego wszystko było niezmiernie dobrze wymierzone i ustrukturyzowane. Gdy zapisywaliśmy elektroencefalogram Krzysztofa podczas słuchania jego własnego wykonania „Pasji”, fale mózgowe wyprzedzały o kilka sekund muzykę. Przy tym spotkaniu zaskoczyła mnie jego ogromna wiedza na temat roślin. To była jego druga wielka pasja. Zaraził mnie miłością do tulipanowców, Liriodendron tulipifera – zawsze używał łacińskich nazw. Uwielbiał rośliny – sadzić je, spędzać z nimi czas i dbać o ich prawidłowy rozwój. Jego świat roślin układał się w wieloplatformowy system. Tworzył aleje Platanus acerifolia, szpalery Ginkgo biloba, labirynt z ciętego Fagus sylvatica, zagajniki Taxus baccata i bory Pinus nigra. I jeszcze kilkanaście arów szkółek, żeby można było obsadzać nowe tereny.

Krzysztof był człowiekiem wyjątkowym, ciepłym i serdecznym. Cieszę się, że nasze drogi się spotkały.

Piotr Orzechowski

Piotr Orzechowski

Pianista występujący pod pseudonimem Pianohooligan. W 2012 roku wydał płytę „Experiment: Penderecki” (fot. Adam Golec)

Jego muzyka była zagadką

W 2012 roku muzyka Profesora wciąż była dla mnie zagadką estetyczną. Ale czułem, że nadchodzi czas, by ją rozwiązać. Wiedziałem, że jeśli tego nie zrobię, pewne obszary muzyczne na zawsze pozostaną przede mną zamknięte. Nie chciałem tego. Chciałem być wolny.

Najpierw szukałem własnych dróg do tego, co nazywa się sonoryzmem, ale wiedziałem, że źródło leży gdzie indziej. Aby zrozumieć ten język, trzeba było podpiąć się pod to źródło i zanalizować je. Filip Berkowicz, który doprowadził do mojego spotkania z Krzysztofem Pendereckim, wiedział, że chodzi mi to po głowie, i utwierdził mnie w przekonaniu, że to właściwy kierunek. Pamiętam, że kiedy jechałem raz tramwajem w Krakowie (możliwe, że do domu Profesora), doszło do mnie w końcu, jak cholernie trudne to zadanie – zagrać tę muzykę na fortepianie. Zwłaszcza że po pierwszym spotkaniu kompozytor stwierdził, że „z zainteresowaniem czeka na efekty”.

Gdy już wszystko było nagrane i znowu jechałem do niego, tym razem z gotową płytą, byłem już na innym etapie. Za fasadą dźwięków – podczas przygotowań i w studiu nagraniowym – ukazał mi się artysta, człowiek prowadzący swoją myśl poprzez muzykę. I do tego człowieka teraz jechałem cały wystraszony tym, jak odbierze moje przetworzenia, przemiany jego utworów. Utworów już nie w znaczeniu estetycznej zagadki, a właśnie myśli, które za nimi stoją.

To był zaszczyt móc sprawić przyjemność Profesorowi reinterpretacją tych kilku dzieł. Dla mnie to był skok, wiele pojąłem. Cieszę się, że przy tym również i on mógł skonfrontować swoje wizje w zwierciadle improwizacji, a do tego fortepianowej – całkiem egzotycznego dla niego obszaru. Wiem, że dla nas obu było to coś więcej niż miłe zaskoczenie.

PAN Photo Agency CC BY-NC-ND 2.0

Komentarz

Teoniki Rożynek

Teoniki Rożynek

Kompozytorka muzyki elektronicznej i elektroakustycznej

Zmienił bieg muzyki polskiej

Muzyka Pendereckiego była dla mnie jednym z pierwszych bodźców ze świata muzyki współczesnej, który dotarł do mnie gdzieś w szkole muzycznej i który na zawsze odcisnął się w mojej pamięci. Zafascynowały mnie jego wczesne kompozycje i rozerwały mi w mózgu utarte połączenia między neuronami, podług których na muzykę składały się podstawowe komponenty, jak melodia czy rytm. Dzieła Pendereckiego na dobre zmieniły bieg muzyki polskiej XX wieku, moim zdaniem zmieniły też to, w jaki sposób kolejne (w tym moje) pokolenia kompozytorów patrzą na dźwięk i jego sposób wydobycia.

Nie udało mi się poznać Pendereckiego osobiście, czego żałuję. To mogłoby być niecodzienną sprawą – poznać absolutną legendę muzyki współczesnej i dowiedzieć się, jakim był człowiekiem, nie zaś budować tę wiedzę na specyficznie wykreowanej medialnie postaci. Dowiedzieć się, którędy zaszła ta dziwna muzyczna przemiana kompozytora z awangardzisty w neoromantyka. Porozmawiać o roślinach.

 

fot. Mirosław Pietruszyński  CC-BY-SA-4.0fot. Mirosław Pietruszyński CC-BY-SA-4.0

Komentarze

TomasZ Cyz

TomasZ Cyz

Pierwszy redaktor naczelny „Dwutygodnika”, reżyser, eseista

Był zawsze krok przed wszystkimi

Kiedy jego młodzi koledzy pod koniec lat 50. szykowali się do zajęcia upragnionych pozycji, on ultranowoczesnymi utworami rozsadził system, zdobywając trzy pierwsze nagrody w konkursie kompozytorskim. Kiedy oni chcieli być jeszcze bardziej nowocześni, on zaczął łączyć przeszłość z teraźniejszością – dla nowej przyszłości, zanurzonej w judeochrześcijańskich korzeniach i grecko-rzymskiej starożytności. Kiedy oni walczyli o zamówienia, on pisał dla największych instytucji na świecie. Kiedy oni marzyli o sławie, jego muzyka kongenialnie dopełniała ruchome obrazy Hasa, Kubricka, Scorsese, Lyncha, Wajdy, zyskiwała nowe oblicze w twórczych reinterpretacjach Jonny’ego Grenwooda i Aphex Twina. Kochał słowo (Biblia, Wyspiański, Milton, Rilke), pamiętał o polskiej wielokulturowości (prawosławna „Jutrznia”, żydowski „Kadisz”), próbował pojąć przekleństwa historii („Polskie requiem”), rozumiał siłę natury (lusławickie arboretum). Czuł teatr, jego dramaturgię, intymność i napięcia, jak Szekspir czy Sofokles. Odszedł w momencie, w którym nie można grać koncertowo jego muzyki. Tytuł sprzed sześćdziesięciu lat, „Wymiary czasu i ciszy”, nabiera więc nowego znaczenia.

filip lech<br>

filip lech

 Krytyk muzyczny, redaktor działu muzycznego culture.pl, prowadzi wytwórnię Dunno Recordings

Penderecki i parafianka

W marcu zeszłego roku pojechałem za Krzysztofem Pendereckim do Wiednia. Instytut Adama Mickiewcza wspierał organizację warsztatów dla studentów jednej z wiedeńskich uczelni, przez semestr uczyli się grać utwory kameralne Pendereckiego, przed ich wykonaniem mogli spotkać się kilka razy z Maestro, który komentował ich grę. Zobaczyłem starszego schorowanego człowieka, ledwo wchodził na uczelnię. Kiedy zobaczył młodych grających jego muzykę, od razu odmłodniał o kilkanaście lat, miał mnóstwo energii. Miałem nadzieję, że uda mi się przeprowadzić jakiś długi wywiad, w końcu poświęcił mi 12 minut. Powtarzał kilka razy, że musi już kończyć, bo muzycy na niego czekają. Rozmawialiśmy dokładnie rok przed jego śmiercią.


W listopadzie zeszłego roku w bazylice na Kawęczyńskiej na warszawskiej Pradze grali „Polskie requiem” Pendereckiego. Przyszło mnóstwo ważnych ludzi: z rządu, hierarchów kościelnych itd. Mało widziałem, siedziałem gdzieś przy pilnie strzeżonych drzwiach. Po kilkunastu minutach od rozpoczęcia koncertu ochrona była już trochę bardziej rozluźniona. Mniej więcej w trakcie „Rex tremendae” wrota zostały zamaszyście otwarte, na koncert weszła parafianka, która z pewnością nie miała biletu. Widać, że była trochę przerażona hałaśliwą muzyką – przerażona była również obsługa festiwalu, która nie wiedziała, jak się zachować. Wtedy rozbrzmiały znajome słowa „Święty Boże, Święty Mocny” – sprawiły one, że słuchaczka przez przypadek zderzona z przyciężkawym aparatem orkiestrowym muzyki współczesnej została przez niego całkowicie rozbrojona, usiadła na wolnym miejscu i wyraźnie urzeczona słuchała do końca.

fot. M. Oliva Soto nina.gov.pl CC BY-SA 2.0fot. M. Oliva Soto nina.gov.pl CC BY-SA 2.0

Komentarze

jan topolski<br>

jan topolski

Krytyk muzyczny i filmowy, wieloletni redaktor naczelny „Glissando”, student architektury krajobrazu

Sadzenie i komponowanie

Dla mojego pokolenia Krzysztof Penderecki był postacią pomnikową, ale nie zawsze taką, pod którą składalibyśmy kwiaty na nutę „Love Me Tender”. Jego nostalgiczna wolta i zmiana pozycji estetycznych w latach 70. nie przekonywała, zwłaszcza w porównaniu do rówieśników: Górecki doszedł do swojego minimalizmu w sposób bardziej organiczny, Szalonek pozostał wierny modernizmowi przefiltrowanemu przez mity i folklor. Tak, czytałem Pendereckiego eseje i wywiady, analizy i intepretacje, rozumiałem motywy – ale dla mnie wciąż to, co najciekawsze u Pendereckiego, wydarzyło się między 1958 a 1973 rokiem. Raptem 15 lat twórczości, ale wystarczyłoby dla 15 twórców!

Przez moje ostatnie 15 lat słuchania wielokrotnie wracałem do tych dzieł, a inne wciąż odkrywałem. Kolorystyczne poszukiwania w ścieżkach dźwiękowych animacji dla dzieci. Przezabawne pastisze stylistyczne w ilustracjach do teatru lalkowego. Wstrząsająca muzyka na sceny, do kina i na koncerty. Kamienie węgielne polskiego sonoryzmu, feeria barw dźwiękowych i atrakcji artykulacyjnych. Jednocześnie jednak pod skórką nowych efektów kryły się jakże stare formy i techniki: „Kanon”, hoketus w „Trenie”, ewolucja w „Polimorfii”, wielka „Pasja Łukaszowa”.

Wielu pisało o twarzach, etapach czy maskach Pendereckiego. Z perspektywy czasu te zmarszczki i fałdy będą się jednak wygładzały. Spod powierzchni przebiją tradycyjne formy i dramatyczny nerw. A także, w ostatnim okresie, uproszczenie i melancholia. Dekadami planowana i rozwijana kariera nie znalazła zwieńczenia w Dziewiątej Symfonii, ale może to i lepiej? Szósta poświęcona została drzewom i to w ich sadzeniu oraz komponowaniu Penderecki okazał mi się w ostatnich latach najbliższy. Europejskie Centrum Muzyki w Lusławicach, kursy i stypendia, a także wspomniane arboretum, to wystawiony pomnik – na szczęście nie tylko sobie i nie ze spiżu.

Wioleta Żochowska

Wioleta Żochowska

Krytyczka muzyczna, członkini redakcji magazynu „Glissando”, stale współpracuje z Dwutygodnikiem

Autor dźwiękowych bomb

Utkwiły mi w pamięci zajęcia z twórczości Lutosławskiego na warszawskiej muzykologii. Z pietyzmem omawialiśmy jego utwory: oddzielnie dzieła kameralne i symfoniczne, takt po takcie analizowane, głęboko słuchane, przez wykładowcę sprawdzane, ile Lutosa zostało nam w głowach. Bardzo je lubiłam. Pendereckiego uczyłam się sama: na festiwalach, także tych jego imienia, z książek, recenzji, środowiskowych anegdot, wreszcie w pracy. Chyba już tak jest z żywymi legendami. Trudno się z nimi obejść, a przecież nie wypada nie znać. Nawet jeśli ta znajomość ogranicza się do klasyfikowania i spoglądania nań przez spróchniałe ramki: awangarda, sonoryzm, neoromantyzm, dzieła operowe, filmowe, teatralne, sakralne. On sam ponoć dystansował się od opinii krytyków. Może po cichu liczył, że skoro zmusił orkiestry do wykonywania zapisanych przez siebie pisków i trzasków, to i krytycy wreszcie spokornieją, doceniając prawdziwy kunszt. I nie będzie dłużej orędowników manichejskiego podziału jego muzyki, tylko dlatego, że w ten sposób łatwiej objąć wzrokiem i uchem taką liczbę dzieł. Mnie się czasem zdarza rozbieranie w myślach majestatycznej tkanki dźwiękowej, którą tworzył. Odseparowywanie poszczególnych warstw emocji, żeby skumulowane nie wprawiały w osłupienie. A mnie wprawiły kilka razy, pierwszy raz rozedrgane smyczki z „Przebudzenia Jakuba”, utworu okrutnie skrzywdzonego przez Kubricka, potem „Polimorfia”, „Anaklasis” i II symfonia. Długo po czymś takim człowiek wraca do siebie. Pendera będę pamiętać przede wszystkim jako autora takich dźwiękowych bomb. I trenu.

Kompozytor i Zubin Mehta, 1970 United Nations Photo CC BY-NC-ND 2.0Kompozytor i Zubin Mehta, 1970, United Nations Photo CC BY-NC-ND 2.0

Komentarze

Adam Suprynowicz

Adam Suprynowicz

Krytyk muzyczny, dziennikarz Programu II Polskiego Radia, stale współpracuje z Dwutygodnikiem (fot. Jacek Poremba)

Penderecki osobiście

Muzyka współczesna = Penderecki. To równanie wielu Polaków uznałoby za prawdziwe, czy się z tym zgodzimy czy nie. Dla mnie hasło „Penderecki” to doświadczenie pierwszej fascynacji jego sonorystycznymi dziełami (pewnie pierwszy był „Tren…”, potem absolutny zachwyt „Pasją”, który nie mija), brzmieniami szorstkimi, odpychającymi, piekielnie ekspresyjnymi – czasem przekraczającymi granice cenionej w klasycznym świecie powściągliwości („Dies Irae”!). Bogactwo kolorów „Jutrzni”. Potem ucisk w żołądku, rozczarowanie wyborami estetycznymi kompozytora z lat 70. i pustą wzniosłością postromantycznych chwytów. Ale też momenty ogromnego uznania, trochę wbrew sobie: dla politycznej skuteczności „Polskiego requiem”, dramaturgicznej precyzji „Siedmiu bram Jerozolimy”, wściekłej ironii „Ubu Króla”, dotknięć czystego, prostego przekazu w muzyce kameralnej (III kwartet smyczkowy). I powroty, penetrowanie, odkrywanie na nowo fragmentów tego potężnego dorobku.

Jestem przekonany, że ta twórczość zasługuje na zmaganie się z nią i badanie jej. Z całą swoją bezpośrednią ekspresją, ale i z nieznośnym patosem był Penderecki nie tylko jedną z najmocniejszych postaci polskiej kultury, nie tylko jej istotnym współtwórcą, ale też odwrotnie – emanacją. Jego przedwczesne wyniesienie na narodowe ołtarze (przeciwko któremu nie protestował) odbyło się przy kompletnym wyparciu faktu, że był to w dużej mierze twórca kosmopolityczny, odnoszący się chętniej do uniwersaliów niż miejscowych sporów. Wiele musi zostać przegadane, przemyślane, zagrane, żebyśmy nie zostali ostatecznie z tym tandetnym pomnikiem, który mu wystawiono za życia. Ulec kliszom albo przeciwnie – demonstracyjnie zignorować z ich powodu Pendereckiego artystę byłoby bezrozumne.

Izabela Smelczyńska

Izabela Smelczyńska

Krytyczka muzyczna, artystka dźwiękowa, członkini redakcji „Przekroju”, prowadzi audycję „Różowa dobranocka” w Radiu Kapitał

Muzyka poważna, kompozytor niezupełnie

Penderecki wielkim kompozytorem był. Na temat jego awangardowych technik kompozytorskich i wpływie na innych wielkich tego świata powstały i będą powstawać tomy opracowań. Wpływowy, poważny… Tak też przedstawiany był na fotografiach przez większość życia – z dystyngowaną miną starszego pana w okularach, zadumanego nad partyturą, w podniosłym geście dyrygenckim, czy też w towarzystwie osób ważnych i ważniejszych ze świata sztuki i polityki. Ale zachowało się też kilka fotografii, które są zaprzeczeniem jego oficjalnego wizerunku. Moja ulubiona seria zdjęć to ta zrobiona przez Mariana Eilego.

W latach 70. Pendereccy odwiedzili Salvadora Dalego w Hiszpanii i chcieli zorganizować rewizytę. Nie zważając na nieobecność malarza, zaimprowizowali spotkanie w swoim domu. W rolę malarza wcielił się aktor Włodzimierz Mancewicz. Wszyscy pozowali w teatralnych gestach przy choince, Dali malował portret Pendereckiego... Chyba dobrze się przy tym bawili.

W swojej kolekcji mam też zdjęcie, na którym wystawia język do fotografa, a ostatnio ktoś podesłał mi zdjęcie z jego młodości, gdzie w pełni lata, wśród zieleni pozuje odziany jedynie w listek.

Muzykę też przecież pisał poważną, chociaż spuścił z tonu w operze „Ubu Król”, w której zbrukał świętości i zakpił z klasyków i samego siebie.

Mam wrażenie, że pod tym pomnikowym kompozytorem krył się człowiek, który miał niebywałe poczucie humoru, dystans do siebie i świata. Szkoda, że o takim Maestro słyszeliśmy rzadko.

Secretaría de Cultura de la Nación  CC-BY-SA-2.0Secretaría de Cultura de la Nación CC-BY-SA-2.0

Komentarze

Adam Wiedemann

Adam Wiedemann

Poeta, krytyk muzyczny, stale współpracuje z Dwutygodnikiem

Penderecki nadawał się na Króla

Kompozytor drzewołaz, tak mi się napisało, choć jeśli już mamy nawiązywać do twórczości Calvino, lepiej nadałby się Wicehrabia Przepołowiony, acz też nie Wicehrabia, tylko raczej Król, Penderecki nadawał się na Króla, i rzeczywiście przez ostatnie dziesięciolecie nim był (choć już nawet nie rządził). Lecz był też przepołowiony, na swoją część awangardową i tę postromantyczną, a zwornik pomiędzy nimi stanowiła tradycyjnie jego słynna „Pasja”. Te części nie równoważyły się ani ilościowo, ani też jakościowo, acz do pewnego zrównoważenia doszło niedawno w moim mieszkaniu, gdyśmy z Bawołkiem postanowili posłuchać Pierwszego koncertu skrzypcowego w wykonaniu Kulki. Utwór niby znany, wszechstronnie opisany, potem zapomniany, nikt go już chyba później nie grał. Tymczasem byliśmy zaskoczeni, ile tam wspaniałych zjawisk muzycznych, mrocznych przygód (to jakby rozciągnięte i przesunięte w czasie odlewanie kul z „Wolnego strzelca”), przeraźliwie pięknych perspektyw. Po tym słuchaniu wydał mi się ten Koncert jednym z apogeów idei muzycznego romantyzmu, wczesny i późny Penderecki kumulują się w nim, wydając najlepsze efekty. Wprawdzie to muzyka Lutosławskiego została przyrównana (przez Iwaszkiewicza) do drzewa, Penderecki, znany wielbiciel drzew, był zbyt ciężki, by wspiąć się na poziom gałęzi, jednak zostanie już na zawsze jako ten, który poruszał się nieomylnie w poszyciu, pośród pni.

Tomasz Biernacki

Tomasz Biernacki

Kompozytor, krytyk, tłumacz, współautor (z Moniką Pasiecznik) książki „Po zmierzchu. Opera 2.1”, współpracownik festiwalu Warszawska Jesień. 

Słuch na historię

Penderecki był w polskiej historii fenomenem – to według mnie jedyny „spełniony” polski kompozytor międzynarodowego formatu, którego twórczość obejmowała chyba wszystkie gatunki muzyczne. Niezwykłe jest to, jak szybko ze zbuntowanego młodego rewolucjonisty przeobraził się w cieszącego się powszechnym uznaniem klasyka, a w końcu w całą „instytucję”, animując życie muzyczne w Polsce, fundując stypendia, salę koncertową, festiwal… Jego nazwisko stało się synonimem sukcesu i nie waham się tu powiedzieć, że przez kilka dziesięcioleci znali je w naszym kraju dosłownie wszyscy, łącznie z tymi, których nigdy byśmy o to nie podejrzewali. Gdy nazwisko artysty staje się aż taką „marką”, zawsze pojawia się oczywiście wielu niespodziewanych apologetów, chcących „obrandować” nią własne działania, by zaświecić choćby i odbitym blaskiem. To było nie do uniknięcia. Przez to, że zajął Penderecki w naszym życiu muzycznym pozycję niejako „hierarchicznie najwyższą” i poza krytyką, przyjmując feudalne hołdy oraz kolejki na lusławickie audiencje, skazał się siłą rzeczy wraz ze swoją twórczością na pewien rodzaj alienacji, osamotnienia na szczycie.

Trzeba jednak pamiętać, co na ten szczyt niegdyś go doprowadziło – wyjątkowy wprost jak na kompozytora rodzaj słuchu! Był to słuch na historię. Tak jak w latach 50. wysłyszał polską tęsknotę za przerwanym polityczną przemocą związkiem z cywilizacją Zachodu, tak potem jako pierwszy zrozumiał potrzebę artystycznego wyartykułowania w nowoczesny sposób polskiej religijności, a niedługo potem nasze fantomowe tęsknoty za czasami „nieobecnego Romantyzmu” w polskiej historii powszechnej; towarzyszył z „Polskim requiem” przy powstaniu Solidarności, a także w żałobie po polskim papieżu. Wymieniać można by jeszcze długo... Obdarzony tym wyjątkowym zmysłem – słuchem historycznym, przyjął na siebie z czasem rolę nie tyle kompozytora, ile narodowego wieszcza, wyrażając przez całą drugą połowę ubiegłego stulecia to, czego potrzebował ten czas i ludzie go zasiedlający. Osobiście jestem przekonany, że doprowadził tę rolę do absolutnego spełnienia i po nim nie będzie już ona nigdy w tej formie obsadzona.
od lewej: fot. Adam Kumiszcza; fot. Laivakoira2015 CC BY-SA 3.0

Komentarze

Rafał Wawrzyńczyk

Rafał Wawrzyńczyk

Poeta, krytyk muzyczny i literacki, stale współpracuje z Dwutygodnikiem (fot. Ewa Kretkowska)

Penderecki w ogrodzie

Penderecki mnie nie interesuje, a raczej, wróć, interesuje mnie w nim jedna rzecz: przejście z króla nowofalowego Krakowa w dobro narodowe basujące o tym, że muzyka polska potrzebuje melodii i przetworzenia. Ta dziwaczna, znana z biografii Giorgia de Chirico wolta, w której odrzuca się sztukę młodości, choć przyniosła nam uznanie, i wstępuje na estetycznie wątpliwe poziomy „tworzenia wzorem starych mistrzów”. No i trwanie w tym późnym, sytym, dość szczęśliwym chyba stanie mimo poczucia – nie wierzę, by był od niego wolny – że pisze się wbrew czasom i że rząd dusz sprawuje już ktoś inny. Umiał to sobie wytłumaczyć? Otaczające go plusze to tłumiły? Uważał, że wszyscy się mylą, ale on nie? Powinniśmy myśleć właśnie o późnym Pendereckim, przestać już nacierać się „fazą awangardową” i wszystkimi tymi „bruityzmami”, zresztą dość plakatowymi, bo nimi zajął się już film i kapitał; lepiej zadać sobie pytanie, dlaczego jego symfonie nie krążą w naszych umysłach jak planety – co spotkało chociażby symfonie Lutosławskiego – i czemu, jak Wajda, wzuł w końcu te ojczyźniane bambosze? Dlaczego nie możemy traktować go w pełni poważnie? Dlaczego nasi wielcy, choćby zaczynali jako jastrzębie, kończą jako zamyślone niedźwiedzie? Wolę już Lachenmanna, Duńczyków w swetrach, ich matrycę artystycznej wielkości, w której są sloty i na Gilgamesza, i na Baader-Meinhof, a niekoniecznie na Wojtyłę i Wałęsę. Niezależnie od tego, że „Pasja” i „Tren” wejdą do kanonu XX wieku, wieszczę nazwisku Pendereckiego los „bramy” do świata muzyki współczesnej, który to los podzieli ze Stevem Reichem i z Arvo Pärtem. Przez „młodego Pendereckiego” wkroczy tam wielu młodych i po latach, w głębi ogrodu, spotkają „starego Pendereckiego”. Jak go ocenią? Co z niego pojmą? Powiedzą, że to po prostu postmodernista? Naprawdę tylko to mnie ciekawi.

Paweł Soszyński

Paweł Soszyński

Krytyk, pisarz, redaktor działu Teatr w Dwutygodniku

Wyczołgiwanie się na światło

Penderecki to dla mnie przede wszystkim doświadczenie licealne. Pamiętam, jak ze znajomą zostaliśmy otumanieni informacją, że „Requiem polskie” będzie wykonane w Warszawie pod batutą samego kompozytora. Jechaliśmy na ten koncert w nastroju nabożnej ekscytacji. A później to nieskończone brnięcie przez gigantyczny utwór, który trzeba było wysłuchać w całości, w ścisku, jakby leciało się samolotem okrążającym całą Ziemię. Następna chyba była premiera polska „Siedmiu bram Jerozolimy” w kościele Wszystkich Świętych w Warszawie w 1997 roku – i powrót do domu z Johnem Williamsem na discmanie, co w moim wspomnieniu stało się właściwie jednym muzycznym doświadczeniem. W tym samym roku „Credo” w Filharmonii Narodowej, w fatalnym pierwszym rzędzie, po którym muzyka spływa jak po kaczce (mszę odkryłem ponownie wiele lat później, i dobrze, bo byłem już wtedy całkiem dobrze zaznajomiony z Mahlerem). Aż wreszcie przeżycie najważniejsze – „Stabat Mater” Dvořáka dyrygowane przez Pendereckiego w kościele Świętego Krzyża na Krakowskim Przedmieściu. Całkowity odlot i finał, jakiego nikt z wcześniejszych interpretatorów nie usłyszał – z chórem a capella, któremu Penderecki pozwolił bardzo długo unosić się wysoko w powietrzu, i powoli rozładowanym napięciem zgromadzonym w partii orkiestry. Długo później szukałem podobnego wykonania, ale wszędzie finalny chór brzmiał a to jak hymn, a to marszowy zaśpiew, a partia orkiestry jak szybkie klaśnięcie. Na szczęście istnieje zapis wykonania we Wrocławiu z tego samego 1998 roku. To pierwsze i to ostatnie doświadczenie stworzyły więc narrację, dziś szczególnie ważną: coś na kształt wyczołgiwania się na światło.

 

Tekst dostępny na licencji Creative Commons BY-NC-ND 3.0 PL (Uznanie autorstwa-Użycie niekomercyjne-Bez utworów zależnych