NIENAWIŚĆ: Obrona terytorialna serca
rys. Zhenya Oliinyk

14 minut czytania

/ Obyczaje

NIENAWIŚĆ: Obrona terytorialna serca

Tania Malarczuk

Nienawiść jest małomówna i pomija ozdobniki. Zazwyczaj jednak milczy, bo mowa nie jest jej polem bitwy, nienawiść ubrana w słowa rozpada się na cząstki i traci siłę

Jeszcze 4 minuty czytania


Do 24 lutego 2022 roku nie znałam nienawiści. Krzyczałam, wściekałam się, szalałam, tupałam nogami, przeklinałam tak soczyście, jak tylko może sobie na to pozwolić człowiek z dyplomem filologa, rzucałam klątwy (w myślach), posyłałam do diabła (na cały głos), ktoś mnie krzywdził, a ja się broniłam (albo i nie, zależy, jak wyszło), złościłam się i sierdziłam, ale nie miałam nawet bladego pojęcia, czym jest nienawiść.

Połowa niezwykle ciepłego października, rosyjska wojna w Ukrainie trwa dwusetny któryś dzień. Niektórzy jeszcze liczą dni, ja już dawno przestałam. Przesiadam się w Krakowie na pociąg do Łodzi, dokąd zaproszono mnie, żebym wystąpiła na pewnej konferencji międzynarodowej. Wystąpienie mam niegotowe i nie wiem, o czym jeszcze można powiedzieć czy napisać, żeby ta zbrodnia przeciwko ludzkości wreszcie została przerwana. Stwierdzam fakt swojej absolutnej bezsilności jako osoby, która niegdyś wierzyła w słowa. Równocześnie mam nadzieję, że również na nie przyjdzie jeszcze pora. Niewykluczone też, że wszystko powiedziane i napisane dzisiaj zyska znaczenie w przyszłości. O ile przyszłość nastąpi.

A więc nadzwyczaj ciepły i krwawy październik. Stoję na krakowskim dworcu koło punktu charczuwannia, punktu dystrybucji żywności z żółto-błękitną flagą na szklanych drzwiach. Kątem oka dostrzegam zgrzewki wody mineralnej, konserwy, chleb, jabłka dla przymusowych przesiedleńców, jacyś wolontariusze bez szczególnego pośpiechu sortują paczki ciastek. Mam pół godziny do odjazdu, przeglądam mapkę alarmów przeciwlotniczych i przewijam wiadomości: spadają rakiety, giną ludzie, rodzice żyją, znajomi już nie wszyscy.

I nagle słyszę za sobą kobiecy głos, który po rosyjsku pyta: „A co to takiego punkt charczuwannia?”. Oglądam się i widzę dwie idące niespiesznie kobiety, młodszą i starszą, starannie ubrane, zadbane, z dwiema walizkami – dużą i małą. Starsza odpowiada: „Pewnie coś dla Ukraińców, żeby mogli się nażreć na krzywy ryj”.

Mieszankę niekontrolowanej agresji i paraliżu, która przenizała mnie w tamtej chwili, trudno opisać inaczej niż przy pomocy sprzeczności najwyższego stopnia: ja, która przez czterdzieści lat nigdy nie podniosłam ręki na inne żywe stworzenie, nie licząc komarów, gotowa byłam rzucić się na obce Rosjanki z pięściami, zacisnąć im zęby na gardle, miotać w te nadęte mordy ich własne walizki – i nie mogłam się ruszyć. Agresorki znikały w tłumie (ciekawe, skąd i dokąd zmierzały), a ja stałam, niema i nieszczęśliwa, oszołomiona siłą przeżytego wybuchu, niezdolna nawet rzucić w ślad za nimi choćby obraźliwą replikę.

Nienawiść to zaślepiająca furia. Wulkan bez krateru. Mrok, który spala. Tak poznałam jej nieopanowany żywioł. W chwili, gdy rosyjskie czołgi wjechały do mojego kraju, nienawiść wdarła się także w moje ciało i ruszyła w stronę serca. Obrona serca przed okupantami wymaga ogromnego wysiłku. Ale pozostanie człowiekiem to jeden z warunków mojego przetrwania. Ukraina przegra, jeśli podda Kijów. Ja przegram, jeśli poddam moje serce.

(Irena sprzeciwia się i mówi, że nasza nienawiść jest właśnie zbyt słaba).

Koniec października. W centrum niemieckiego miasta, niegdyś doszczętnie zniszczonego przez wojska aliantów, spotykam mężczyznę: spaceruje z córką, przytula ją i mówi coś do niej łagodnie. Piękny mężczyzna, piękna córka – z rozmowy rozumiem, że to Rosjanie. Idylliczna rodzinna scenka budzi we mnie huragan emocji, bo córka Ireny, mojej przyjaciółki, już od wielu miesięcy nie widziała taty i nie wiadomo, czy kiedyś go jeszcze zobaczy, tata jest na froncie. Zamykam oczy i koncentruję się na oddechu, żeby rosyjski ojciec (z całą pewnością może być dobrym człowiekiem) poszedł dalej, nie potykając się o mój dotkliwy ból. Ja mam prawo do nienawiści, ona do mnie – już nie. Wulkan dygoce, mrok przenika przez szczeliny rzeczywistości, której nie wybierałam i w której nie chciałam uczestniczyć, ale ona przyszła, nie pytając nikogo o pozwolenie. Jestem odrażająca i ślepa, kiedy nienawidzę, ale czy mogę zakazać sobie tego uczucia? Czy mogę zabronić nienawiści na przykład Irenie?

Sto lat po zabójstwie Gabriela Narutowicza w numerze specjalnym „Dwutygodnika” podejmujemy próbę namysłu nad współczesnymi formami i przejawami nienawiści: klasowej, sieciowej, indywidualnej i wspólnotowej. Przyglądamy się najważniejszym wątkom współczesnych hate studies, a także obrazom, wizualnym zapisom hejtu. Wracamy do lat 20. XX wieku, aby lepiej zrozumieć współczesne lata 20. Wreszcie, piórami ukraińskich autorek zadajemy pytania o nienawiść w kontekście ataku Rosji na Ukrainę.

Dom Spotkań z Historią w Warszawie zaprasza w 100. rocznicę zabójstwa Gabriela Narutowicza  na cykl wydarzeń pod hasłem „Niezgoda na nienawiść”.

„Żeby oni wszyscy wyzdychali”, szepce, kiedy rozmawiamy o kolejnych atakach rakietowych, kolejnych zniszczeniach, kolejnych śmierciach świetnych ludzi... „Świetni ludzie umierają, rozumiesz?” – mówi Irena. „Najlepsi”.

Rozumiem. Irena też należy do świetnych ludzi. Studiowała w Akademii Kijowsko-Mohylańskiej, zna trzy obce języki, nie licząc oczywistych rosyjskiego i polskiego. Zajmuje się filmami dokumentalnymi. Część jej rodziny mieszka w Rosji i sama Irena jest w połowie Rosjanką. Ale tożsamość to wybór, wyjaśniła mi kiedyś, człowiek po prostu wybiera, kim jest, i kropka, co w tym, u licha, skomplikowanego? Irena ewakuowała się z Buczy drugiej nocy pełnowymiarowej inwazji. Po dwóch tygodniach poniewierki jej córka nagle zrozumiała, że pozostawione na pastwę losu rośliny doniczkowe są bez wody skazane na śmierć. „Boże, jak ona płacze” – skarżyła się Irena w drodze do Wiednia. „Nie można na to patrzeć, nie da się jej uspokoić”.

Niech ich dzieci też płaczą.

Nie, Irena tego nie napisała. Napisała znacznie mocniej. Nienawiść jest małomówna i pomija ozdobniki, jeśli spala, to momentalnie i w najstraszniejszy, najokropniejszy sposób. Zazwyczaj jednak nienawiść milczy, bo mowa nie jest jej polem bitwy, nienawiść ubrana w słowa rozpada się na cząstki i traci siłę, robi się za nią wstyd. „Porządny człowiek nienawidzi w milczeniu” – mawiał sąsiad mojego dziadka i babci, co roku przesuwając granicę grządek o kilka centymetrów na swoją korzyść. „Gnojek!” – warczała babcia zza płotu, a sąsiad nigdy nie odpowiadał na wyzwiska, tylko chytrze się uśmiechał. Zawsze trochę się go bałam.

Jak zdefiniować nienawiść? To wrogość? Nieprzychylność? Niechęć? Brak szacunku? Te słowa mi nie wystarczają. Nienawiść, którą czuję (tak, czuję), zawiera w sobie odpowiedź na nienawiść i przemoc wobec mnie, a także brak wiary w to, że tę przemoc uda się zatrzymać. Niewolnicy bezsilnie nienawidzą, podczas gdy ludzie wolni, broniąc się, czują gniew i wściekłość. Siłą napędową ukraińskiego sprzeciwu 2022 roku są właśnie wściekłość i sprawiedliwy gniew, a nie nienawiść – ona pojawia się tylko w chwilach kompletnej bezsilności.

Nienawiść nie ma synonimów, przynajmniej po ukraińsku. Umiem za to wymienić setki słów o przeciwnym do nienawiści znaczeniu. Setki tysięcy. Cały język ukraiński, wszystko, co kocham, stoi w obronie serca.

Dopóki.

Początek listopada. W Europie jesień wciąż drepcze w miejscu, nie odważa się ostatecznie przejąć rządów. W Europie nastąpiło humanitarne zatrzymanie czasu. Co za różnica, czy mamy teraz jesień czy zimę, skoro trwa wojna i ludzie znów są grzebani w zbiorowych mogiłach?

Irena pojechała do Ukrainy spotkać się z mężem. Został raniony na froncie i leży w szpitalu gdzieś pod Charkowem, podobno nic poważnego, niedługo powinien wyzdrowieć. Ale nie mam pewności, czy Irena powiedziała mi prawdę, nie mam też pewności, czy Irenie powiedziano prawdę. Jej córka została ze mną. Nie mam dzieci i już trochę zapomniałam, jak z nimi rozmawiać. Na kłamstewka dziewczynka wydaje się już za duża, na prawdę, tym bardziej taką, jeszcze za mała.

– Co lubisz? – pytam, mając cichą nadzieję, że odpowie: „pizzę”.
– Tatę i mamę.

Łzy podchodzą mi do gardła, ale nie mam prawa zapłakać.

– A pizzę lubisz?
– Tylko bez sosu pomidorowego.

Pamiętam, jak Irena opowiadała, że córka NIENAWIDZI pomidorów, chociaż nigdy w życiu ich nie próbowała. Idziemy na pizzę. Zamawiam „cztery sery” dla małej i wegetariańską bez sera dla siebie, bo ja NIENAWIDZĘ sera.

– Dlaczego nie masz męża? – pyta dziewczynka podczas naszej uczty.
– Miałam aż dwóch – przyznaję się uczciwie. – A teraz mam ochotę pobyć sama.
– Nikt nie chce być sam. Może ty po prostu nie umiesz kochać?

Może. Długo zastanawiam się nad tymi słowami. Skoro do niedawna nie znałam nienawiści, to czy wiedziałam, czym jest miłość? Czy ta straszna wojna nauczy mnie także kochać?

Wieczorem kładziemy się spać i młodsza Irena prosi, żeby opowiedzieć jej bajkę. W dzieciństwie czytałam ich mnóstwo, nie przestałam chyba nawet wtedy, kiedy formalnie z bajek wyrosłam. Ale w pamięci niewiele mi zostało, oprócz aksjomatu, że dobro zwycięża nad złem, a miłość nad nienawiścią. Teraz nie mam wcale takiej pewności, głos mi drży i gotów jest mnie zawieść. Iskierki zaintrygowanych dziecięcych oczu błyszczą w mroku. Dziewczynka jest bystra, od razu wyczuje fałsz, trudno ją będzie oszukać.

– Dobro nie zwycięża nad złem – mówi nagle, ułatwiając mi sytuację.
– No coś ty?! Oczywiście, że zwycięża!

Ciemność otacza nas ze wszystkich stron i widzę, jak bezbronne iskierki dziecięcych oczu mętnieją i lada moment zgasną. Nie mogę dopuścić do tego, by mrok je pokonał, przynajmniej w mieszkaniu, za które opłacam czynsz dzięki pracy literackiej.

– Dobro zawsze, słyszysz, zawsze zwycięża – zaczynam. – Posłuchaj. Żył sobie pewien spokojny lud upartych rolników...
– Uparci rolnicy to jacy? – Ciekawość natychmiast bierze górę nad obojętnością.
– Ci, którzy uprawiają ziemię, chociaż mogli zostać rozbójnikami czy marynarzami.
– Wolałabym, żeby mój tata został marynarzem.
– Ale twoja mama nie puściłaby go na długo na morze.
– Nie puściłaby... I co się stało z tymi rolnikami?

Sama jeszcze dobrze nie wiem, co się z nimi stało, to znaczy wiem, ale brakuje mi odpowiednich dla ośmiolatki słów. No, zaczynam niepewnie, orali swoje pola, wozili pszenicę do młyna i piekli chleb, aż najechała ich horda obcych, którzy żadnej z tych rzeczy robić nie chcieli. Obcy nie chcieli też, żeby ktoś inny orał, mełł zboże i piekł, co w sumie dziwne, bo oni też musieli coś jeść. Jednak motywy, którymi kierują się wrogowie, często nie są logiczne. Ich ofiary często nie wiedzą, za co giną.

Rolnicy nie spodziewali się napaści, choć ich pieśni były bardzo smutne i zawsze mówiły o wojnie. Pieśni wiedziały więcej od tych, którzy je śpiewali. Chłopiec o imieniu Sławko przybiegł z samego rana i uderzył na trwogę: z wysokiego drzewa zobaczył na horyzoncie niekończące się sznury czołgów, haubic i transporterów opancerzonych, które jak szarańcza nadciągały ze wschodu.

„To się znowu stało!” – zawołał Sławko, a ludzie odpowiedzieli mu, że kłamie, że to nie do wiary.
„Wszyscy zginiemy” – żałośnie westchnęli inni.
Pozostali postanowili walczyć.
Dzieci wtedy ucichły, a kobiety zapłakały, choć wiele z nich też włożyło wojskowe mundury.

I rozpoczął się bój. Rolnicy wykopali okopy i obstawili workami z piaskiem pomniki poetów na głównych placach (jakby te pomniki były najważniejszymi rzeczami, które trzeba było ocalić).

I poleciały rakiety, zapłonęły świątynie, ogień ogarnął pszeniczne łany. Słupy czarnego dymu uderzyły w niebo i niebo, które składa się ze szkła i światła...
– Nigdy o tym nie słyszałam. Na lekcji przyrody…
– …niebo, które składa się ze szkła i światła, rozpadło się na miliony odłamków ciemności. Tych odłamków można używać jako świeczek, które nie oświetlają, tylko właśnie zaciemniają, to bardzo pomagało mężnym obrońcom w byciu niewidzialnymi dla wrogiego oka. Jednak obrońcy nie mogli się długo utrzymać, bo byli uzbrojeni tylko w kosy, łopaty i grabie. A łopaty i grabie nie powstrzymają samolotów bojowych i bomb fosforowych.
– To rolnicy przegrali?
– Oczywiście, że nie!

Patronite

Milknę, bo nie wiem, jak zakończyć tę bajkę. Ktoś musi przyjść z pomocą. Sąsiednie narody? Rozbójnicy i marynarze? Kto uratuje upartych rolników?
– Ich zwierzęta domowe – ciągnie zamiast mnie ośmioletnia Irena. Zamieniamy się rolami i teraz ja jestem tym dzieckiem, które znów wierzy w triumf dobra. Słucham małej uważnie. Głos ma dźwięczny i pewny.

– Ty pewnie nie wiesz, ale domowe zwierzęta bywają bardzo krwiożercze. Rzecz jasna, okupanci też nie mieli o tym pojęcia. Kury, koty i świnie stały się ich przekleństwem. Ledwie wroga armia zaczynała się zbliżać, ptaki wykłuwały im oczy i raniły twarze, zwierzęta odgryzały ręce i nogi, wyrywały serca z piersi (a w ogóle to nie wszyscy mieli serca). Najgroźniejsze okazały się zwykłe hodowlane króliki. Mieszkały w podziemnych norach, więc choć niebiosa od dawna już były rozbite, ciemność ani trochę nie przeszkadzała królikom w orientacji. Zbudowały skomplikowany labirynt podziemnych tuneli i niespodziewanie pojawiały się tam, gdzie wróg najmniej się ich spodziewał – w okupowanych wsiach i miastach, wewnątrz koszar, kiedy wszyscy spali, nawet w toaletach, kiedy wrogowie szli za potrzebą.
– Naprawdę?
– Słowo! Okupant siedzi na sedesie z opuszczonymi spodniami, a tu królik! A jak się królika rozgniewa, to jest bardzo ruchliwy i bezlitosny. Biada tym, którzy rozgniewają armię królików! Po zwycięstwie, które oczywiście niebawem już nastąpiło, uparci rolnicy sami bali się je hodować. Sławko na przykład zaczął hodować gołębie. Chociaż rola gołębi w tej wojnie też nie została jeszcze dostatecznie zbadana.

Zasypiamy, a kiedy wraca Irena („on żyje, jest po operacji”), mówimy, że jadłyśmy pizzę i bawiłyśmy się w opowiadanie sobie bajek o zwierzętach. O tak, córka lubi zwierzęta, cieszy się Irena, i bajki też lubi, dobrze, że jeszcze jesteś w stanie je opowiadać.

Przeł. Katarzyna Kotyńska

Dział ukraiński powstaje dzięki dofinansowaniu European Cultural Foundation, Instytutu Goethego w Warszawie, Krakowskiego Biura Festiwalowego, Centrum Dialogu im. Juliusza Mieroszewskiego oraz Instytutu Nauk o Człowieku w Wiedniu.

Partnerzy działu ukraińskiego w Dwutygodniku