Obsesje nasze powszednie

Agnieszka Budnik

W „Chipsach dla gości” Natalka Suszczyńska najchętniej naświetla współczesne obsesje i wyjaskrawia społeczne kurioza, ale unika rzucania taksonomią medyczną

Obsesje nasze powszednie

Jeszcze 2 minuty czytania

Obsesje nasze powszednie

Napisanie prawdziwie zabawnej książki to duży wyczyn. Uderzanie w stereotypy czy pierwsze lepsze skojarzenia nie jest wielką sztuką. Roześmiać się z siebie samej i własnych obsesji – to już coś. Nowy zbiór opowiadań Natalki Suszczyńskiej, autorki wcześniejszych „Dropii”, jest śmieszny i bezpretensjonalny. „Chipsy dla gości” nie chcą być opowieścią pokoleniową rozpisaną na głosy czy zbiorem tekstów, które mają zrewolucjonizować myślenie o prozie czy naszej przyszłości. To po prostu – a może aż – lektura przyjemna i bardzo dobrze napisana. Utkana z małych słabości, głupich powiedzonek, podstawówkowych wspomnień i społeczno-ekonomicznych strachów. Mało co tu w języku haczy: co zabawne, jest zabawne; co absurdalne, jest absurdalne.

Suszczyńska swoje bohaterki – bo jest ich osiem, tyle co opowiadań – traktuje z dystansem niepozbawionym uśmiechu (najczęściej) lub mieszanki zrozumienia i żalu (czasami). W galerii osobliwości znajdują się między innymi: klimatyczna aktywistka raczej z przypadku niż z wyboru („Baby Boczniak”), triumfująca po latach umniejszania przez matkę córka („O Dominice, co ma zaszyty rozum”), właścicielka mieszkania po babci z osobliwym problemem węchowo-zapachowym („Chipsy dla gości”), podatna na treści influencerskie użytkowniczka social mediów („Diamentowe prosię. Historia porażki”), obgryzaczka paznokci na wynajem („Aleja Floksów”) czy matka syrena i jej lądowe dzieci („Dom typu kostka”).

Natalka Suszczyńska, „Chipsy dla gości”. Ha!art, 192 strony, w księgarniach od marca 2024

Niemal w każdym przypadku pisarka całkiem nieźle zarządza sceną: rekwizyty nie są przypadkowe, detale nie przesłaniają naczelnego wątku. Opowiadania Suszczyńskiej przypominają przy tym podwórkowe „niebka”małe dołki w ziemi, w które wkładało się najróżniejsze rzeczy: kwiatki, kolorowe papierki czy inne bibeloty, a wszystko z dala od postronnych spojrzeń. W podobne wyrwy naszej codzienności – we wszystkie „a gdyby?” i „co, jeśli?” – wchodzi proza „Chipsów”. Za każdym razem za punkt wyjścia służy opatrzona już rzeczywistość, w której pojedyncze zachowanie czy wydarzenie wpada w spiralę absurdu. Zacierają się wtedy granice między tym, co rzeczywiście możliwe, a tym, co przynależy tylko wyobraźni.

Suszczyńska najchętniej rzuca światło na wszystkie nasze współczesne obsesje, ale bez rzucania taksonomią medyczną. Raczej po prostu wyjaskrawia społeczne kurioza, jak choćby przepaść pomiędzy zarobkami programisty i przedstawicielki klasy średniej. Ta druga, borykająca się z zaburzeniami obsesyjno-kompulsywnymi, najmuje się u pierwszego w celu obgryzania swoich własnych paznokci. Ot, wytworzyła się nisza obsesyjnie dbających o dłonie programistów poszukujących zastępczego zaspokojenia tłumionych żądz. Układ jest prosty: pan płaci, pani sobie obgryza.

W „Chipsach dla gości” nie chodzi o wyśmiewanie dziwnych, ale do bólu sztampowych skojarzeń osnutych wokół dzisiejszych trzydziestolatek. Autorka, owszem, pisze o mieszkaniach, które można tylko odziedziczyć, bo przecież nie kupić, o trudnych relacjach z toksyczną matką czy o problemie przemocy w rodzinie. Ale w najlepszych tekstach z tomu udaje jej się dołożyć jeszcze jedną, krytyczną warstwę, która zbliża jej teksty do całkiem wysmakowanej satyry.

Choćby w moim ulubionym „Baby boczniaku” bezimienna dziewczyna chce uratować świat. Okazja jest niezła, bo morskiej faunie po raz kolejny grozi katastrofa ekologiczna – plama mazutu na Bałtyku pochłania kolejne gatunki ptactwa. Tym razem zmyślni naukowcy wpadają na pomysł, by zapobiec katastrofie za pomocą boczniaków. Naród jest zachęcany do tego, by grzyby hodować – nie jest to specjalnie trudne, wystarczy zestaw „Baby Boczniak”, słońce, trochę wody. Szkopuł w tym, że plama mazi nie do końca chce się dać grzybom ujarzmić, sprawa z boczniakami okazuje się przekrętem, a świeżo upieczona hodowczyni na tyle przywiązuje się do wizji powoływania na świat nowego życia, że nie chce dopuścić do grzybowego samobójstwa. Ostatecznie boczniaki w martyrologicznym geście chcą oddać życie za cały świat, a ich matce nie pozostaje nic innego, jak rzewnie za nimi płakać. W finale: rozdzierające pożegnanie, tragizm w pełnej postaci.

Albo jeszcze inaczej, jak w „Diamentowym prosięciu. Historii porażki”: wśród influencerek pojawia się moda na wyjątkową rasę małych, słodkich świnek z diamentem wyrastającym pośrodku czoła, które pojawiły się w okolicznych lasach. Na złapanie takiego okazu decyduje się główna bohaterka. Ale w końcu świnie dorastają, nie są już piękne, zżerają ukochane szaliki zrobione z butelek z recyklingu i po prostu „należy” zakończyć ich żywot za pomocą stalowej linki. Z pojawieniem się tajemniczej rasy zwierząt ma coś wspólnego szalejący w polskich lasach wirus. Co w takiej sytuacji może zrobić rząd, jeśli nie zakazać do nich wstępu? I tak właśnie rzeczywisty absurd z początków pandemii COVID-19 staje się najzupełniej logiczną decyzją. Widmo wirusa w wersji Suszczyńskiej dziczeje między drzewami, co, najzupełniej szczerze, uważam za najlepszą do tej pory literacką karykaturę dziwnego czasu pandemii.

„Chipsy dla gości”, choć tytuł zbioru kieruje raczej na manowce lub w stronę czegoś, co lubię nazywać „prozą trash”, warto mimo wszystko wziąć na poważnie, bo tkwi w nich ziarenko sprawnej i subwersywnej ironii. A takiej literackiej tricksterki potrzebujemy bardziej niż kiedykolwiek.

Nagroda Literacka im. Witolda Gombrowicza
Partnerami cyklu tekstów wokół debiutów literackich są Fundacja Instytut Gombrowiczowski oraz Muzeum Witolda Gombrowicza, współorganizatorzy przyznawanej przez Prezydenta Radomia Nagrody Literackiej im. Witolda Gombrowicza.