Jestem obywatelem Stanów Zjednoczonych
Peter Yang/Comedy Central

Jestem obywatelem Stanów Zjednoczonych

Rozmowa z Jamesem Franco

Staram się robić filmy, które kocham, nie mam ciśnienia, żeby inni je lubili – amerykański gwiazdor opowiada o sobie

Jeszcze 3 minuty czytania

ARTUR ZABORSKI: Twoja kariera pędzi w różnych kierunkach. Udzielasz się jako aktor i reżyser, wykładowca i poeta, reżyser sztuk teatralnych i pisarz. To chyba już pracoholizm.
JAMES FRANCO: Nie, nie jestem pracoholikiem. Pracoholik to ktoś, kto nie może przestać pracować. Kto potrzebuje cały czas coś robić, bo nie umie spędzać inaczej czasu. Kiedy byłem młodszy, chciałem udowodnić sobie i światu, na jak wiele mnie stać. Ale teraz jestem dumny z kilku rzeczy, które udało mi się osiągnąć. Nie muszę pracować na nazwisko. Zajmuję się za to nauczaniem, spędzam czas na doglądaniu pracy innych ludzi, staram się im pomóc. Rzeczywiście robię dużo rzeczy naraz, ale tylko dlatego, że je lubię.

Myślisz, że inni tak nie mają?
Inni ludzie mają pracę, której nie cierpią, więc nic dziwnego, że z utęsknieniem czekają na urlop. Potrzebują się od niej oderwać. Ja kocham moją pracę. Nie chcę od niej uciekać.

Aktywność pomaga ci jakoś zapanować nad mijającym czasem?
Już mój pierwszy krótki film, wyreżyserowany jeszcze w szkole w Nowym Jorku, był poświęcony chłopcu, który poprosił złotą rybkę o nieśmiertelność. Kiedy złota rybka umiera, bohater wpada w panikę, że i dla niego skończył się okres bezpieczeństwa. Krzyczy do swoich rodziców: nie chcę umierać! I chociaż starają się go uspokoić i przekonać, że wciąż ma mnóstwo czasu, wcale im się to nie udaje. Chłopak zaczyna więc działać na różnych frontach ze wzmożoną aktywnością. Znajduje sobie żonę, zakłada rodzinę, rozpoczyna pracę. Ze mną było podobnie. Teraz już się zmieniłem i nieco zrelaksowałem. I lubię moje życie takie, jakie jest.

James Franco w „Spring breakers”

Praktykujesz coś takiego jak wypoczynek?
Nie, nigdy. Co miałbym wtedy niby robić? Ja nawet spać nie lubię. Jest przecież tyle rzeczy do ogarnięcia!

Żałujesz, że czegoś nie zrobiłeś?
Nigdy, niczego. Jestem raczej dumny – z większości projektów, które wykonałem jako aktor, reżyser czy pisarz. Tu nie ma miejsca na żal.

Pociągają cię różne obszary kultury – i te komercyjne, i te niszowe. Udaje ci się je połączyć?
Jestem częścią mainstreamowego kina od siedemnastu lat. Ponadto jestem obywatelem Stanów Zjednoczonych, więc jestem zanurzony w kulturze popularnej jak wszyscy Amerykanie. Ale z drugiej strony jestem też zapoznany choćby z teoriami queerowymi. Moim celem stało się zespolenie tych dwóch odległych światów. Badam, gdzie zaczyna się mainstream, a gdzie kończy się nisza.

Sztuka opiera się na zadawaniu pytań?
Sztuka pomaga zdefiniować limity tego, co wiemy. Wciąż mnie na przykład zdumiewa, że można odpalić internet i w dwie minuty mieć na komputerze tonę pornografii. I to jest ok, ale potem  zaczyna się przesuwać granica akceptacji i ludzie oglądają coraz więcej tych filmów, a w konsekwencji  dziwaczeją. 

James Franco w „Oz Wielki i Potężny” 

A co z granicami twojej cierpliwości do dziennikarzy? Dalej nie dają ci żyć, bo nie chcesz dookreślić swojej orientacji seksualnej?
Tak, węszą, z kim sypiam, z kim mam romans – z nim czy z nią. Tymczasem choćby w dwudziestoleciu międzywojennym, jeśli mężczyzna sypiał z mężczyzną, nie był uważany za homoseksualistę, dopóki zachowywał się „męsko”. Dopiero w momencie, kiedy jego zachowanie odbiegało od normy, mówiono o nim „gej”. To nie seksualność definiowała takie podziały. Dopiero w latach 60. XX wieku zaczęła o tym decydować płeć partnera, z którym sypiasz. To kolejny zajmujący temat.

Pamiętasz to zdjęcie, które ktoś zrobił ci na uniwersytecie, kiedy uciąłeś sobie drzemkę? Przejmujesz się nim jeszcze?
Nie, ale wciąż widzę w tym wielką niesprawiedliwość. Moi studenci nieustannie śpią na zajęciach, a im jakoś nikt nie robi zdjęć i nie wpuszcza ich do internetu. Kiedy jesteś osobą publiczną, ciągle próbuje się podważyć twój autorytet. To, że o godzinie 22.00, przed gościnnym wykładem, bo to nie były moje regularne zajęcia, ktoś zrobił mi zdjęcie na uczelni w czasie drzemki, nie oznacza, że jestem niekompetentny. Ale nie ma się czemu dziwić – wcześniej zrobiono ze mnie nawet narkomana, który przez sławę dostał pracę na Columbii.

Recenzjami swoich filmów też się nie przejmujesz?
Nie lubię czytać recenzji, bo wiem, co się w nich pojawi. Zwłaszcza jeśli jestem reżyserem filmu. Wszyscy wtedy narzekają, że Franco zagrał u Franco i że jego gra to prawdziwa zgroza! Szczególnie w przypadku tak zwanego kina artystycznego – choćby jednego z moich ostatnich filmów, „Wściekłości i wrzasku” na podstawie powieści Williama Faulknera, gdzie pojawiłem się jako aktor. Krytycy są sceptyczni, jeśli chodzi o moją podwójną rolę aktora i reżysera. A ja jestem dumny z takich występów. Nie sądzę, żebym w którejś z moich kreacji cokolwiek dziś zmienił.

Lubisz grać w filmach, które reżyserujesz?
Wierz mi lub nie, ale naprawdę tego nie lubię.

To co cię do tego skłania?
Cóż, w wypadku „Wściekłości i wrzasku” nie miałem nikogo innego. W „Dziecięciu bożym” miałem tylko małą rolę, w „Bukowskim” nie gram wcale. Pomyślałem jednak, że w przypadku tak niekonwencjonalnego filmu jak „Wściekłość i wrzask”, który nie będzie miał tak oczywistego finansowania jak filmy o superbohaterach, to dobrze wpłynie na opinie producentów, że ja w nim zagram. Jedną z rzeczy, których nienawidzę jako twórca, jest cały ten koszmarny proces produkcji, przez który trzeba przejść, żeby wreszcie móc wziąć się za robienie filmu. Nie znoszę pitchingów, nie cierpię spotkań z producentami. To najgorsza część tego biznesu. Jeśli mogę tego uniknąć, choćby poprzez granie we własnym filmie – pójdę na takie ustępstwo. W przypadku „Wściekłości…” to zresztą było trudne zadanie. Mój bohater jest niemową i ma obsesję na punkcie swojej siostry. W książce jest mowa o tym, że może tylko krzyczeć nieartykułowane dźwięki. Moją obsesją stało się to, żeby wyrazić tęsknotę za siostrą przez zachowanie, mimikę, ekspresję ciała i bełkotliwe dźwięki. No i tak to właśnie zrobiłem.

James Franco w „Spider-Man 3”

William Faulkner towarzyszy ci od dawna.
„Kiedy umieram” i „Wściekłość i wrzask” są moimi ukochanymi książkami, odkąd skończyłem dwanaście lat. Ale to nie znaczy, że kiedy zaczałem próbować sił jako reżyser, automatycznie zamarzyło mi się przenoszenie ich obu na ekran. Nawet kiedy już zrobiłem „Kiedy umieram”, nie wiedziałem, że zabiorę się za „Wściekłość…” i to w tak krótkim czasie. Jest tyle książek, które chciałbym zaadaptować!

Jak je selekcjonujesz? Odnoszę wrażenie, że bliżej ci do klasyków niż do współczesnych pisarzy.
Nie uważam, żeby starsze powieści były bardziej filmowe. Przeczytałem sporo książek, kiedy studiowałem anglistykę. Mam jednak świadomość, że nie na podstawie każdej książki można zrobić dobry film. Faulkner pisze w sposób bardzo eksperymentalny, jego książki mają bardzo kompleksową strukturę i styl, a także silnych bohaterów i mocną historię. Tam wszystko płynie. Dzięki temu mogłem zrobić eksperymentalne pod względem narracji filmy, które zachowują podstawowe relacje między bohaterami. Fragmentaryczność sama w sobie nie miałaby żadnego sensu. Ona też musi nas dokądś zaprowadzić, tak właśnie jest u Faulknera.

Poza książkami interesują cię też sami pisarze.
Skończyłem właśnie film o Charlesie Bukowskim. To był pisarz, który wykorzystywał swoje życie i doświadczenie do pisania, to był jego sposób na literaturę. Używając jego biografii, byłem w stanie uchwycić też ducha jego powieści.

Co przychodzi do ciebie najpierw – pomysł na formę czy na treść?
Najpierw staram się znaleźć cel, a potem drogę, która mnie do tego celu zaprowadzi. Muszę więc mieć też kierunek. Za każdym razem robię coś po raz pierwszy. Mogę ci o tym opowiedzieć na przykładzie moich filmów, choćby „Kiedy umieram”. Tam chciałem uchwycić tę multiperspektywę, która pojawia się u Faulknera. Zdecydowałem się podzielić ekran na kilka mniejszych perspektyw – z ekranu nie patrzą na nas tylko oczy jednego bohatera. Ale kręcąc w ten sposób, mieliśmy też od razu zdjęcia, które mogliśmy puścić jako klasyczny film, więc byliśmy zabezpieczeni. Inaczej było we „Wściekłości i wrzasku”, gdzie czas zmienia się w każdym rozdziale filmu. Czas teraźniejszy to 1928 rok, a bohaterowie cofają się na przykład do początku XX wieku. Kręciliśmy materiał tak, żeby dopasować go do konkretnego przedziału czasowego. I nie mieliśmy pojęcia, jak doprowadzić to wszystko do ładu i składu.

James Franco w filmie „Francophrenia”

W rozwiązaniu takich niepewności ważna jest zapewne pomoc sprawdzonych osób. Ty lubisz pracować z przyjaciółmi, otaczasz się nimi na planie.
Nie potrzebuję atmosfery przyjaźni na planie. Ale rzeczywiście filmy wychodzą mi najlepiej, kiedy pracuję z przyjaciółmi. Mój serdeczny kumpel, Seth Rogen, ma jeden jasno sprecyzowany cel: chce, żeby publiczność śmiała się, ile może, chce ją zabawić. Próbuje wielu wersji, kombinuje. I nie ma w tym nic złego! Ja staram się jednak po prostu robić filmy, które kocham, nie mam ciśnienia, żeby inni je lubili. Oczywiście, byłoby świetnie, gdyby ludzie je oglądali, ale to dopiero drugi czynnik, który ma znaczenie. Pierwszym jest lojalność w stosunku do projektu.

Seth Rogen pojawia się zresztą w twoim filmie „Wściekłość i wrzask”. Ale w zupełnie niekomediowej roli.
Jasne, bo to nie jest tak, że Seth utknął w stand up komediach. Odkryłem, że czasami dobrze jest pokazać w filmie coś niespodziewanego – ekstremalny seks albo ekstremalną przemoc. To może pobudzić publiczność i wyrwać dzieło z ram klasycznych definicji filmu. U mnie takim elementem był epizod Setha Rogena.


Tekst dostępny na licencji Creative Commons BY-NC-ND 3.0 PL.