Satysfakcja gwarantowana

Satysfakcja gwarantowana

Bartosz Żurawiecki

„Dzikie historie” zaspokajają nieodpartą żądzę odwetu na tych, którzy nas skrzywdzili lub po prostu wpienili

Jeszcze 2 minuty czytania

Byłem niedawno mimowolnym świadkiem sceny jakże typowej dla polskich realiów. Późny wieczór, centrum miasta, samochody zatrzymują się na światłach. Nagle z jednego z nich wypada osiłek i podbiega do pojazdu stojącego przed nim. Waląc w szybę, wrzeszczy: „Mam nagrane wszystko, co zrobiłeś. A następnym razem zarobisz w ryj”. Oczywiście okrasza swą wypowiedź solidną porcją bluzgów, ale nie będę ich tutaj cytował, gdyż Dwutygodnik.com to, bądź co bądź, portal kulturalny. Zielone światło szczęśliwie zapobiega masakrze, niemniej zdarzenie to mogłoby być punktem wyjścia którejś z noweli filmu „Dzikie historie” Damiána Szifróna. Filmu argentyńskiego, a przecież bardzo polskiego (już zresztą „sz” w nazwisku reżysera wygląda podejrzanie polsko). Widocznie łączy nas coś więcej niż tylko Witold Gombrowicz.

„Dzikie historie” to filmu o wkurwie (jednak bez uczciwych wulgaryzmów się nie obejdzie) i o sposobach jego egzekwowania. Zaspokaja nieodpartą żądzę odwetu na tych, którzy nas skrzywdzili lub po prostu wpienili. Nawet po pokazie prasowym rozległy się oklaski (a pamiętajmy, że dziennikarze lubią się stylizować na zblazowanych), toteż podejrzewam, że na seansach „normalnych” entuzjazm będzie przeogromny. Jednocześnie nie są „Dzikie historie” filmem, który potęgowałby gniew widzów, nie sądzę, by po wyjściu z kina chcieli oni podpalać urzędy czy dać w mordę nielubianemu sąsiadowi. Dzieło Szifróna działa raczej jak dobry pornos. Pomaga rozładować napięcie.

Jaka jest różnica między wkurwem polskim a wkurwem argentyńskim? Chyba taka, że u nas zemsta na wrogu (zwykle wyimaginowanym) przeradza się w kolejną narodową frustrację. Kolejne partactwo przykrywane nieudolnie nadmiarem obelg i przechwałek (vide seria filmów o Adasiu Miauczyńskim). Tymczasem Szifrón z latynoską fantazją, w prostych i krótkich nowelkach skutecznie realizuje mechanizm rewanżu. Cel pal, trafiony zatopiony. U nas nienawidzi się często bezinteresownie, bez wyraźnego powodu, w „Dzikich historiach” nienawiść jest umotywowana, więc i spełnienie bardziej satysfakcjonujące.

Odwet nie musi mieć wiele wspólnego ze sprawiedliwością. To działanie emocjonalne, a nie racjonalne odmierzanie winy i kary. Zemsta bywa ślepa, gwałtowna i nierzadko wymyka się z rąk. Dlatego też najsłabiej z sześciu epizodów wypada ten najbardziej oczywisty, środkowy, zatytułowany „Bombeczka”  – o pirotechniku (Ricardo Darin), któremu co rusz niesłusznie odholowują rzekomo źle zaparkowany samochód. Mając dość użerania się z urzędami i strukturą biurokratyczną, sięga bohater po środki silniej niż pyskówka przemawiające do wyobraźni. Jakie, nietrudno się domyślić, skoro opowiadanie otwiera scena, w której wysadza on na potrzeby produkcji filmowej starą elektrownię.

Ciekawiej na ekranie robi się wtedy, gdy sprawiedliwość chichocze, gdy dochodzi do zakłócenia między przyczyną a skutkiem, jak choćby w noweli „Propozycja”, gdzie ogrodnik milionera zostaje przekupiony, by wziąć na siebie winę jego syna (przy okazji możemy przyjrzeć się tutaj klasowym podziałom i korupcji w Argentynie). Lub jak w części zatytułowanej „Szczury”, w której Nemezis nie będzie skrzywdzona kelnerka, lecz jej starsza koleżanka z kuchni. Jednak najlepsze są dwa pierwsze epizody – zwięzłe, lakoniczne, pozbawione właściwie kontekstu, będące esencją emocji, które towarzyszą aktowi odwetu. Najpierw błyskotliwe intro jeszcze przed napisami początkowymi. Rozgrywa się ono w samolocie, którego pasażerowie odkrywają, że łączy ich osoba pewnego muzyka. I następnie pojedynek na szosie w wykonaniu właściciela luksusowej fury i kierowcy starego grata. Różnice między nimi zostały nakreślone kilkoma kreskami (biedny-bogaty, zwalisty-wymuskany), cała więc energia filmowa skupiona jest na tym, który z nich okaże się, zgodnie z tytułem owego fragmentu, „Silniejszy”. Ten epizod ma też najlepszą puentę. Zabawną i makabryczną jednocześnie.

„Dzikie historie”, reż. Damián Szifrón.
Argentyna, Hiszpania 2014, w kinach od 2 stycznia 2015 
Trafnie Szifrón wieńczy swój film nowelką pod tytułem „Aż śmierć nas nie rozłączy”, w której panna młoda dowiaduje się na weselu o zdradzie swego małżonka. Pozwala to sprowadzić „Dzikie historie” z poziomu społecznego na poziom prywatny. Działania bohaterki wydają się niewspółmiernie okrutne w stosunku do wykroczenia pana młodego, ale rozumiemy je, bo nie ma gorszego bólu niż ten, które wywołuje urażona duma spleciona ze złamanym sercem. Prosty chwyt fabularny polegający na zamianie „najszczęśliwszego dnia w życiu” w horror zdaje się prowadzić w stronę kloaki rodem z naszego „Wesela” Wojciecha Smarzowskiego. Szifrón rozgrywa to inaczej – przeobraża sytuację w obłąkaną, ale jednak fiestę. Co gwarantuje euforię, oklaski i dobry humor widzów oczyszczonych (przynajmniej na chwilę) ze swych resentymentów. Katharsis – czyż nie ono było pierwotną funkcją sztuki?

Sukces „Dzikich historii” (które są blisko otrzymania oscarowej nominacji) z pewnością nie polega na ich wyrafinowaniu. Nie, to nie jest dzieło wyrafinowane ani artystycznie, ani myślowo. Wyrachowane zresztą też nie jest. Szczerze odwołuje się tak do prostych instynktów, jak i motywów dla kina zasadniczych. Topos zemsty przewija się przecież w tysiącach opowieści ekranowych. Po raz kolejny więc przekonuję się, że kino jest sztuką raczej barbarzyńską, ale to już temat na zupełnie inny tekst.


Tekst dostępny na licencji Creative Commons BY-NC-ND 3.0 PL.


Tekst dostępny na licencji Creative Commons BY-NC-ND 3.0 PL.