Miłości źle widziane

11 minut czytania

/ Film

Miłości źle widziane

Bartosz Żurawiecki

„Obsesja” kwestionuje podstawową zasadę melodramatów, w których pragnienia i uczucia kochanków nie dają się pogodzić z ich społeczną personą

Jeszcze 3 minuty czytania

Większość filmów Todda Haynesa opowiada o zakazanych miłościach. Inaczej – „o miłościach źle widzianych”. Podczas gdy „zakazane miłości” od razu kojarzą się z melodramatem, filmy Haynesa miewają jedynie melodramatyczny polor. Reżysera interesuje nie tyle siła uczucia, ile kontekst, w jakim ono się realizuje – kulturowy i społeczny. Miłość nie jest ani uniwersalna, ani ponadczasowa. Przeciwnie, zależy zarówno od czasów, jak i miejsca występowania. Jedynie biorąc pod uwagę te okoliczności, można określić, co jest akceptowane, a co nie. Co jest konwenansem, a co skandalem. Rewolucją lub konformizmem. Miłości Haynesa „negocjują” swój status z otoczeniem. Raz okazuje się, że są całkowicie niedopuszczalne, innym razem, że pod pewnymi warunkami mogą dalej egzystować. Powiem więcej – zmienia się też kontekst, w jakim postrzegamy te filmy.

Weźmy chociażby najsłynniejsze dzieło amerykańskiego twórcy, pochodzącą sprzed zaledwie dziewięciu lat „Carol”, według wydanej po raz pierwszy w 1952 roku powieści Patricii Highsmith. Tytułowa bohaterka jest dojrzałą kobietą z wyższych sfer, świadomą swojej homoseksualności, ale jednocześnie matką i żoną (choć w trakcie rozwodu). Uwodzi młodą sprzedawczynię z domu towarowego, Therese. Już po przeczytaniu tego streszczenia słyszymy dzwonek ostrzegawczy, prawda? Parę lat temu pisano o filmie, że jest piękną historią lesbijskiego związku walczącego o swoje miejsce w konserwatywnej Ameryce lat 50. XX wieku. Tymczasem dzisiejsza poprawność polityczna nakazywałaby interpretować „Carol” jako opowieść o przemocowej relacji, w której tytułowa bohaterka wykorzystuje różnicę wieku i pozycji społecznej, żeby zdobyć młode ciało. Nie zdziwiłbym się nawet, gdybym przeczytał teraz, że „Carol” traktuje o pedofilskich fantazjach, mimo że Therese jest jak najbardziej pełnoletnia.

Prawdą jest, że kino (ale też przecież literatura czy opera) romantyzowało fascynacje starszych młodymi. Jak dzisiaj odebrana zostałaby „Śmierć w Wenecji” (starzejący się kompozytor urzeczony bardzo nieletnim efebem)? Co zrobić z „Madame Butterfly” Pucciniego (nastoletnia Japonka umierająca z miłości do amerykańskiego oficera)? A widzieliście film tak hołubionej w świecie kina artystycznego Agnes Vardy, „Kung-fu master!”? Nie ma go w zestawie filmów tej reżyserki dostępnym na VOD Nowych Horyzontów. Zapewne został zesłany w najgłębsze czeluści archiwów, bo to przecież liryczna opowieść z elementami sielanki o związku 40-letniej rozwódki z 14-letnim synem jej przyjaciółki.

Choć na pewno płeć ma tutaj znaczenie. Jesteśmy skłonni łagodniej patrzeć na te fabuły, w których to starsza kobieta wiąże się z dużo młodszym mężczyzną czy kobietą, niż na takie, w których dorosły facet wykazuje zainteresowanie nieletnim / nieletnią. Powodem jest oczywiście patriarchat, który krępował seksualność kobiecą, pozwalał natomiast na realizację najbardziej perwersyjnych męskich fantazji. Generalnie jednak – czy to w życiu, czy w kinie, love story charakteryzujące się zauważalną różnicą wieku to dzisiaj bardzo ryzykowna sprawa.

Tymczasem Todd Haynes – zawsze zainteresowany „nieoczywistymi rejonami moralności” – w swoim najnowszym filmie, „Obsesji”, opowiada o trzydziestosześciolatce, która nawiązała romans z 13-letnim Joo (Charles Melton), kolegą swojego syna. Gracie (Julianne Moore) ewidentnie popełniła więc przestępstwo, za które zresztą trafiła za kratki. Być może znaleźliby się tacy, którzy chcieliby oskarżyć i reżysera, że łakomym okiem geja spogląda na ciało nastolatka, gdyby nie fakt, że film rozgrywa się (uff!) dwadzieścia trzy lata po skandalu. Gracie i Joo są teraz zgodnym małżeństwem. Wzięli ślub, gdy kobieta wyszła z więzienia, w którym urodziła córkę; w sumie para dorobiła się trójki potomstwa. Nie uciekła z miejsca zbrodni, została w miasteczku i koniec końców grzechy zostały jej wybaczone. Owszem, wciąż się zdarza, że ktoś podrzuca im na próg paczkę z gównem, ale to tylko incydenty. Poza tym małżeństwo funkcjonuje zupełnie normalnie, biorąc aktywny udział w życiu wspólnoty, także towarzyskim.

„Carol”, „I’m Not There”, reż. Todd Haynes


Najbardziej prowokująca w tej opowieści jest właśnie owa normalizacja. To, co absolutnie niedopuszczalne, zmieniło się w coś nie tylko aprobowanego, ale i wedle powszechnie uznanych standardów godnego pochwały – w stabilną rodzinę. Nie ma w filmie Haynesa ani romantyzowania, ani potępienia. I to, jak sądzę, może wielu widzów wytrącać z równowagi. Bo jak się do całej sprawy ustosunkować moralnie?

Film zaczyna się w momencie, gdy do bohaterów przyjeżdża Elizabeth Berry (Natalie Portman), znana aktorka, która ma zagrać Gracie w niezależnym filmie opowiadającym o wydarzeniach sprzed dwudziestu lat. Chce to i owo podpatrzeć, a przede wszystkim zbliżyć się do prawdy. W recenzjach „Obsesji” czytam, że wizyta Elizabeth obnaża kłamstwo, na którym ufundowany został związek państwa Atherton-Yoo. Obawiam się, że jest dokładnie na odwrót. Dzieło Haynesa obnaża kłamstwo, a przynajmniej umowność konstruktów filmowych, czy, szerzej rzecz ujmując, kulturowych w zetknięciu z realiami, a zwłaszcza z tym, co wykracza poza normę.

Elizabeth niby próbuje wejść głębiej, ale cały czas ślizga się po powierzchni i nic tu nie pomagają ani pilne notatki, ani nawiązania do „Persony” Bergmana. Ostatecznie, jak pokazują końcowe sceny rozgrywające się już na planie filmowym, jedyne, co aktorka będzie w stanie zrobić, to obrócić całą historię w ekranowy kicz. Owszem, przybycie Elizabeth sprowokuje Joo do postawienia sobie i żonie kilku niewygodnych pytań i podkręci napięcia w rodzinie, ale niczego nie zdemaskuje. Bo to, że w tej parze Gracie gra pierwsze skrzypce, będzie wiadome od początku; Julianne Moore potrafi jednym banalnym zdaniem ustawić całą hierarchię. Natomiast kłamstw i napięć jest w nim niewiele więcej niż w innych, mniej kontrowersyjnych związkach. Nasze relacje uczuciowe zawsze są przecież obarczone jakimiś oczekiwaniami i wyobrażeniami, które mogą te relacje zniszczyć, ale wcale nie muszą, jeśli się je dobrze upozycjonuje – że użyję zupełnie nieromantycznego języka marketingu. Tak jak trwałości małżeństwa nie szkodzi złudzenie Grace, że to ją uwiódł młodociany Joo, a nie ona jego.

Warto zresztą porównać tę rolę Moore z dwiema innymi kreacjami, które stworzyła w filmach Haynesa. Zarówno w „Safe”, jakw „Daleko od nieba” też wciela się w gospodynię domową żyjącą na bogatych przedmieściach. „Wciela się” to dobre określenie, gdyż w pierwszym z tych filmów ciało bohaterki odmawia dalszego odgrywania roli społecznej. Carol dostaje, jak najdosłowniej, alergii na rzeczywistość. Żadne terapie nie pomagają, w końcu trafia do ośrodka odnowy duchowej i tam wreszcie znajduje schronienie. Na odludziu, w „bezpiecznej”, dźwiękoszczelnej kapsule, w której może wreszcie spotkać samą siebie.

„Obsesja”, „Idol”, reż. Todd Haynes


Choroba Carol wynika z tego, że zamiast własnego ciała musiała nosić ciało społeczne. Carol jest jak Karen Carpenter, połowa słynnego w latach 70. duetu The Carpenters, którą w wieku 33 lat wykończyła anoreksja. Haynes uczynił piosenkarkę bohaterką swojej krótkometrażówki „Superstar: The Karen Carpenter”; historię odcięcia się od własnego ciała i morderczego wpasowywania się w wizerunek narzucany przez rodzinę i media opowiedział za pomocą lalek Barbie.

Filmy Haynesa pełne są ciał społecznych, ciał formowanych przez najrozmaitsze mody, zakazy, nakazy etc. W „I’m Not There” inspirowanym życiem i twórczością Boba Dylana reżyser rozbija personę barda na sześć postaci, stawiając pytanie, czy w show-biznesie możliwy jest jakikolwiek autentyzm. W „Velvet Goldmine”, inspirowanym z kolei biografią Davida Bowiego, glamourowa biseksualna gwiazda lat 70. finguje własną śmierć, przechodzi operacje plastyczne i w konserwatywnych latach 80. przeobraża się w popowego piosenkarza, wspierającego kampanię prawicowego prezydenta (nie ma wątpliwości, że chodzi o Reagana).

„Obsesja”, reż. Todd Haynes„Obsesja”, reż. Todd Haynes, USA 2023, w kinach od lutego 2024W „Daleko od nieba” Julianne Moore także odgrywa wzorową housewife, tym razem w Ameryce lat 50. Tutaj faktycznie jej idealne życie opiera się na kłamstwie. Mąż jest kryptogejem, który w końcu odchodzi od niej, żeby związać się z mężczyzną. W dodatku platoniczna relacja bohaterki z czarnoskórym ogrodnikiem Raymondem jest w rasistowskich realiach tamtych czasów nie do przyjęcia ani przez białą, ani przez czarną część społeczności. Cathy nie ucieka, bo nie ma dokąd uciec. Zostawiona samej sobie, pozbawiona wsparcia tak rodziny, jak i znajomych, po serii porażek i straconych złudzeniach musi odbudować swój wizerunek. Pytanie, czy będzie on inny (prawdziwszy? autentyczniejszy?) niż ten, któremu była wierna do tej pory.

Takich dylematów nie ma Gracie z „Obsesji”. Nie widać w niej rozdźwięku między ciałem cielesnym a ciałem społecznym. Jest koherentna. Dostała to, czego chciała. Młodego kochanka, rodzinę, pozycję w społeczności, w której funkcjonuje na własnych warunkach. Oczywiście, zapłaciła za to wszystko pewną cenę, ale była gotowa ją zapłacić. Kontroluje tak koszty, jak i wizerunek. „Obsesja” kwestionuje więc podstawową zasadę melodramatów, w których pragnienia i uczucia kochanków nie dają się pogodzić z ich społeczną personą. Haynes zresztą zawodzi nasze oczekiwania, używając jako ścieżki dźwiękowej muzyki Michela Legranda napisanej przed laty do kostiumowego filmu Josepha Loseya, „Posłaniec” (tam też mieliśmy dziecko i zakazaną miłość, ale bez pedofilii). Dramatyczne, wykorzystujące formę barokowej fugi utwory kontrastują w „Obsesji” z bardzo spokojną narracją. Sugerują, że zaraz wydarzy się coś nieoczekiwanego, strasznego, ziemia się zatrzęsie, świat bohaterów się zawali. Ale nic takiego się nie dzieje. Nie ma żadnego „przełamywania fal”. Wszystko przechodzi płynnie ze skandalu w konwenans. 

Odwołania do „Posłańca” nasuwają jeszcze jeden trop, związany z otwierającym tak ekranizację Loseya, jak i książkę L.P. Hartleya zdaniem, że przeszłość jest obcą krainą, w której wszystko robią inaczej. No właśnie – czy jesteśmy skrępowani przeszłością? Czy my teraz to ci sami my, którzy lata temu robili te wszystkie dziwne rzeczy? Elizabeth, przeprowadzająca badania terenowe na potrzeby filmu, próbuje wskrzesić duchy przeszłości, żeby wydobyć z nich najprawdziwszą prawdę o dawnych wydarzeniach. Ale dawne wydarzenia to dawne wydarzenia. Gracie i Joo rozsądnie nie dali się pokonać przeszłości, nawet jeśli nie została ona do końca przepracowana i wyjaśniona, za to częściowo zmitologizowana.

Filmy Haynesa pokazują, że choć przeszłość nam ciąży, nie ma na to rady, to jednak jesteśmy w stanie nieustannej metamorfozy, kształtowani zresztą bardziej przez okoliczności zewnętrzne niż wewnętrzne. To samo dzieje się z kulturą, która wciąż wyznacza i zmienia nam granice, my zaś za każdym razem musimy znaleźć sobie miejsce w nowym układzie sił. Wierzcie mi, nie jest to łatwa robota. Trzeba mieć do niej tyle pewności siebie, ile ma Gracie.