Kair w Stambule

6 minut czytania

/ Film

Kair w Stambule

Bartosz Żurawiecki

Filmy takie jak „Chłopiec z niebios” skazują nas, laików z Europy, na mędrkowanie o sprawach, o których mamy blade pojęcie

Jeszcze 2 minuty czytania

Gdy Tarik Saleh kręcił film znany w Polsce jako „Morderstwo w hotelu Hilton”, egipska cenzura zażądała wycięcia kilku scen. Reżyser nie chciał się na to zgodzić, więc do akcji wkroczyła bezpieka, która zmusiła go do przeniesienia planu z Kairu do Casablanki. Gotowy film rzecz jasna nie trafił w Egipcie do oficjalnej dystrybucji. Najnowszy – „Chłopiec z niebios” – nie trafi tym bardziej, bo Saleh bierze w nim na celownik właśnie bezpiekę, która narobiła mu tylu kłopotów. Ale także instytucje islamu. Jak w Polsce – zaatakuj Kościół, a będziesz miał problemy.

Saleh może sobie jednak na krytykę jednego i drugiego pozwolić, bo choć ma egipskie korzenie, to jest obywatelem szwedzkim. W Szwecji się urodził, w Szwecji kręci filmy i teledyski, chociażby popularnej piosenkarki Lykke Li. Zresztą, jak się bliżej przyjrzeć, to żadnego obrazoburstwa w „Chłopcu...” nie znajdziemy, przeciwnie – religia okaże się ostatnią ostoją wartości etycznych, nawet jeśli jej przedstawiciele bywają hipokrytami.

Akcja dzieje się na uniwersytecie Al-Azhar w Kairze (jego rolę „gra” meczet Sulejmana w Stambule), najbardziej prestiżowej uczelni islamu sunnickiego. Trafia do niej Adam (Tawfeek Barhom), syn rybaka. To, że został przyjęty, oznacza dla niego oczywiście awans społeczny. Adama oszałamia rozmiar uniwersytetu i tłum przewijających się przez niego studentów. Dostaje pryczę w dormitorium i musi sobie jakoś radzić.

Tymczasem w Al-Azhar ścierają się różne frakcje. Jeden imam mówi tak, drugi inaczej. Są zwolennicy całkowitej autonomii instytucji religijnych, są tacy, którzy nawołują do ścisłych związków ze świecką władzą. Jest też grupa ekstremistów, którzy palą się, żeby ogłosić dżihad. Ale działają nielegalnie, bo aparat państwowy Egiptu nie od dzisiaj pacyfikuje rosnących co jakiś czas w siłę islamistów, czego przykładem obalenie w 2013 roku w wyniku zamachu stanu rządów Bractwa Muzułmańskiego, a następnie jego delegalizacja.

Film otwiera informacja, że władze od początku istnienia Al-Azhar (czyli od, bagatela, 972 roku) próbowały przejąć kontrolę nad uniwersytetem. Bezskutecznie. Saleh pisze scenariusz kolejnej takiej próby. Po śmierci Wielkiego Imama bezpieka planuje umieścić na tym stanowisku współpracującego z nią duchownego. Niespodziewanie ważnym elementem w tej rozgrywce stanie się nasz chłopiec z prowincji, zwerbowany do współpracy przez pułkownika Ibrahima. Wciela się w niego Fares Fares, szwedzki aktor pochodzący z Libanu. W „Morderstwie…” miał podobną rolę – skorumpowanego oficera policji, w którym budzi się sumienie. Teraz jednak używa innych środków. Nie jest ani gburowaty, ani wypalony. Ze swoją pociągłą twarzą, wielkim nosem, okularami na pół twarzy i zmierzwionymi siwymi włosami wygląda jak inkarnacja Franciszka Pieczki. Budzi zaufanie, nawet sympatię, choć potrafi też nieźle obsztorcować i przywalić. Ot, człowiek pracy wykonujący sumiennie żmudną, a niedocenianą brudną robotę. Nie awansował, jego bezpośrednim szefem jest dużo młodszy od niego butny kogucik.

Wyrafinowana, tyleż bezwzględna, co ostrożna, gra między Urzędem Bezpieczeństwa a uniwersytecką wierchuszką to najciekawsza część filmu. Saleh lubi wpisywać ważkie społecznie i politycznie tematy w konwencje kina gatunkowego; w „Chłopcu…” znajdziemy składniki zarówno political fiction, jak i filmów noir. Ale także paradokumentu i coming of age.

Akurat to coming of age wypada najsłabiej. Adam jest atrakcyjny dla bezpieki, po pierwsze dlatego, że można go, prostego chłopczynę i żółtodzioba, łatwo zastraszyć. Po drugie, jest dziewiczy, nie ma jeszcze żadnych powiązań z jakimikolwiek organizacjami czy siłami politycznymi. Trudno jednak uwierzyć, że tak wiele od tego pionka zależy. Barhom gra oszczędnie i monotonnie, cały czas przerażonego młodzieńca z oczami wbitymi w ziemię, którego mimo to stać na nieoczekiwane (i nie do końca zrozumiałe) akty odwagi. W epilogu Saleh już zupełnie daje sobie spokój z prawdopodobieństwem, kreując Adama na osobę, która niemalże ratuje kraj przed wojną domową.


„Chłopiec z niebios”, reż. Tarik Saleh„Chłopiec z niebios”, reż. Tarik Saleh. Szwecja, Finlandia, Francja 2022, w kinach od czerwca 2023Można na to przymknąć oko, gdyż „Chłopiec z niebios” to w pierwszym rzędzie emocjonujący thriller, z elementami analizy społeczno-politycznej. Mam zresztą w związku z nią kilka nie tyle wątpliwości, ile pytań. Wyłaniający się z filmu obraz Egiptu, który po arabskiej wiośnie szybko wrócił do autorytaryzmu, jak również opis relacji między władzą świecką a duchową, bliskie są temu, co opisał bezpośredni świadek wydarzeń, amerykański dziennikarz Peter Hessler w książce „Pogrzebana. Życie, śmierć i rewolucja w Egipcie”. Podczas jej czytania – pełen podziwu dla pracy, jaką wykonał autor – nie mogłem się pozbyć wrażenia, że to jednak spojrzenie kogoś z zewnątrz, z Zachodu. Nawet jeśli pełne empatii, to siłą rzeczy skażone zachodnimi naleciałościami. Podobnie w tym przypadku – zastanawiam się, na ile gatunkowe konwencje fałszują, a przynajmniej upraszczają prawdę o rzeczywistości, zwłaszcza gdy jest ona pokazywana przez twórcę częściowo tylko związanego z Egiptem (Saleh przyznaje, że od feralnej przygody z „Morderstwem…”, czyli od 2015 roku, nie był w kraju). Wolałbym posłuchać głosów, opinii i opowieści samych Egipcjan, co z wiadomych powodów jest trudne. Chętnie bym ich też zapytał, czy nie drażni ich Kair robiony w Stambule. Mnie nie przeszkadza, ale w każdym z tych miast byłem tylko raz, i to dawno temu.

Filmy takie jak „Chłopiec z niebios” skazują nas, laików z Europy, na mędrkowanie o sprawach, o których mamy blade pojęcie. Mędrkowanie niebezpiecznie bliskie ignoranckiemu i protekcjonalnemu rzutowaniu naszych pojęć i kontekstów na zupełnie inną rzeczywistość polityczno-kulturową. Bezpieczniej więc może potraktować produkcję Saleha jako opowieść po prostu o cynizmie rządzących, utracie złudzeń i łamaniu charakterów, która zarazem dzięki swojej hollywoodzkiej formie skraca dystans między widzem tu a światem tam. Wciąż jednak pozostaje pytanie, czy i widz stamtąd jest tego samego zdania.