Pod troskliwą opieką sierżanta
Zdjęcie zamieszczone w programie Festiwalu Piosenki Żołnierskiej w Kołobrzegu, na scenie Adam Wojdak (1982), fot. dzięki uprzejmości Wydawnictwa Krytyki Politycznej

21 minut czytania

/ Muzyka

Pod troskliwą opieką sierżanta

Bartosz Żurawiecki

W epoce Edwarda Gierka festiwale w Zielonej Górze i Kołobrzegu, oglądane masowo na jeszcze czarno-białych telewizorach, nabrały rozmachu i splendoru. „Telewizor, meble, mały fiat – oto marzeń szczyt”, zaśpiewa dekadę później zespół Perfect. Prezentujemy fragment ksiązki „Festiwale wyklęte”

Jeszcze 5 minut czytania

Jak wyglądały programy zespołów wojskowych? Zdaje się, że stanowiły prawdziwy przykład multikulti. W programie „Desantu” na przykład, oprócz scenek „z życia rezerwy”, znalazły się także „pozycje z repertuaru cygańskiego zespołu Roma” oraz wiersz Juliana Tuwima „Do córki w Zakopanem”. Tygodnik „Żołnierz Polski” przybliża z kolei, piórem Jadwigi Korzeniowskiej, występy Zespołu Estradowego Wojsk Lotniczych „Eskadra”, obchodzącego w 1970 roku dziesięciolecie swego istnienia. W programie „Prosto z nieba” grany przez Władysława Michałowskiego, weterana estrad wojskowych, „sierżant Uśmiech” („Kocham dyscyplinę pracy/ Kocham przepis i paragraf też/ Regulamin znam na pamięć” – deklaruje w swej popisowej piosence) staje przed trudnym zadaniem. Oto bowiem wśród poborowych znalazła się grupa hippiesów (pisownia oryginalna). Ale przecież nie z takimi problemami dawał sobie radę nasz podoficer. „Na estradzie długowłose dziwolągi zmieniają się pod troskliwą opieką sierżanta w sympatycznych, męskich żołnierzy” – donosi Korzeniowska. W wojsku dla „dziwolągów” miejsca nie ma. W finale programu wszyscy śpiewają piosenkę „Prezentuj uśmiech”. „Panie (ładne i wyjątkowo zgrabne) wdzięcznie się kłaniają, panowie z gracją salutują”.

8 lipca „Głos Koszaliński” zapowiada zaczynający się następnego dnia IV Festiwal Piosenki Żołnierskiej, a na drugiej stronie daje informację Polskiej Agencji Prasowej o festiwalu muzycznym w miasteczku Byron w amerykańskim stanie Georgia: „W Byron doszło – nazywając rzecz bez osłonek – do wielkiej orgii seksualnej i do masowego używania narkotyków. […] Przez trzy dni po ulicach Byron włóczyły się hordy «nudystów» – fanatyków muzyki młodzieżowej, zaś okoliczne lasy zamieniły się w… jeden wielki dom schadzek”. Cóż, trudno sobie wyobrazić, by festiwal w Kołobrzegu zamienił się w wielką orgię seksualną, a otaczające amfiteatr lasy wypełnili nudyści. Chociaż kto wie, w końcu mundur był zawsze silnym fetyszem. Z pewnością natomiast zamiast narkotyków musiały wystarczyć grochówka i wódka.

Na IV Festiwalu Piosenki Żołnierskiej nie brakuje natomiast atrakcji dla „fanatyków muzyki młodzieżowej”. Koncert zatytułowany „Nasza miłość” ponownie gromadzi jej przedstawicieli. Są Filipinki z Bez Atu, No To Co, Niebiesko-Czarni z Wojciechem Kordą, Czerwono-Czarni z Jackiem Lechem, Skaldowie, Waganci z Anną Jantar (i piosenką „Sapera nic nie wstrzyma”), zespół Janusza Kępskiego Portrety, grupa ABC z Haliną Frąckowiak… Zbigniew Damski w „Żołnierzu Wolności” pisze o „szokującej niespodziance”, jaką sprawili młodzi gniewni, „ukazując się na deskach sceny kołobrzeskiego amfiteatru z przystrzyżonymi i grzecznie przyczesanymi fryzurami”. Grzecznie przyczesana Frąckowiak i tak prezentuje jednak „ekscentryczne kostiumy”: jeden z blachy, drugi będący męską koszulą i trzeci nazwany „suknia à la babunia”.

Janusz Kępski opowiadał Januszowi Zaorskiemu (do którego filmów z początku lat siedemdziesiątych: „Na dobranoc” i „Uciec jak najbliżej”, robił muzykę), że za kulisami w Kołobrzegu biegał z nożyczkami towarzysz z Wydziału Kultury Komitetu Centralnego PZPR o nazwisku, nomen omen, Kasak i obcinał bigbitowcom włosy. Kępski uratował swoją czuprynę, tłumacząc, że łysieje i tymi długimi kłakami zakrywa ubytki w owłosieniu. Kasaka co prawda nie do końca to przekonało, ale Kępski obiecał, że schowa kudły za tzw. kołnierz Słowackiego, modny wówczas wśród alternatywnej młodzieży. Za przykładem Kępskiego poszli też inni młodzieżowi wykonawcy, drżący przed nożyczkami towarzysza Kasaka.

Grupy bigbitowe śpiewają w czasie koncertu „Nasza miłość” nie tylko piosenki wojskowe. Na przykład Skaldowie oprócz skocznej „Marszowej śpiewki” Andrzeja Zielińskiego i Adama Miriama wykonują także najzupełniej „świecki” i w dodatku pacyfistyczny utwór Zielińskiego i Młynarskiego „Póki ludzie się kochają”, nader odległy od militarystycznej poetyki obowiązującej na festiwalu.



Dziennikarka „Głosu Koszalińskiego”, Stefania Zajkowska (notabene, kierownik Biura Prasowego IV Festiwalu), chwali staranne przygotowanie grupy ABC i gani nonszalancję innych grup młodzieżowych, zwłaszcza Niebiesko-Czarnych i jej lidera, Wojciecha Kordy, „weterana muzyki młodzieżowej” – jak pisze kąśliwie. Według Zajkowskiej Korda piosenkę „A gdy wrócili” nie dość, że wyjęczał, to jeszcze w trakcie tego jęczenia wężowo się wyginał. Autorka przywołuje słowa pułkownika Zbigniewa Załuskiego – w tamtym okresie czołowego apologety polskiego wojowania, wroga pacyfistów, pozytywistów, twórców Polskiej Szkoły Filmowej, prześmiewców w rodzaju Witolda Gombrowicza i wszelkich innych krytyków romantycznych narodowych mitów: nie chodzi o to, żeby młodzież angażowała się „rytmicznie”, ale żeby się angażowała ideowo.

Niejako w odpowiedzi Zespół Estradowy Wojsk Wewnętrznych prezentuje w trakcie kołobrzeskiego festiwalu pełen entuzjazmu „hymn” polskiej młodzieży, „Wchodzimy w lata siedemdziesiąte”, z muzyką Jacka Szczygła do słów Włodzimierza Stamira (to pseudonim autorów Mirosława Łebkowskiego i Stanisława Wernera):

Śpiewać lubimy pieśni, grać na gitarze,
ale nikomu z nas się nie śni, ażeby gnuśnieć w betach marzeń.
I tacy właśnie, młodym frontem, młodym frontem
wchodzimy w lata siedemdziesiąte.

Przedpremierowy fragment książki Bartosza Żurawieckiego Festiwale wyklęte, która ukaże się 23 października 2019 roku nakładem Wydawnictwa Krytyki PolitycznejPrzedpremierowy fragment książki Bartosza Żurawieckiego „Festiwale wyklęte”, która ukaże się 23 października 2019 roku nakładem Wydawnictwa Krytyki PolitycznejNadciągająca epoka Edwarda Gierka, z jej względnym dobrobytem, sprawi jednak, że wiele osób z „młodego frontu” zacznie właśnie „gnuśnieć w betach marzeń”. „Telewizor, meble, mały fiat – oto marzeń szczyt”, zaśpiewa dekadę później zespół Perfect. Dorzućmy do tego zestawu właśnie festiwale piosenki – masowo oglądane jeszcze na ogół na czarno-białych telewizorach, choć pojawią „za Gierka” szczęśliwcy z kolorowymi „rubinami” na radzieckiej licencji. W latach siedemdziesiątych Zielona Góra i Kołobrzeg nabiorą – podobnie zresztą jak Opole i Sopot – rozmachu i splendoru.

Na razie jednak mamy jeszcze lipiec roku 1970. Zespoły bigbitowe nie są jedyną atrakcją IV Festiwalu Piosenki Żołnierskiej. Kołobrzegowi udaje się zrealizować to, o czym marzyła Zielona Góra: staje się imprezą międzynarodową, na której śpiewają – w transmitowanym przez Interwizję koncercie „Za nasz spokojny dom” – soliści reprezentujący armie państw Układu Warszawskiego. Regulamin każe im w pierwszej części zaśpiewać polskie piosenki. Emilia Markova z Bułgarii wykonuje dwie ballady, o Kołobrzegu i o Antku, a przedstawiciel NRD, Jürgen Freier (skądinąd później ceniony operowy baryton) męczy – po polsku, ubrany w mundur polskiego żołnierza – pieśń „Szli na zachód osadnicy”, wspierając w ten sposób polskość Ziem Odzyskanych. Dziennikarze są pełni podziwu, że tak czysto wyśpiewał słowa „rozklekotana ciężarówka”, choć są i tacy złośliwcy, którzy – oczywiście po cichu, w swoim gronie – naśmiewają się z nazwiska niemieckiego solisty: w końcu wymawia się je „Frajer”. Na wszelki wypadek większość gazet zapisuje je jako „Freyer”.

Festiwal prowadzą znowu Maria Wróblewska i Stanisław Mikulski, któremu szef Głównego Zarządu Politycznego Wojska Polskiego, generał dywizji Józef Urbanowicz, wręczy w trakcie imprezy akt nominacyjny – z podporucznika na porucznika rezerwy.

Prowadzący Stanisław Mikulski i, 1973 rok, fot. dzięki uprzejmości Wydawnictwa Krytyki PolitycznejProwadzący Maria Wróblewska i Stanisław Mikulski, Kołobrzeg, 1973 rok, fot. dzięki uprzejmości Wydawnictwa Krytyki PolitycznejTylko pogoda nie słucha wojskowych rozkazów. Nad Kołobrzegiem przechodzą deszcze, grzmią burze, przez co oklaski chwilami są słabsze, bo ludziom przeszkadzają trzymane w dłoniach parasole. Łowcom autografów ulewy jednak nie przeszkadzają w okupowaniu hotelu Skanpol. Najbardziej pożądane są podpisy Haliny Frąckowiak, Andrzeja Nebeskiego z ABC, braci Zielińskich ze Skaldów oraz Piotra Janczerskiego i pozostałych członków No To Co. No i oczywiście Klossa-Mikulskiego. Pewien telewizyjny reporter postanawia poddać próbie determinację „łowców”. Wychodzi przed Skanpol z bliżej nieznanych młodzieńcem i oznajmia zgromadzonym tam ludziom: „Oto stoi przed wami pan Kowalski z nowego zespołu Gong”. Łowcy autografów rzucają się na pana Kowalskiego, a kamera „Dziennika telewizyjnego” pilnie ten amok rejestruje.

„Choć sławne Opole, ja Kołobrzeg wolę” – głosi transparent widoczny na widowni. Podczas opolskiego koncertu premier zaprezentowano szesnaście nowych piosenek. W Kołobrzegu natomiast… dziewięćdziesiąt dwie spośród prawie trzystu zgłoszonych na konkurs piosenki wojskowej rozpisany przez Główny Zarząd Polityczny WP. Toż to prawdziwy przemysł estradowy! Jan Poprawski z „Pobrzeża” twierdzi, że IV Festiwal uratował prestiż polskiej piosenki nadszarpnięty przez festiwal opolski.

Andrzej „Ibis” Wróblewski tłumaczy na łamach „Życia Warszawy” popularność festiwalu (w ciągu czterech dni przez amfiteatr przewinęło się pięćdziesiąt tysięcy ludzi) „przyrodzonymi polskimi ciągotami mundurowymi”. Polacy wzrastają „w tradycji szacunku i kultu dla wojska”, uwielbiają więc pieśni patriotyczne. Wróblewski chwali (nie bez zastrzeżeń) kołobrzeski repertuar, choć przyłącza się do narzekań na zespoły młodzieżowe: „partyzanckie pasodoble i martyrologiczny rhythm and blues to niezgodności zbyt jaskrawe”.

Co w koncercie premier (w którym wystąpiła cała armia polskich wykonawców, z nestorem Mieczysławem Foggiem na czele) zwróciło szczególną uwagę dziennikarzy? „To oni szli” – Andrzeja Januszki i Adama Miriama w wykonaniu Dany Lerskiej, która drugi rok z rzędu zdobywa Złoty Pierścień; także Januszki i Jana Gałkowskiego „Wierzby, które nie płaczą”, zaśpiewane przez Adama Zwierza (nagroda dziennikarzy); „Marszowa śpiewka” Skaldów; rubaszny „Sierżant Uchacha”, w którego wcielił się Wojciech Siemion…

Witold Filler w „Kulturze” (notabene dwa tygodnie po wspomnianym tekście KTT wykpiwającym brednie królujące w tekstach polskich piosenek) wzrusza się tęskną balladą miłosną „Dzień za dniem” Andrzeja Kurylewicza do słów Agnieszki Osieckiej. Wykonał tę pieśń duet – Magdalena Słanina i Kazimierz Niemiec z zespołu „Desant”.

fot. dzięki uprzejmości Wydawnictwa Krytyki Politycznejfot. dzięki uprzejmości Wydawnictwa Krytyki Politycznej

Joanna Rawik zaśpiewała w premierach dwie piosenki. „Tamten ślub” o zaślubinach Polski z morzem w Kołobrzegu: „Tamten ślub przywrócił ci imię i Kolbergiem nie byłeś już więcej” (Rawik: – Nie pamiętam tej piosenki, widocznie nie zasługuje na to) oraz „Naszą miłość wojenną” (Rawik: – „O tak, ten utwór wciąż mam w repertuarze, jest wartościowy i nader dramatyczny”).

Nasza miłość wojenna”, podobnie jak piosenka Idą leśni wykonywana przez aktora Janusza Zakrzeńskiego, pochodzi ze sztuki muzycznej poświęconej czasom wojny zatytułowanej „Ballada o tamtych dniach”. Napisali ją – na konkurs z okazji dwudziestopięciolecia Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej – Stefania Grodzieńska i Jerzy Jurandot, małżeństwo, para artystów żydowskiego pochodzenia, której udało się w 1942 roku uciec z getta. Przeżyli wojnę, ukrywając się po „aryjskiej” stronie. Nastrojową muzykę do „Ballady o tamtych dniach” napisał Starszy Pan, Jerzy Wasowski:

Nasza miłość wojenna do innych jest niepodobna.
Naszą miłość wojenną trzeba szybko wykochać do dna.
Nasza miłość wojenna jest pospieszna i smutna.
Dano ten jeden dzień nam, nie przyrzeczono jutra.

Złoty Pierścień otrzymuje także Regina Pisarek za „Tak długo was chłopcy nie było” Jerzego Marta do słów Jana Gałkowskiego.

Tak długo was, chłopcy, nie było,
minęły zimy i wiosny.
Tak długo was, chłopcy, nie było,
ścieżki trawą zarosły.

Z ręką na sercu przyznaję, że patos tej pieśni zawsze mnie porywał. Nawiązałem do niej w swojej powieści „Do Lolelaj”. „Tak długo was chłopcy nie było” rozbrzmiewa, gdy po wielu miesiącach remontu ponownie zostaje otwarty tytułowy klub gejowski.


To pierwszy, ale nie ostatni Złoty Pierścień dla Reginy Pisarek.

Adam Wojdak, piosenkarz niemal od początku związany z kołobrzeskim festiwalem: – Jedna z piosenkarek, świętej pamięci, rzucała za kulisami hasło: „Telefon z Moskwy!”. Wtajemniczone osoby wiedziały, co to oznacza – zostało już polane w garderobie. Wypijały i wracały na scenę.

Pytam, czy to była Regina Pisarek.

Wojdak (śmiejąc się): Ja tego nie powiedziałem.

Regina Pisarek. fot. dzięki uprzejmości Wydawnictwa Krytyki PolitycznejRegina Pisarek. fot. dzięki uprzejmości Wydawnictwa Krytyki PolitycznejUrodzona w 1939 roku Pisarek wychowała się na warszawskiej Pradze. Andrzej Kozera, dziennikarz, telewizyjny spiker, tak pisze na okładce jej ostatniej długogrającej płyty „Bądź, po prostu bądź” (1977): „Nie tylko z urodzenia, ale z krwi i kości, z dykcji i intonacji, stylu bycia na co dzień i od święta jest Regina Pisarek warszawianką, na dodatek prażanką. Kto nie wie, co to znaczy, niech się przejdzie Targową – główną ulicą prawobrzeżnej części Warszawy […]”.

BARBARA KSIĄŻKIEWICZ: Regina była moją wielką przyjaciółką. Kochała mojego synka, przyjaźniła się z moimi rodzicami. To była taka kobieta, która jak miała panu powiedzieć prawdę, to w oczy wyrypała wszystko, po czym zabrała się i poszła. Może to jej w pewnym momencie zaszkodziło w karierze. To był wielki talent.

JANUSZ SZCZEPKOWSKI: Regina była bombowa, naprawdę. Nie zabiegała o żadne układy.

JOLANTA KUBICKA: Bardzo lubiłam Reginę Pisarek, choć ona była trudna do lubienia. Taka chłopobaba. Raczej apodyktyczna. Ale mnie się nie czepiała, bo ja jej nigdy nie wchodziłam w drogę.

MARIA WRÓBLEWSKA: Pisarek klęła okropnie. Prościucha. Ale kochana była.

WIKTOR ZATWARSKI: Regina była bezpośrednia aż do przesady.

MARCIN SZCZYGIELSKI, pisarz, syn Iwony Racz z Filipinek i aktora Cezarego Szczygielskiego: – Przyjaźniła się z moimi rodzicami. Mieszkaliśmy na Przyczółku Grochowskim, gdzie wszystkie bloki są takie same. Kiedyś łaziła między tymi blokami chyba ze czterdzieści minut, tam naprawdę nie jest łatwo znaleźć odpowiednią klatkę. W końcu przyszła umęczona, weszła do naszego mieszkania i swoim potężnym głosem rzuciła: „Kurwa, to osiedle to jest zemsta Gomułki!”. Byłem wtedy dzieckiem, więc dorośli w ogóle nie zwracali na mnie uwagi i się nie krępowali, mówili przy mnie o różnych rzeczach. Dziwiłem się, że poznaję osoby, które widzę w telewizorze; one są tam takie dystyngowane, a jak przychodzi co do czego, to klną jak szewcy. Bardzo mnie to bawiło.

Janusz Świąder w książce „Gwiazdy błyszczały wczoraj” opisuje recital Pisarek w jednym z miasteczek Lubelszczyzny. Piosenkarka śpiewała między innymi utwór „Siedzieliśmy na dachu” do tekstu Osieckiej. Wyciągnęła jakiegoś mężczyznę z widowni i do niego skierowała słowa: „Przytyłeś mi, ty łotrze, bo miałeś według potrzeb. Czy dziś obywatela na to stać?”. Mężczyzna ów okazał się pierwszym sekretarzem lokalnej komórki PZPR. Po koncercie zbeształ artystkę za nadszarpnięcie jego autorytetu. Kto wie, może w odpowiedzi usłyszał jakąś soczystą wiązankę?

Postawna, obdarzona mocnym, dźwięcznym głosem Pisarek zaczęła swoją karierę w 1958 roku od konkursu Polskiego Radia dla amatorów, w którym zajęła trzecie miejsce. W 1963 na III Międzynarodowym Festiwalu Piosenki w Sopocie zdobyła pierwsze miejsce w konkursie dla polskich wykonawców, śpiewając utwór z Kabaretu Starszych Panów „Nie pamiętam”. Jej pełne ekspresji, choć niepozbawione subtelności wykonanie różni się od otoczonej senną mgiełką interpretacji Kaliny Jędrusik, która prezentowała je w Kabarecie. Największy przebój Pisarek to „Nie warto było” Urszuli Rzeczkowskiej do słów Barbary Rybałtowskiej. Trafił on na longplay artystki „Utajone słowo”, wydany w 1971 roku.


Wcześniej, od 1966 roku, przez prawie dwa lata (z przerwami) przebywała w Holandii i Niemieckiej Republice Federalnej. Tam koncertowała, występowała w kabarecie „Casanova”, nagrywała dla Radia Hamburg… Ponoć oferowano jej kontrakt na kolejne pięć lat, ale odmówiła i wróciła do Polski. Występowała na festiwalu opolskim, jednak bez większych sukcesów. Swoją przystań znalazła w Kołobrzegu. Posągową figurą i tubalnym głosem idealnie pasowała do podniosłych patriotycznych pieśni. Po raz pierwszy na Festiwalu Piosenki Żołnierskiej wystąpiła w roku 1969.


Janusz Szczepkowski napisał słowa dwóch piosenek, które w wykonaniu Pisarek zdobyły Złote Pierścienie – „Opowiedz nam, ojczyzno” (1977) i Bajka o dniu wczorajszym” (1979), obie do muzyki Marii Kucharskiej.

Szczepkowski: – Pierwszy raz spotkałem Reginę Pisarek, gdy zgłosiłem się do niej z propozycją nagrania piosenki Na placu, gdzie był kiedyś Zamek”. Mieszkałem przez jakiś czas na placu Zamkowym, po wojnie bawiłem się w ruinach Zamku Królewskiego. Wzięła, nagrała, choć z kompozytorem Władysławem Rynkiewiczem nie byliśmy jakimiś sławami. Co prawda plułem sobie potem w brodę, bo Zamek odbudowali i piosenka straciła aktualność.

Wróblewska: – W czasie koncertów „Warszawa Moskwie” zapowiadałam ją jako wielką gwiazdę z Polski. Kiedyś mieliśmy dwa dni przerwy. Załatwiła sobie w ambasadzie bilet i poleciała do Warszawy. Przywiozła stamtąd dżinsy dla pięciu naszych rosyjskich współpracowników. Dżins był w Związku Radzieckim wielkim rarytasem. Po prostu im te spodnie dała. Miała gest.

Zatwarski: – Koncertowaliśmy na Kremlu z Orkiestrą Reprezentacyjną Wojska Polskiego. Potem był bankiet, w jego trakcie Regina poszła do toalety. A przed wejściem do toalety stał pomnik Lenina z wyciągniętą ręką. Regina, niewiele myśląc, powiesiła mu na tej ręce torebkę. Zrobiła się z tego powodu draka, ale że towarzystwo po obu stronach było już mocno pijane, jakoś uszło jej to na sucho.

Utwory rosyjskie Pisarek również śpiewała – w Zielonej Górze wspomnianą już „Piosenkę o Uljanowsku” Babadżaniana do polskich słów Wiktora Maksymkina. Opowiada ona o mieście, z którego pochodził Władysław Iljicz Uljanow alias Lenin:

Uljanowsk, Uljanowsk!
Barwami tęczy w słońcu gra.
To miasto jak sława,
jak Lenin wiecznie trwa.

Do 1981 roku Pisarek występowała na Festiwalach Piosenki Żołnierskiej niemal co roku (nie pojawiła się tylko w ‘74, ale nadesłała przeprosiny, bo koncertowała w USA). Była filarem, czołową matroną tej imprezy. Przestała się pojawiać w Kołobrzegu w stanie wojennym. Podobno już zresztą w 1981 wykonywana przez nią piosenka „Żołnierze dnia dzisiejszego” Romualda Żylińskiego i Piotra Łosowskiego miała problemy z wojskową cenzurą. Czy dlatego, że tytuł mógł się kojarzyć z bojownikami „Solidarności”? Do Kołobrzegu wróciła w ‘86.

Pić, niewątpliwie, lubiła. Janusz Pietrzykowski, który organizował objazdowe koncerty w województwie koszalińskim z udziałem Pisarek i innych piosenkarzy, wspomina, jak to po jednym z występów „potraktowała swój żołądek nieco za ostro”, w drodze powrotnej więc „głośno dyskutowała i śpiewała”. Zdenerwowany jej zachowaniem kierownik zespołu wysadził ją, razem z jej akompaniatorem, Ryszardem Skalskim, w środku lasu, na szczęście koło budki dróżnika. Stamtąd udało jej się dodzwonić do Pietrzykowskiego i wrócić taksówką do Koszalina.


Po zmianie ustrojowej dla Pisarek, podobnie jak dla wielu innych wykonawców kojarzonych z Festiwalem Piosenki Żołnierskiej, zabrakło miejsca na polskiej estradzie. Zajęła się więc głównie pracą pedagogiczną. W drugiej połowie lat dziewięćdziesiątych wznowiła występy. Zaczęła też układać sobie życie osobiste. Pietrzykowski pisze o „panu z Mielna”, z którym przez jakiś czas mieszkała w tejże miejscowości.

Szczepkowski: – Bo jak się jest pół życia w trasie, to życie domowe prawie nie istnieje. Potem jednak uporządkowała to i owo, nic, tylko żyć. I akurat jej się życie skończyło. Dzień przed wypadkiem dzwoniła do mnie, coś tam opowiadała, słuchałem jednym uchem. Miała nazajutrz jechać na koncert do Łodzi. Następnego dnia telefon. Dzwoni znajomy i mówi: „No i po Pisarek!”. O co chodzi? „Włącz telewizor”.

Zginęła 22 stycznia 1998 roku na drodze krajowej nr 8 w Nadarzynie. W jej renault clio wjechał czołowo inny samochód, prowadzony przez nietrzeźwego kierowcę.