Stary człowiek i zemsta

Stary człowiek i zemsta

Piotr Mirski

Najwięcej przyjemności Lee znajduje w zabawie w pulpę. Z Parkiem łączy go skłonność do stylistycznej szarży, ale jest przy tym reżyserem bardziej prostolinijnym – tam, gdzie Koreańczyk widzi metaforę, on dostrzega epitet

Jeszcze 2 minuty czytania

„Zemsta jest cierpliwa” – głosi ukuty przez polskich dystrybutorów, przyjemnie szmatławy podtytuł „Oldboya” Spike'a Lee. Zemsta jest cierpliwa, bo cierpliwa być musi. Joe Doucett (Josh Brolin) bez słowa wyjaśnienia zostaje zamknięty na dwadzieścia lat w tajemniczym pokoju. W tym czasie udaje mu się kilka razy oszaleć i przynajmniej raz targnąć na swoje życie, udaje mu się też wreszcie oprzytomnieć i zacząć hodować w sobie słuszny gniew. Kiedy niespodziewanie zostaje wypuszczony na wolność, od razu rozpoczyna śledztwo: chce poznać przyczyny swojego uwięzienia, odnaleźć winowajców, a potem rozszarpać im gardła. W samotności ćwiczył sztuki walki, dlatego na wojnę rusza odpowiednio przygotowany. Zakłada też czarny gajer i okulary przeciwsłoneczne. Zemsta może być cierpliwa, ale powinna być efektowna.

Zbrodnia, kara i adrenalina, moralne klincze i mordobicie – to wszystko można znaleźć w oryginalnym „Oldboyu” Park Chan-wooka. Będąc równocześnie kuglarzem i filozofem, Koreańczyk czyni z kina gatunkowego laboratorium, w którym eksperymentuje z interesującymi go konceptami. Lee w swoim remake'u próbuje dotrzymać kroku poprzednikowi. Czasami idzie z nim ramię w ramię, zazwyczaj zostaje w tyle, a raz na jakiś czas udaje mu się go wyprzedzić. W efekcie jego „Oldboy” jest filmem bardzo nierównym, niekoniecznie udanym, ale żywym i ciekawym.

Najwięcej przyjemności Lee znajduje w zabawie w pulpę. Z Parkiem łączy go skłonność do stylistycznej szarży, ale jest przy tym reżyserem bardziej prostolinijnym – tam, gdzie Koreańczyk widzi metaforę, on dostrzega epitet; w oryginale komiks płynnie przechodzi w fantasmagorię, remake pozostaje komiksowy od początku do końca. Komiksowa jest postać noszącego mini irokeza gangstera Chaneya – dandysa i brutala rodem z produkcji blaxploitation (jak można było się spodziewać, grający go Samuel L. Jackson przynajmniej raz z ikoniczną charyzmą zwraca się do bohatera per „matkojebca”). Komiksowy jest też główny antagonista, wampiryczny paniczyk Adrian Pryce (Sharlto Copley, który po rolach w „Drużynie A” i „Elizjum” stał się już chyba etatowym Szalonym Kapelusznikiem), cedzący słowa ze zniewieściałym, quasi-arystokratycznym akcentem. Komiksowe są wreszcie nawiązania do azjatyckiego rodowodu pierwowzoru: zalana deszczem chińska dzielnica, gdzie musi dojść do małej draki, czy pomocnica Adriana, która ubiera się jak japońska gotka w wersji BDSM. Bezpośrednio z oryginału pochodzi natomiast scena potyczki bohatera z armią zakapiorów, nakręcona w jednym ujęciu i wystylizowana na gry komputerowe. Jest w niej tyle energii, że można podejrzewać, iż Lee zabrał się za remake tylko po to, aby móc ją dla własnej uciechy odtworzyć.

„Oldboy. Zemsta jest cierpliwa”,
reż. Spike Lee. USA 2013,
w kinach od 6 grudnia 2013
Przy całym tym rozbuchaniu Lee pozostaje twórcą bardziej ludzkim niż Park. Bohaterowie u Koreańczyka są konstruktami, wyposażonymi w starannie dobrany zestaw grzechów i obsesji, u reżysera „Gry o honor” wydają się natomiast bardziej samodzielni – chociażby dlatego, że poruszają się w dokładniej zarysowanym środowisku. W znacznie wydłużonym w stosunku do oryginału prologu dobrze poznajemy Joego Doucetta. Ma byłą żonę i córkę, którą zaniedbuje, bo ciągle siedzi w pracy; pracę też jednak zaniedbuje, bo pije. Po katastrofalnym spotkaniu biznesowym rusza w alkoholowe tango: rzuca butelkami w kamienice, krzyczy do ciemnych okien, wreszcie rzyga na chodnik zgniłozieloną strugą. Życie tego faceta wypadło z torów i mknie do przodu, krzesząc iskry i taranując wszystko na swojej drodze. Taki wstęp wystarczy, żeby w jego autodestrukcyjnym zachowaniu w pokoju-celi widzieć kolejne oznaki zbydlęcenia, a w izolacji – sposób na wyciszenie i poprawę. Brolin, aktor grubo ciosany, ale rzetelny, umiejętnie odgrywa przemianę Joego: od arogancji do rozpaczy, od stuporu do spokoju, od dezorientacji do gniewu. Zarówno bohaterowi, jak i całej historii rumieńców dodaje kontekst twórczości Lee – kiedy widzi się Joego odwiedzającego po latach te same bary i ulice, myśli się o barach i ulicach z „Rób, co należy” lub „Morderczego lata”. „Oldboya” ogląda się trochę jak kolejną, najbardziej nieprawdopodobną ze wszystkich, miejską opowieść.

Oswobodzony Doucett rusza po prawdę i odwet. Adrian sam podsuwa mu wskazówki – ten rzuca się na nie jak wygłodniały pies, nie wiedząc, że jego tortury wcale się nie skończyły, że cały czas jest pionkiem w grze prześladowcy. Ten równocześnie wariacki i precyzyjnie wykonany plan – jedna zemsta karmiąca się drugą, sadomasochistyczne perpetuum mobile – jest jednym z największych atutów starego „Oldboya”. U Lee ów mechanizm nie działa tak dobrze. Psują go fabularne dziury, psuje też zdawkowa i utemperowana kulminacja.

Interesujące jest to, co dzieje się później. Bohater Parka, złamany i skazany na wyrzuty sumienia, wybiera zapomnienie, bo nie chce w nieskończoność ważyć cudzych i swoich win, woli żyć dalej, choćby to życie było niewłaściwe i niezasłużone. Bohater Lee wybiera ucieczkę, przez co przeczucia towarzyszące pierwszym scenom filmu okazują się słuszne: Joe Doucett to szmata, krzywdził bliskich i będzie krzywdził ich dalej, musi więc żyć z dala od nich. Decyzja tego pierwszego jest moralnie ambiwalentna, decyzja tego drugiego zmienia film w moralitet. W obu przypadkach w tle zdaje się jednak pobrzmiewać śmiech mściwego mistrza marionetek: bez względu na to, co zrobisz, pozostaniesz tchórzem.


Tekst dostępny na licencji Creative Commons BY-NC-ND 3.0 PL.