W erze bomb i gwiazd

19 minut czytania

/ Muzyka

W erze bomb i gwiazd

Marcin Pryt

W 50. rocznicę Marca ’68 chcę opowiedzieć o swojej przygodzie z zespołem wokalno-instrumentalnym Śliwki. W związku z kontekstem muszę więc dodać:  żydowskim – lider 19 Wiosen o historii łódzkiego zespołu bigbitowego

Jeszcze 5 minut czytania

Bo chodzi o to, że członkowie grupy byli w większości Żydami i musieli opuścić ówczesną Polskę na skutek antysemickiej nagonki. Słyszeli na temat swojego pochodzenia wiele niewybrednych epitetów, nie tylko od „komunistów” i sterowanego przez nich „motłochu”, ale też od „normalnych obywateli”, którzy obraziliby się pewno, gdyby zrównano ich z tłumem zwoływanym odgórnie na wiece przeciwko sjonistom” (jak z błędem zapisywano to określenie). Musiało to boleć w 23 lata po Zagładzie.

Nie ma sensu w tym miejscu analizowanie historycznych wydarzeń, które były tłem dla młodzieńczych zabaw. Młodzi ludzie, co naturalne, chcieli się spotykać. Ku tej potrzebie wychodziły ośrodki TSKŻ (Towarzystwa Społeczno-Kulturalnego Żydów), działające po wojnie w miastach Śląska, Ziem Odzyskanych, a także Krakowie, Warszawie i Łodzi. Wspólne wyjazdy na kolonie, obozy, tworzenie amatorskich przedstawień teatralnych, wreszcie orkiestr i zespołów „mocnego uderzenia” scalało pierwsze powojenne pokolenie polskich Żydów. „Wkrótce zacząłem mieć swój odrębny żydowski świat, bo od dwunastego roku życia codziennie leciałem na Więckowskiego do klubu TSKŻ-u. Codziennie! (…) Obiad zjedzony, lekcje odrobione! – Mamo! Idę (…) Należałem do Klubu Młodzieży Szkolnej, brałem udział w wieczorkach tanecznych, słuchałem zespołu bigbitowo-jazzowego, prowadziłem konferansjerkę…” – opowiada Tolek (imię rozmówcy zmienione) w „Życiu przeciętym. Opowieści pokolenia Marca” Joanny Wiszniewicz.

Mimo żelaznej kurtyny wirus rock’n’rolla zainfekował również kraje Europy Wschodniej pod kontrolą ZSRR. Nie było możliwe już zatrzymanie tych dźwięków. Można było co najwyżej złagodzić kontekst niektórych „wulgarnych” piosenek, którymi się zachwycała młodzież, spróbować dodać do tego trochę polskiej muzyki ludowej, by stworzyć dziwną hybrydę: muzykę bigbitową. Dziś można pewno nazwać ją „zagłaskaną”, „upupioną”, „skanalizowaną” odmianą zachodniego buntu lat 60. Członkowie wielu tego typu grup na pewno chcieli grać jak The Beatles, Rolling Stones i masa innych zespołów gorszych czy lepszych, poznawanych z pocztówek dźwiękowych, podsłuchiwanych w Radio Luxemburg czy z płyt winylowych, za niemałą fortunę kupowanych od marynarzy w polskich portach i na łódzkich bazarach… Bo Śliwki to zespół z Łodzi.

Nagroda za II miejsce w Ogólnopolskim Przeglądzie Zespołów Big Beatowych w Łodzi, maj 1966Nagroda za II miejsce w „Ogólnopolskim Przeglądzie Zespołów Big Beatowych” w Łodzi, maj 1966Od blisko sześciu lat jestem administratorem strony grupy Śliwki na Facebooku. Nieoficjalnego fan klubu z prywatną historią na czwartym planie. Założyłem ją po usłyszeniu jednej piosenki w maju 2012. Historia Śliwek to zaledwie kilka lat. W 1966 roku stali się lokalną łódzką sensacją. W 1968 zespół zakończył działalność. Śliwki łączyły rocka z poetyckimi tekstami, a mówiąc bardziej precyzyjnie, z poezją z najwyższej półki. „Gdy oczy zamknę, widzę ciebie wcześniej, / Bo w dzień na wszystko patrzę bez czułości / Gdy śpię, me oczy widzą ciebie we śnie/ I w ciemnym blasku są blaskiem ciemności”. Sonet XLIII Williama Szekspira w interpretacji zespołu już nigdy mnie nie opuści. Wstyd się przyznać, ale na początku nie wiedziałem, że to frazy mistrza dramatu elżbietańskiego. Zachwycony sformułowaniami: „Dzień, to noc ślepa, która cię zaćmiła, noc to dzień jasny, gdy sen ciebie zsyła” – byłem pełen uznania dla tekściarza Śliwek.

Znalazłem też oprawę graficzną okładki winyla, z którego skopiowano utwór do sieci. Płyta wyszła nakładem tajemniczego wydawnictwa Beat Road Records z mającym pewnie zaintrygować tytułem: „Working-Class Devils. Subversive Beat, R’n’B and Psych from Poland (1965–1971)”. 


  Opętała mnie żądza odnalezienia nagrań z głosem mojego nieżyjącego od 1999 roku ojca. Podobno w młodości grał razem ze Śliwkami. Legenda rodzinna głosiła, że jego przygoda z „mocnym uderzeniem” skończyła się dosłownie rozbiciem zrobionej własnoręcznie gitary na głowie domorosłego konstruktora przez porywczego dziadka, który nie tolerował elektrycznych wyborów życiowych syna. Mój ojciec musiał, zdaniem dziadka, wziąć się za poważniejsze sprawy.

Tata na strajkach studenckich w marcu ’68 poznał swoją przyszłą żonę i moją mamę. Pojawiły się dzieci. Trzeba było zarabiać na utrzymanie rodziny. Tęsknota do grania muzyki przejawiała się w okazyjnym samotnym graniu na gitarze pod płynące ze szpulowego magnetofonu przeboje. Ich echa czasami śnią mi się w zadziwiających konfiguracjach dźwiękowych. O tym, że istniał zespół Śliwki, zespół „żydowskiego” pochodzenia, „zapomniany”, „zapoznany” i w jakiś też sposób „zakazany” (także dla higieny psychicznej, by nie rozdrapywać „zagojonych” ran), dowiadywałem się, podsłuchując rozmów z zakrapianych spotkań kolegów ojca. Polskę odwiedzał m.in. tajemniczy Lolek Gwiazda ze Szwecji (cóż za nazwisko!). W czasie rodzinnego rajdu w poszukiwaniu korzeni po Kielecczyźnie i Białostoczyźnie słyszałem frazę wylęknionej gospodyni: „Żydy przyjechały!”. Prawdopodobnie więc płynie i we mnie jakaś część krwinek żydowskich – jakkolwiek by to kolidowało z moim wyobrażeniem o własnym afrykańskim pochodzeniu.

Nie chcąc zanudzać genealogicznymi wynurzeniami, napiszę, że to mój ojciec, Ryszard Pryt, wymyślił nazwę zespołu. Grał we wczesnym wcieleniu grupy, głównie na próbach. Skład Śliwek wykrystalizował się około 1966 roku. Koncerty na rozmaitych festiwalach muzyki bigbitowej w Polsce i nagrania radiowe były już udziałem muzyków traktujących zabawę bardzo poważnie, niemal profesjonalnych. Ale swoje miejsce w historii grupy mój ojciec ma.


Jaka była geneza nazwy? Pamiętam, już jak przez mgłę, autoironiczne poczucie humoru mojego rodzica. Dzięki wspomnieniom na śliwkowym portalu o gadżetach tamtej epoki natrafiłem na historię szewca Śliwy z Warszawy. Cała bigbitowa Polska zaopatrywała się u niego w podróbki butów ze szpiczastymi dziobami, podobne do tych, w których na scenach całego świata robili karierę Beatlesi. We wspomnieniach Janusza Głowackiego i na internetowych forach znalazłem fragment o „prywaciarzach”, którzy produkowali takie obuwie. Wśród nich przewija się nazwisko Śliwa. Być może więc chodzi o to, że nazwa Śliwki pochodzi od butów „śliwek”, a nie, jak sobie to wyobrażałem, od palenia papierosów i zrywania pierwszych owoców miłości w śliwkowym dzikim gaju za drewnianymi łódzkimi chatami, przeznaczanymi do rozbiórki w latach 60., by przygotować teren pod upragnione betonowe bloki.

*

W „Encyklopedii polskiej muzyki rockowej” (Jan Kawecki, Janusz Sadłowski, Marek Ćwikła, Wojciech Zając) czytamy:

Zespół wokalno-instrumentalny Śliwki powstał z początkiem 1966 r., skupiając uczniów i studentów łódzkich szkół wyższych, zainteresowanych połączeniem muzyki rockowej z ambitnymi tekstami, m.in. A. Mickiewicza, S. Żeromskiego, W. Szekspira. Formację tworzyli: Włodzimierz Szeps – śpiew; Henryk Gwiazda – gitara; Leonard Gwiazda – gitara basowa; Jerzy Tworkiewicz – gitara, śpiew i Filip Sztulman – perkusja. Dzięki nagraniom dla Rozgłośni Polskiego Radia w Łodzi grupa zdobyła lokalny rozgłos. W kwietniu 1967 r. zespół zajął 2. miejsce na I Festiwalu Młodzieżowej Muzyki Rytmicznej w Łodzi. Grupa związana była z Jazz Clubem Storyville w Łodzi.  W 1968 r. Śliwki zaproszono do Operetki Warszawskiej na III „Musicoramę” (25.05.1968). Szczególnie podobała się piosenka „Być może tak, być może nie”. Zespół wystąpił w składzie: Andrzej Delong (ur. 16.11.1946 r. w Łodzi) – perkusja, lider; Ryszard Henryk Rozenberg – pianino, śpiew; H. Gwiazda – gitara; J. Tworkiewicz – gitara, śpiew; Zbigniew Frankowski – gitara, śpiew; Adam Erdberg – gitara basowa. Niestety, wkrótce grupa rozpadła się wskutek reperkusji Marca '68 (…). NAGRANIA RADIOWE 1966: Historia o Alkazynie i Nikoletcie; Nasz wiek XX; Ogary poszły w las; 1967: Gdy oczy zamknę; Wszystko kończy się rozłąką; Model małej stabilizacji; Zginęło miasto.


Po założeniu strony Śliwek wybrałem się z bratem w odwiedziny do Jerzego Tworkiewicza, głównego wokalisty i gitarzysty zespołu. Mieszka niedaleko mnie, często widzimy się przy kasach lokalnego Tesco. Wtedy dowiedziałem się kolejnych rzeczy. Jerzy Tworkiewicz obiecał przesłać maszynopisy wspomnień, które mogłem opublikować na stronie. Dziś już są wydane w jego książkowych wspomnieniach „Biegiem przez życie”:

Na niedzielne próby zaczęli przychodzić inni ludzie. Pojawił się świetnie śpiewający Włodek Szeps, na gitarze basowej grał Lolek Gwiazda, a gitarę solową przejął jego brat Heniek. Filip Sztulman, choć zajęty studiami medycznymi, znajdował jednak czas na próby. Na pianie zaczął grać Rysiek Rozenberg – pierwsza w naszej grupie muzyczna siła fachowa (…). Pojawił się również Bolek Zederman, który do tej pory nieśmiało proponował pisanie „szlagwortów”, a teraz zajął się organizacją występów i wyborem, tudzież tworzeniem własnych tekstów (…) zaczęliśmy liczyć się na konkursach i przeglądach Łódzkich Grup Beatowych i staliśmy się jednym z bardziej oryginalnych amatorskich zespołów beatowych w Łodzi. Zrobiliśmy też sporo nagrań dla audycji red. Królikowskiego „Melodia, rytm i piosenka”.

Tuż po odwiedzinach u Tworkiewicza umówiłem się na rozmowę via Skype z Ryszardem Rozenbergiem:

Śledzę naturalnie to, co się dzieje na Facebooku, i widzę jak, i rozumiem zainteresowanie. Po 43 latach  w „szwedzkosci”  nie jestem jednak zbyt  „pisemny” po polsku. Możemy natomiast pogadać. Skype? Pozdrawiam, Rysiek Rozenberg

To było bardzo wzruszające. Rozenberg obecnie pracuje w konserwatorium w Göteborgu, gdzie prowadzi zajęcia z młodymi adeptami baletu. Opowiadał długo o swoich początkach w grupie. O nagraniach radiowych i telewizyjnych, o tym, że posiada kilkanaście piosenek na kasetach i jest szansa na ich udostępnienie. Tuż po rozmowie wstawił prawdziwy skarb, zapowiedź piosenki „Gdy oczy zamknę”. Głos spikera Polskiego Radia starannie wymawiającego nie tylko nazwę zespołu, tytuł piosenki, ale z pietyzmem i szacunkiem nazwiska kompozytora i autora tekstu. Zaczęliśmy rozmawiać o „Gdy oczy zamknę”. Nikt z członków Śliwek nie wiedział, skąd ta piosenka trafiła na winylowy bootleg. Snuliśmy marzenia o skompilowaniu pełnoprawnego longplaya autoryzowanego przez wszystkich członków Śliwek. Gdzieś w tym wszystkim przewijało się niewypowiedziane wyraźnie przeze mnie pragnienie zorganizowania koncertu przy okazji wydania płyty.


Napisałem jeszcze do Włodzimierza Szepsa. Odpisał, że obserwuje sytuację na Facebooku, ma stały kontakt z Ryśkiem Rozenbergiem i będzie w kontakcie. Na swojej stronie opublikował listę oficjalnych nagrań radiowych Śliwek, kończąc ją słowami „…i skończyło się rozłąką”.

W historii Śliwek fascynuje mnie szybko osiągnięta dojrzałość twórcza (rozbudowane aranżacje, próba pisania własnych dowcipnych i zadziornych tekstów, również aktualnych protest songów, nie tylko używanie klasyków starszej poezji, pasja i konsolidacja całego tamtego środowiska). Muzycy grupy zaczęli występować na lokalnych scenach i poza miastem już w wieku 16 lat… A gdy kończyli 22 lata, było już po wszystkim.

Jerzy Tworkiewicz w swoim rękopisie „Śliwki i moczarowy potwór” pisze:

Byliśmy chłopcami z TSKŻ-etu – implikacje tego faktu tak jasne i oczywiste dzisiaj, były dla mnie wtedy nieważne – one po prostu dla mnie nie istniały. Nie przychodziło mi do głowy, by zastanawiać się, kto Polak, a kto Żyd – ci młodzi ludzie z Klubu i ze Śliwek byli przede wszystkim kolegami, ba, przyjaciółmi.

To prawda, czasem miałem wrażenie, że ktoś nas obserwuje, jak gdybym stojąc na brzegu jeziora widział, a raczej przeczuwał obecność czającego się potwora o wilczym, kaprawym pysku i żółtych, wypełnionych nienawiścią ślepiach. Widziałem jego niewyraźną postać na obozie TSKŻ-etu w Poroninie, gdzie czasem wiejskie dzieci rzucały w naszym kierunku kamieniami i w pierwszym zdaniu anonimowej pocztówki „…wiernemu wyznawcy religii Mojżeszowej…” przysłanej mi na imieniny. Pokazał się też na chwilę, kiedy Cykady [poprzedni zespół Tworkiewicza – przyp. aut.] wzięły pierwsze miejsce na kolejnym przeglądzie zespołów beatowych, choć piosenki i reakcja sali wyraźnie przemawiała na naszą korzyść.

Stronniczość jury była tak oczywista, że zaprzyjaźniony perkusista Cykad Karol Izdebski miał ochotę „rozwalić baniaki” i nie mieć z tym wszystkim nic wspólnego.

„Rozłąka”, „rozpad”, „zespół przestał istnieć”. Dziś już wszystko wiadomo. Dworce, lotniska, punkty przejściowe, paszporty bezpaństwowców. Słynne 16-kartkowe dokumenty podróży. Znam tę historię od drugiej strony, tych, co zostali. Zduszone pasje, proza codziennego życia, bieda i brak perspektyw. Zapomniano o Śliwkach po '68 roku. Nie było szans na przypomnienie ich także pod koniec lat 80. przy okazji powrotu mody na lata 60. i licznych wtedy koncertów „dinozaurów”. Teraz, przy absolutnym przesycie wszystkiego, zwrócenie uwagi na zapomnianą legendę będzie jeszcze trudniejsze. Wtedy, pod koniec lat 80., w sile wieku, pełni żywotności mogliby pokazać swojego „żydowskiego” rock’n’rolla, stanowiąc barwne dopełnienie nostalgicznego rewiwalu. Ludzie chcieli się bawić przy lżejszej tematyce, nawet jeśli ciężar związany był li tylko z biografiami muzyków, a nie repertuarem. Jeszcze nie wytworzyła się atmosfera na powrót emigrantów z Izraela, Niemiec, USA i Szwecji.

*

Historię powstawania śliwkowego fanpage’a na przeżywającym wtedy w Polsce pierwszą młodość społecznościowym portalu opisałem w artykuleŚliwki – wśród faktów i gwiazd. Facebook story” (wydrukowanym w nieodżałowanej „Lampie” redagowanej przez Pawła Dunin-Wąsowicza w numerze 1–2/2013), z którego fragmentów w niniejszym tekście korzystam. (Kto dziś chciałby dotrzeć do papierowego czasopisma sprzed 5 lat, by przeczytać o zespole sprzed lat 50?) W 2018 roku niestety już wielu rzeczy nie da się zrealizować. Pisałem wtedy:

miałem serię – oby proroczych – snów, w których trzymałem w rękach pięknie wydany winyl ŚLIWEK, z kilkunastostronicowym insertem w środku, ważący 180 gm, z grubą tekturową okładką. Ba, śniła mi się wielka balanga, byli na niej moi wszyscy dalsi i bliżsi znajomi, tańczyły awatary z facebooka razem z animowanymi hologramami postaci ze starych zdjęć zespołu, a na scenie w obecnych postaciach posiwiali panowie ze ŚLIWEK grali swój cały repertuar, ach! Nie było drętwej gadki, nie było martyrologii, nikt nie pytał się o pochodzenie czy status materialny, liczył się tylko beat, tekst, rock’n’roll, dziewczyny pożerały chłopaków wzrokiem i piszczały, chłopaki patrzyli na dziewczyny trzymając fason i sprawiedliwie rozdzielali uśmiechy w stronę każdego sektora sali. Koncert zarejestrowała TVP Kultura, przyszli także zaproszeni urzędnicy magistratu, IPN i żydowskiej diaspory, w niezobowiązujących toaletach.

W październiku 2013 odszedł Lolek Gwiazda: „Powiedz wszystkim, którzy mnie pamiętają, że ja jeszcze żyję, i pozdrów ode mnie” – pisał do mnie za pośrednictwem swojej znajomej (nie miał konta na Facebooku). Perkusista Śliwek Filip Sztulman zmarł w Niemczech w 2014 roku jako szanowany urolog. W 2017 odszedł autor tekstów grupy Bolesław Zyderman. Tak wspominał go  kompozytor Ryszard Rozenberg:

Odszedł od nas mój partner in crime. Większość dorobku Śliwek to muzyka, którą skomponowałem do wspaniałych tekstów Bolka. Pomimo że przepłynęło już pół wieku od tego czasu, pamiętam do dziś, jak siedzieliśmy przy pianinie u mnie w domu, dopasowując nawet i poszczególne tony do sylab w tekstach Bolka, jak i też słowa do zaproponowanej przeze mnie melodii, co nie sprawiało Bolkowi trudności dzięki jego znakomitej elokwencji.

Nie uderzę jednak w minorowe tony, nie podobałoby się to wszystkim zmarłym przyjaciołom z dawnej Śliwkowej ekipy. To właśnie dzięki spotkaniu w sieci na fanowskiej stronie udało się do 50. rocznicy Marca skompletować wszystkie znane archiwalia i udostępnić na SoundCloudzie zespołu.

Wszystkie nagrania posiadał kompozytor piosenek Śliwek Ryszard Rozenberg. Umiejętnie dozując napięcie, dzielił się swoimi perłami w odstępach czasowych, zapewniających niewygasające zainteresowanie zespołem. Dzięki organizatorom Festiwalu Singera w sierpniu 2013 roku został zaproszony do Warszawy, odbyło się z nim spotkanie oraz koncert Ani Rusowicz w ramach panelu „Żydowski big bit na Muranowie”, na którym wykonała kilka piosenek.

Chwilę później mój przyjaciel, współzałożyciel 19 Wiosen Franciszek Wicz nagrywa w swoim berlińskim studio cover Śliwek „Nasz wiek XX”.  Ma to dla mnie olbrzymie znaczenie, jest niejako ukonorowaniem moich zabiegów o reaktywację zainteresowania Śliwkami, mój przyjaciel i ten tekst Bolesława Zedermana: „Czy era bomb, czy era gwiazd, / doniosłych odkryć i ogromnych miast / Czy tak zobaczą dwudziesty wiek / być może tak, być może nie”. Cover, który powstał w XXI wieku, jest dla mnie pomostem między tymi dwiema epokami. Gdzieś z tyłu głowy mam cały czas też tę frazę „Oświęcim albo Nowy Jork...”. Niesamowita skondensowana i zwarta, mieszcząca w sobie wszystko dychotomia dla tamtych Śliwek z XX wieku i dla wnuków z wieku XXI.

  W sukurs przyszedł też gitarzysta i wokalista Jerzy Tworkiewicz, dzieląc się wieloma pamiątkami i zdjęciami i podtrzymując w ten sposób „modę” na Śliwki. W 2015 roku wydał wspomnianą wcześniej książkę „Biegiem przez życie”, w której cały rozdział poświęcił swoim śliwkowym przygodom.

Wreszcie doszło do prywatnej, co prawda, ale zawsze „reaktywacji” Śliwek. Pisał o tym Ryszard Rozenberg:

W Kopenhadze odbył się mały (bardzo mały!) reunion naszego zespołu. Adam Erdberg zaprojektował, załatwił i zapłacił za pamiątkowe koszulki z tej okazji. Od lewej Heniek Gwiazda, Adam, Ludwik (zapożyczony perkusista mieszkający w Kopenhadze, którego znamy ponad 50 lat!),Włodek Szeps i ja. Graliśmy „Nasz wiek XX”, „Ciszę” oraz „Szekspira” (przechrzczonego na „Szepskira”!)

reaktywacja zespołu ŚliwkiReaktywacja zespołu Śliwki, od lewej: Henryk Gwiazda, Adam Erdberg, perkusista Ludwik, Włodzimierz Szeps i Rickard Rozenberg

Dzięki archiwaliom wielu zaprzyjaźnionych z zespołem osób od listopada 2014 roku w Muzeum Historii Żydów Polskich można zapoznać się z multimedialną prezentacją dotyczącą wątków związanych ze Śliwkami. Mam nadzieję, że te aplikacje będą tam już funkcjonować zawsze.


Będąc w wieku dość dojrzałym (przy odpowiednio ułożonych koordynatach fortuny z płcią przeciwną mógłbym w zasadzie posiadać już wnuki), żałuję, że internet pojawił się w powszechnym zasięgu tak późno. Przy nieco zmienionych funkcjach czasoprzestrzennych reaktywacja Śliwek na jakimś spektakularnym festiwalu w pełnym składzie dałaby skromną satysfakcję ponownego występu scenicznego przed rozentuzjazmowaną publicznością. Dziś pozostaje tylko zaprosić młodzież do wsłuchania się w tych kilka żydowskich bigbitowych piosenek z epoki deski do prasowania przerabianej na elektryczną gitarę.

Wszystkie fotografie pochodzą z internetowej strony poświęconej grupie Śliwki i zostały tam umieszczone dzięki uprzejmości: Rickarda Rozenberga, Jerzego Tworkiewicza, Evy Rozenbaum Yerushalmi, Haliny Pryt, Henryka Gwiazdy i wielu, wielu innych, za których dobre słowa w komentarzach na stronie serdecznie dziękuję.