Nie umieraj
Marco Colín CC BY-NC 2.0

15 minut czytania

/ Literatura

Nie umieraj

Małgorzata Łukasiewicz

Jak z krucjaty przeciwko śmierci zrobić literaturę? Bo jasne jest, że literatura stanowi główne pole bitwy w wojnie, którą prowadzi Elias Canetti

Jeszcze 4 minuty czytania


Śmierci, niewymawialska, dotykalska panno,
Gdzież jest twoje zwycięstwo? Sama ci pokażę.
Justyna Bargielska, „Gringo”, z tomu „Dwa fiaty” 

„Zupełnie konkretnym, poważnym, otwarcie wyznawanym celem mego życia jest osiągnięcie nieśmiertelności przez ludzi”. Kto wyjeżdża z podobną deklaracją, kto mógł napisać takie zdanie? Kto gotów jest ignorować naczelny pewnik ludzkiej kondycji? Wariat, który żyje w urojonym świecie, dziecko, które nic jeszcze nie wie o regułach tego świata? I w dodatku styl, słowa dobrane tak, jakby chciały chociaż na chwilę wpoić nam przekonanie, że sprawa zasadniczo jest do załatwienia, leży w granicach możliwości, byle tylko zabrać się do rzeczy konkretnie i na serio. I nawet jeśli „osiągnięcie nieśmiertelności” rozumieć słabiej, jako potępienie śmierci, to i tak podobny projekt radykalnej przebudowy ludzkiej świadomości przyprawia o zawrót głowy. Zwala nas z nóg, gdy czytamy: „Nie chodzi mi o zniesienie śmierci, które podobno nie jest możliwe. Chodzi mi o jej potępienie”. Skromność albo przewrotność autora wyróżniła to ostatnie słowo – czy jednak nie mielibyśmy ochoty wyróżnić przede wszystkim owego zuchwałego „podobno”?

Powiedzmy od razu, że „Księgę przeciwko śmierci” dostaliśmy w znakomitym przekładzie. Maria Przybyłowska od dawna tłumaczy Canettiego i pisarz ten w jej rękach nic nie traci ze swojej herbowej osobności. Przekład zachowuje jego szokującą wyobraźnię, nieugłaskany temperament, skłócony z konwencjami, niejako wyboisty język, całe jego – chciałoby się powiedzieć – sobiepaństwo.

Canetti wścieka się na śmierć i sprzeciwia się jej w każdej postaci, czy będzie to śmierć jednostkowa i naturalna, masowe zabijanie, samobójstwo czy egzekucja z wyroku sądu. Uznaje śmierć jako ofiarę – jak śmierć Jezusa na krzyżu albo śmierć Sophie Scholl – nie godzi się jednak na to, by taka ofiara miała uwalniać innych od winy. Śmierć nie jest dla Canettiego abstrakcją, lecz zawsze zdarzeniem pojedynczym i szczególnym, które nie podlega ujęciu statystycznemu. Ma kształt konkretny, monstrualnie konkretny – „olbrzymi ciemny płaszcz, który równomiernie przykrywa wszystko”, „dotkliwie brzydka ciasnota”. „Tak jak z odrazą odwracamy się od kału, tak powinniśmy też widzieć śmierć: obrzydliwą jak smród”. Ogranicza ludzkie życie w sposób wręcz materialny, pozbawia przestrzeniswobody, dusi, sprasowuje. Jest ohydna: „Żre od przodu i od tyłu jednocześnie, po obu stronach, a przy jedzeniu nie zna się na żartach. Nic nie wydala; o śmierci, gdzie twoje jelita!”. Zawsze jest zbrodnią: „Wszystkie śmierci aż do teraz były wielotysięcznymi morderstwami na podstawie błędnych wyroków, których nie mogę uznać”. Nigdy nie jest czymś wzniosłym ani uwznioślającym: „Jest jednoznaczna, bezpłodna i nie da się do niczego namówić”. „Jest podstawą wszelkiego zła, które istnieje, jest nierozwiązalna i niezrozumiała – węzeł, w którym wszystko jest zapętlone i splątane i którego nikt nie odważył się rozrąbać”. „Gdyby jednak śmierci nie było, wszystkim by się wszystko udawało; możliwe byłyby wciąż nowe próby zadośćuczynienia za słabości, niedostatki, przewiny. Nieograniczona długość życia dawałaby człowiekowi nieograniczoną odwagę”.

Elias Canetti, „Księga przeciwko śmierci”. Przeł. Maria Przybyłowska, Pogranicze, w księgarniach od lutego 2019Elias Canetti, „Księga przeciwko śmierci”. Przeł. Maria Przybyłowska, Pogranicze, w księgarniach od lutego 2019Canetti pisze, że „krótkość życia czyni nas złymi”, ale w następnym zdaniu dodaje co prędzej: „Trzeba by dopiero wypróbować, czy ewentualne długie życie nie będzie powodowało tego samego”. Ten dodatek jednak chyba nie podważa zasadniczych argumentów przeciwko śmierci i nie oznacza pesymistycznej rezygnacji. Można się tu raczej dosłuchać wezwania do wyobraźni. Wypróbowywanie alternatyw, rozglądanie się za całkiem innymi pomysłami na ludzkie życie to jedna z namiętności Canettiego. W wielu zapiskach powtarza się słówko „tam” – gdzie indziej, w innym, inaczej urządzonym świecie.

Pierwsze przykazanie z tablic Canettiego przybiera postać: „Nie umieraj”. Kartezjańskie twierdzenie w jego wersji brzmi: Mortem odi ergo sum [„Nienawidzę śmierci, więc jestem”]. Canetti nienawidzi śmierci żywiołowo i niewzruszenie. Trwa w proteście, podtrzymuje tę nienawiść. Podsycają ją doświadczenia prywatne i wydarzenia historyczne: druga wojna światowa i Zagłada, potem kolejne wojny, klęski głodu i masakry. W 1972 roku, kiedy urodziła mu się córka, zapisuje: „To, że ludzie nie buntowali się na serio przeciwko śmierci, wiąże się z tym, że było im dane spłodzić nowe życie. Tym się zajmowali, to ich przekupiło”. Planuje napisanie książki o śmierci, nie chce poprzestać na „stronniczym ujadaniu”, ale wytoczyć jej uczciwy proces, sprawdzić, czy jakieś argumenty nie przemawiają za nią. Znajduje jeden: „A gdyby nie było śmierci, co zastąpiłoby ból straty? Czy jest to jedyna rzecz przemawiająca na korzyść śmierci: że potrzebujemy tego największego bólu, że bez niego nie bylibyśmy warci, by nazywać się ludźmi?”. Tropem nienawiści idą autorskie wątpliwości. Pojawia się obawa, czy trwanie w proteście jako takie nie zatruwa jego samego śmiertelnym jadem: „Same myśli o śmierci są zabójcze”. Albo czy nie skazuje go na rutynę powtarzania wciąż tego samego: „Powoli śmierć staje się dla ciebie jałowa. To słowo nie jest już tym, czym dla ciebie było; nudzi cię, stało się formułką”.

I tu dochodzimy może do najciekawszej sprawy: jak z krucjaty przeciwko śmierci zrobić literaturę? Bo jasne jest, że literatura stanowi główne pole bitwy w tej wojnie. Rozglądając się za urządzeniem zapewniającym ochronę przed śmiercią, Canetti fantazjuje o bezpiecznych autach, do których wsiada się, aby na chwilę zaznać nieśmiertelności. „Moim bezpiecznym autem są moje ołówki. Dopóki piszę, czuję się (absolutnie) pewnie. Być może tylko dlatego piszę. Obojętne co. Nie wolno mi przestać”. I nieco dalej: „Nie ma mnie, jestem tysiącem ołówków, nie chcę wiedzieć, co piszą, chcę się roztopić w ich ruchach, których już nie rozumiem”. W tym miejscu powinno znaleźć się zdjęcie przedstawiające biurko Canettiego w zuryskim domu przy Klosbachstrasse. Na blacie leżą rzędami ołówki, wprawdzie nie tysiąc, ale na pewno kilkadziesiąt, wszystkie idealnie zatemperowane w szpic, gotowe do ataku.  

„Księga przeciwko śmierci” to zbiór myśli, notowanych na przestrzeni półwiecza i wydanych 20 lat po śmierci autora. Tytuł może sugerować coś z tradycyjnych gatunków dyskursywnych, traktat filozoficzny, naukową rozprawę. Nawet nie dlatego, że polska tłumaczka dla oddania niemieckiego Buch wybrała nie „książkę”, lecz – jakże słusznie – „księgę”. Raczej ze względu na owo „przeciwko”, kojarzące się z tradycją wielkich polemik. Powagą i żarliwością bojową Canetti na pewno tamtym nie ustępuje.

Planowane przez autora dzieło o śmierci nie powstało, nie pozostały też – jak pisze Peter von Matt w posłowiu – żadne szkice jego koncepcji. O takim a nie innym kształcie „Księgi” zadecydowali wydawcy. Jak czytamy w nocie edytorskiej, jedna trzecia zapisków Canettiego z rękopiśmiennej spuścizny dotyczy tematu śmierci. Z tego po pierwszej selekcji pozostała jedna czwarta, z czego ostatecznie wybrano połowę. Zapiski ułożone zostały chronologicznie, pierwsze pochodzą z lat 40., ostatnie z 1994 roku – roku śmierci Canettiego. Niektóre weszły do wcześniej skomponowanych przez autora i opublikowanych zbiorów, jak – wydane też po polsku w przekładzie Przybyłowskiej – „Prowincja ludzka” i „Tajemne serce zegara”.

Sam Canetti w 1987 roku zanotował: „Coraz jaśniejsze staje się dla mnie, że tylko wtedy będę mógł napisać książkę o śmierci, kiedy będę zupełnie pewny, że nie opublikuję jej za życia. Powinna być gotowa, a przynajmniej na tyle gotowa, że będzie ją można później opublikować. […] Może wystarczyłoby zestawić wszystkie dotąd niepublikowane zapiski w porządku chronologicznym”. To rozwiązanie kompromisowe, dotąd bowiem wyobrażał sobie, że notowane latami myśli zostaną spożytkowane w książce o zwartym kształcie. Nie chce jednak doczekać recepcji, a także – i to może jest najważniejsze – ceni formę zapisków.

Zapiski – nie aforyzmy, bo od tego określenia Canetti się odżegnywał ­– to forma luźna, otwarta, stroniąca od ostatecznych syntez i wniosków, dopuszczająca rozmaite ujęcia tematu, jak również niekonsekwencje i sprzeczności. W niemieckim piśmiennictwie ma za sobą długą tradycję, od Lichtenberga, przez romantyków i Nietzschego, po Adorna. Ma też własny gatunkowy potencjał polemiczny: jest protestem przeciwko absolutowi zamkniętej, skończonej całości. Przechowuje coś z ruchliwej zmienności i chaosu życia. We wstępie autora do „Prowincji ludzkiej” czytamy: „Ich swoboda i spontaniczność, przekonanie, że istnieją same dla siebie i nie służą żadnemu innemu celowi, brak poczucia odpowiedzialności za nie, gdyż nigdy potem ich nie czytałem i nic nie zmieniałem, uchroniły mnie przed fatalnym skostnieniem”.

W charakterystyczny sposób w „Księdze przeciwko śmierci” Canetti szermuje zaimkami pierwszej, drugiej i trzeciej osoby. Daje upust osobistym emocjom, składa wyznania, pogrąża się we wspomnieniach, ale też spiera się ze sobą, sam siebie obiera za przeciwnika i dyskredytuje albo przygląda się sobie z dystansu i ironicznie.

Do swojej krucjaty przeciwko śmierci wciąga ogrom wiedzy zgromadzonej w najrozmaitszych lekturach. Przetrząsa kroniki, legendy i gazety codzienne, rozprawy etnograficzne, księgi religijne, pisma filozofów, literaturę światową. Te lektury, tak rozległe i wnikliwe, dalekie są od gabinetowej erudycji. Canetti słyszy cudze głosy z bliska, przekrzykuje się z nimi. Szuka świadków, którzy obok niego przemówią na procesie i ewentualnie uchronią go od zarzutu, że jego protest wynikał tylko ze szczególnej konstelacji jego życia. Sprawdza uważnie i nieufnie, co inni mają do powiedzenia, i wystawia cenzurki. Przeciwnicy i zdrajcy, zdawałoby się, tym bardziej podżegają jego pasję i inspirują. Lista jest długa. Filozofie, którzy próbują godzić ludzi ze śmiercią, w rzeczywistości odbierają im siłę do walki. Mydlą oczy, nie umieją przeciwstawić się śmierci, więc zamiast tego pomniejszają jej znaczenie i zło, a kapitulację nazywają mądrością.

Stoikom dostaje się za sprzyjanie dobrowolnej śmierci. Religie, które tuszują nienawiść do śmierci, są „rozpaczliwe i godne pogardy”. Buddyzm ucieka od tematu śmierci, ale upierając się przy deprecjonowaniu życia, tym samym „odciąża śmierć”. Chrześcijaństwo owszem, stawia śmierć w centrum uwagi, ale poszło niewłaściwą drogą, odwróciło się od własnej źródłowej intuicji, czyli przezwyciężania śmierci i wskrzeszania do życia na tym świecie. Schopenhauer jest „urzeczony śmiercią”, a to „najbardziej godne potępienia”. Stosunkowo nieźle wypada Montaigne. Canetti najwyraźniej nie umie się oprzeć temu pisarstwu. Wprawdzie można u niego znaleźć „wszystkie antyczne banały o śmierci, a oprócz tego jego własne”, wprawdzie należy do „uspokajaczy”, to jednak nie ulega terrorowi śmierci: „Aż do końca uważa życie za cenne i wie, że nie powinno się z niego rezygnować”. Freud jest niebezpieczny, bardziej nawet niebezpieczny niż dawne mroczne teorie filozoficzne, ponieważ ubiera popęd śmierci w szaty naukowej terminologii. Głosy nauki nie mogą trafić do przekonania Canettiemu, jako że z założenia odrzucają impulsy emocjonalne i wyobraźnię.

Fascynujące są zapiski o Thomasie Bernhardzie. Łatwo się domyślić, że relacja tych dwóch współczesnych sobie kolosów literatury musiała obfitować w eksplozje, a w „Księdze” znajdujemy odpryski wybuchów. Canetti wspomina ich pierwsze spotkanie w 1962 roku – było to już po publikacji „Masy i władzy”, gdzie między innymi znajdują się rozważania o istocie rozkazu: „Bernhard wyróżniał się rebelianckimi pytaniami i ściągnął na siebie całą uwagę. Był jedynym, który uparcie mi się sprzeciwiał, posunął się do tego, że wyjaśniał mi, co to jest rozkaz. […] Mnie jednak podobał się upór Bernharda i polubiłem go”. Parę stron dalej, opisując wrażenia z wizyty w domu Bernharda w Ohlsdorf, stwierdza: „Chyba nie lubię B.”. Dostrzega u Bernharda pokrewne sobie opętanie śmiercią, ceni jego twórczość, uważa go za swego ucznia i drażni go, że Bernhard ulega również wpływom Becketta. Wreszcie przytacza list, który napisał do Bernharda, oburzony jego uwagą, że „śmierć to najlepsze, co mamy”. „Wypowiedź kogoś, kto był już bliski śmierci i uniknął jej, odebrałem jako obrzydliwy cynizm. Nikt nie wie lepiej od Pana, jak bardzo jesteśmy skażeni śmiercią. Fakt, że Pan staje się jej adwokatem, wzbudził we mnie nieufność do Pańskiej twórczości”. Ostatecznie listu jednak nie wysłał, a tłumaczenie, dlaczego tego nie zrobił, gdzie intencje dydaktyczne ścierają się z urażoną miłością własną, to dokument przeraźliwej bezwzględności Canettiego, także w stosunku do zakamarków własnej duszy.

Skrajem głównego tematu przemykają zalążki fikcyjnych historii. Zasadniczy koncept – unicestwienie śmierci – wypuszcza fabularne pączki, obrasta w fabułki. Wyobraźnia każe wnikać w detale świata inaczej skonstruowanego, przepatrywać konsekwencje przedłużenia albo zwielokrotnienia życia. A więc na przykład baśniowa, bardzo smutna opowieść o Chłopcu, o którym zapomniała śmierć. Albo okrutna parabola o człowieku, który pyta o drogę: „Czy powinienem był powiedzieć mu prawdę? Wiedziałem, że musi umrzeć; na tej drodze, którą bym mu wskazał, czekała go śmierć”. Inna historyjka dotyczy wspólnoty, która nie przyjmuje śmierci do wiadomości: „W języku tych ludzi nie istnieje słowo oznaczające śmierć. […] Nikogo się nie grzebie ani nie pali. Nikt nie widział jeszcze zwłok. Ludzie znikają, nikt nie wie gdzie […]. Często wracają; inni cieszą się, że znowu są z nimi. Ów czas oddalenia i samotności traktuje się jak zły sen; nie ma obowiązku relacjonowania go”.

Największą siłę rażenia mają może krótkie, jedno-, najwyżej parozdaniowe zapisy, gdzie maksymalna lakoniczność zderza się z bezmiarem tego, czego nie wypowiedziano.
„Pomyśleć tylko, że właśnie ja wymrę!”
„Okienko, całkiem małe, w przyszłość bez śmierci”.
„Próba myślenia o śmierci tak, jakby była przeszłością”.
„Tam pyta się najpierw każdego, czy chce umrzeć. Kto nie chce, trzyma się go w cieplarce. Po pewnym czasie pyta się go jeszcze raz”.
„Wędrujące skóry, puste.
Niewypchane. Skończyła się słoma”.

Są esencjonalne niczym krople destylatu o straszliwym stężeniu. Nie nadają się jako sentencja wyhaftowana na makatce, niczego nie tłumaczą, nie podsumowują. Wiszą w powietrzu, jak zatrzymane kadry wyobraźni, która przekracza konwencjonalne granice, zapuszcza się w zakazane rejony i prowokuje odwagą. Właściwie każdy jest jak osobna księga, ciężki od treści. I – powtórzmy jeszcze raz – chwała tłumaczce tych ksiąg.

Tekst dostępny na licencji Creative Commons BY-NC-ND 3.0 PL (Uznanie autorstwa-Użycie niekomercyjne-Bez utworów zależnych).