SERIA:
Czarna dziura

Sebastian Frąckiewicz

„Lupus” to jedna z najlepszych komiksowych serii science fiction ostatnich lat. Udało się w niej ożywić skostniałą konwencję i przenieść opowieść o ludzkich relacjach w zupełnie inny wymiar

Jeszcze 1 minuta czytania

Pierwsze spotkanie z twórczością Frederika Peetersa w Polsce nastąpiło siedem lat temu za sprawą „Niebieskich pigułek”. Ta obrazkowa historia traktująca o  związku autora z nosicielką wirusa HIV przyniosła mu uznanie w całej Europie, a jednocześnie szwajcarski twórca został zaszufladkowany jako facet od biograficznych opowieści.

rys. René WawrzkiewiczFunkcjonowanie z taką kliszą w artystycznym życiorysie nie jest sprawą zbyt wygodną. Peeters pokonał ją dzięki wykorzystaniu i przetworzeniu innej, równie charakterystycznej dla komiksu kliszy, jaką jest seria science fiction. Tak powstał czterotomowy „Lupus”, przedstawiający kosmiczną włóczęgę dwójki przyjaciół, którzy przed wejściem w dorosłość postanawiają wyszaleć się w trakcie międzygalaktycznej podróży. Aż pewnego dnia, podczas postoju na jednej z planet, w ich życiu pojawia się kobieta, zmieniająca wszystkie plany.

Rzecz jasna Peeters nie zamierzał rezygnować z tego, w czym jest najlepszy, czyli opowiadania o ludzkich uczuciach. Przeniósł je po prostu w gwiezdny wymiar. Dodać trzeba, że „Lupus” to najbardziej pechowa seria, jaka pojawiła się w Polsce. Premiera pierwszego tomu miała miejsce w 2005 roku, a pozostałych trzech – w 2009. Dopiero czytając całość, jesteśmy w stanie w pełni zanurzyć się w tę opowieść. Peetersowi nie sposób odmówić wyjątkowych umiejętności budowania nastroju, a także wymownego pokazywania trudnych relacji między bohaterami. Pokazywania, bo w  najważniejszych momentach swej opowieści Szwajcar milczy, przenosząc  punkt ciężkości na obraz.

Frederik Peeters (scenariusz i rysunki),
„Lupus”.
Wydawnictwo Post, Kraków 2009 (t. 3)
W tym komiksie próżno szukać rzeczy charakterystycznych dla standardowego science fiction: nie ma tu efektownych pościgów doskonale zaprojektowanymi pojazdami, strzałów z blasterów czy cywilizacyjnych konfliktów. „Lupus” równie dobrze mógłby toczyć się w Berlinie, Moskwie czy Wrocławiu – tak się jednak nie dzieje, a dzięki kosmicznej scenerii Peeters ucieka od dosłowności.

Science fiction na kartach tego komiksu dostaje drugie życie. Autor udowadnia, że ta konwencja może być nie tylko sztafażem i atrakcyjną scenerią, ale dobrym sposobem na stworzenie obrazowo niejednoznacznego, wręcz surrealistycznego środowiska, w którym bohaterowie nie mogą się odnaleźć. Środowiska funkcjonującego na zasadzie sprzężenia zwrotnego z ich psychiką. Trudno im bowiem skontaktować się z własnym „ja”, określić sposób na życie, a także to, przed czym tak naprawdę uciekają. Jakby wpadli w czarną dziurę. Czy ta gwiezdna wędrówka nie jest tylko surrealistycznym snem, który zrodził się w głowie tytułowego Lupusa – bohatera zawieszonego między chłopacką fascynacją nieograniczoną wolnością a męskim poczuciem odpowiedzialności? Jeśli tak, to na pewno snem dość brutalnym i nieprzynoszącym ukojenia.