Gardzienice. Coming outy [nowe głosy]

23 minuty czytania

/ Teatr

Gardzienice. Coming outy [nowe głosy]

Aktorki „Gardzienic”

Jeszcze 6 minut czytania

Gardzienice zostały założone w 1977 roku przez Włodzimierza Staniewskiego, ucznia Jerzego Grotowskiego. Od początku Gardzienice czerpały z kultury ludowej pogranicza, białych pieśni i religii prawosławnej. Wraz z zainteresowaniem Staniewskiego starożytną Grecją również prowadzony przez niego teatr wprowadził do swojego repertuaru greckie tragedie i poświęcił się budowaniu choreografii opartej na antropomorficznych wizerunkach pochodzących przede wszystkim z antycznych waz. Teatr zdobył międzynarodowe uznanie i postrzegany jest jako twórcza kontynuacja działań w Teatrze Laboratorium założonym we Wrocławiu przez Grotowskiego.

Głos jednej z legend Gardzienic, Mariany Sadovskiej, zmobilizował inne aktorki oraz współpracowniczki teatru do opowiedzenia o własnych traumatycznych doświadczeniach w tym teatrze. Zebrał je Witold Mrozek, który opublikował w „Gazecie Wyborczej” tekst złożony z ich wypowiedzi i wspomnień.

Obie publikacje skłoniły następne kobiety do wyjawienia własnych historii związanych z teatrem Gardzienice. Kolejne wypowiedzi publikujemy w tym miejscu dzięki pomocy Agaty Diduszko-Zyglewskiej.

Komentarze

Katarzyna Małyszko

Katarzyna Małyszko

Związana z Gardzienicami w 1978 roku.

Drzwi na klucz

Staniewski zaproponował mi współpracę po plenerze w Sulistrowiczkach, na który zaprosił mnie T. Rodowicz, mój ówczesny przyjaciel. Byłam studentką i przez kilka miesięcy kursowałam między Warszawą a Gardzienicami, gdzie poddawani byliśmy ciężkim treningom, odbywaliśmy próby do spektaklu po to, by w końcu wyruszać na Wyprawy. Ufałam Staniewskiemu jako artyście, jego metodzie pracy, która prowadziła nas ku przeżyciom granicznym. Z wielkim zapałem robiłam też inne rzeczy, jak szycie pokrowców na instrumenty, wożenie Staniewskiego na rekonesanse przed Wyprawami, załatwiłam teatrowi nyskę z demobilu i wiele innych rzeczy. Powoli poznawałam go jako człowieka. Już wtedy ujawniły się jego cechy i manie, które w późniejszym czasie przekształciły się w zachowania patologiczne. W tym czasie nie było wyzywania ani przemocy fizycznej, ale były kontrola, manipulowanie ludźmi, również poprzez akt twórczy, swoiste pranie mózgu, dziwne tajemnice i chorobliwe dbanie o wizerunek za pomocą kontrolowania wszelkich informacji dotyczących naszej działalności.

Po kilku miesiącach zaczęłam rozważać zrobienie sobie przerwy, bo działy się ze mną dziwne rzeczy, jakbym traciła tożsamość. I wtedy zdarzyło się coś, co sprawiło, że podjęłam ostatecznie decyzję o odejściu. Po długim ciężkim dniu w Gardzienicach Staniewski poprosił mnie, żebym go zawiozła do Lublina w rzekomo niecierpiącej zwłoki sprawie. Znaleźliśmy się na strychu kamienicy, wypiliśmy herbatę. Spodziewałam się, że wyjawi mi powód tej późnonocnej wyprawy. Zamiast tego zamknął drzwi na klucz… Tego, co się wydarzyło za tymi zamkniętymi drzwiami, nie jestem teraz w stanie opowiedzieć. Mieści się to w pojęciu molestowania. Po przeczytaniu wyznań „gardzienickich kobiet” mój osobisty dżin został wypuszczony z butelki i zalał mnie falą silnych emocji, z którymi, jak się okazuje, nie do końca sobie radzę. Po 42 latach od tego wydarzenia.

Aleksandra Mikulska

Aleksandra Mikulska

Absolwentka Akademii  Praktyk Teatralnych „Gardzienice”.

„Prowokuję”

Byłam uczestniczką Akademii Praktyk Teatralnych „Gardzienice” w latach 2008–2010. Mieliśmy pokaz na małej scenie w chacie, w ciasnej izbie. Widzowie siedzieli w ścisku, panował tłok w przejściach. Aktorzy przeciskali się na scenę jeden po drugim, pomiędzy widzami. Gdy ja wchodziłam na scenę, Włodzimierz Staniewski złapał mnie za pierś. Odepchnęłam jego rękę i zdezorientowana wyszłam na scenę. Zaczął się spektakl i na tym się skupiłam. Po jego zakończeniu zaczęło do mnie docierać, co się stało. Zaczęłam się trząść i wybiegłam z chaty.

Powiedziałam o wszystkim innym członkom Akademii. Kiedy publiczność wyjechała, poszliśmy porozmawiać z Włodzimierzem Staniewskim. Na spotkaniu powiedział m.in., że prowokuję go od samego początku i że piersi innych kobiet nie dotyka. Przyznał, że złapał mnie za pierś, dodając przy tym, że są one bardzo nieatrakcyjne. Zrozumiałam, że rozmowa zmierza donikąd i wyszłam. Tego wieczora Staniewski wyrzucił całą naszą Akademię z Gardzienic. Następnego dnia zadzwonił i przeprosił. Zagrałam jeszcze w kilku spektaklach Akademii zaplanowanych przed tym incydentem. Później nie miałam kontaktów z Gardzienicami. Jako że otrzymałam przeprosiny, nie upubliczniłam tego wydarzenia. Teraz się na to zdecydowałam, gdyż nie mogę się zgodzić ze stwierdzeniami, pojawiającymi się w szerokiej dyskusji, zaprzeczającymi molestowaniu w teatrze. Złapanie kobiety za pierś, wbrew jej woli, jest molestowaniem. Widzę, że byłam wtedy bardzo naiwna. Wydawało mi się, że w teatrze, w którym występuje nagość na scenie, gdzie podstawą jest trening fizyczny, wymagający cielesnej bliskości, gdzie nawet rozdziela się studentów ze względu na płeć – dziewczyny i chłopcy spali w innych budynkach – do takiego przekraczania granicy intymności nie może dojść.

 

Aleksandra Wróblewska

ALEKSANDRA WRÓBLEWSKA

Antropolożka kultury, absolwentka Akademii „Gardzienic” w latach 2000–2002, pracowniczka naukowa przy projekcie „Connecting Memory” w Fundacji Pomnik Pomordowanym Żydom Europy.

Ofiary – „wybrańcy”

Włodzimierz Staniewski szykanował wybrane osoby, przede wszystkim kobiety, aktorki i studentki Akademii Teatralnej. Publicznie ośmieszał je i upokarzał, zmuszał do absurdalnych zachowań, karał za nieprzestrzeganie wymyślonych przez siebie reguł. Wielokrotnie byłam świadkiem słownej i psychicznej agresji.

Powszechnie mówiło się, i o tym zapewniali starsi aktorzy i koleżanki z Akademii, że jest to metoda pracy teatralnej, że chodzi o twórczość i jeśli Staniewski nie widzi w człowieku materiału do pracy, to go nie maltretuje. Perfidia tego tłumaczenia polegała na odwróceniu: ofiary były postrzegane przez nas, bardzo młode wtedy osoby, jako „wybrańcy”. Przez dłuższy czas uważałam, że skoro nie doświadczam tego typu nadużyć, to zapewne nie rokuję jako aktorka.

W kosmosie Gardzienic odgrywałam rolę usługową: należałam do kategorii masażystek, sprzątaczek i prasujących bokserki w prywatnym mieszkaniu reżysera. Osobiście nie doświadczyłam krzywdy, o której piszą poszkodowane kobiety. Od wielu jednak lat czuję się obciążona swoją niemocą i poczuciem winy. W przeciągu tych kilku lat pracy w teatrze ani ja, ani też nikt inny nie stanął w obronie publicznie linczowanej osoby. Patrzyłam na naszych o dwie dekady starszych i mądrzejszych pedagogów, opiekunów i za każdym razem rejestrowałam milczące przyzwolenie na to, co się działo. Dziwnie czyta mi się słowa Tomka Rodowicza, który o dyskomforcie kobiet dowiedział się podczas rozmów z nimi, tak jakby nie było go wtedy, kiedy to się działo. Nie można było o tym nie wiedzieć. Co nie znaczy, że za zamkniętymi drzwiami i bez widzów przemoc się urywała.

O próbie samobójczej Mariany Sadovskiej dowiedziałam się dopiero wtedy, kiedy ujawniła swoją historię. Jestem tym głęboko wstrząśnięta. Chciałabym, żeby wszyscy ci, którzy byli świadkami systemowego poniżania, przyjaciele Gardzienic, zapraszani na wykłady w Akademii, związani z Gardzienicami przez wiele lat, zabrali głos w tej sprawie i rozliczyli się ze swoją niemocą i odpowiedzialnością za wyrządzoną tam krzywdę.

ALICJA ŻMIGRODZKA

ALICJA ŻMIGRODZKA

Absolwentka Akademii Praktyk Teatralnych „Gardzienice”, aktorka Gardzienic w latach 2003–2006. Obecnie ilustratorka i autorka książek o buddyzmie.

Uratowała mnie córka

Wychowana we Wrocławiu karmiłam się spektaklami i warsztatami w Ośrodku Grotowskiego i żyłam marzeniami o podobnej głębokiej i duchowej pracy aktora i odkrywaniu siebie pod okiem mistrza reżysera. Do Akademii „Gardzienic” trafiłam prosto po maturze, mając zaledwie 18 lat. Niemalże od razu zostałam zaproszona do udziału w spektaklach „Metamorfozy” i „Elektra”. Początkowo byłam upojona tym, że wielki reżyser zachwycił się mną i dołączyłam do prestiżowego teatru. Szybko jednak marzenie mojego życia zmieniło się w koszmar. Byłam najmłodsza w zespole i to właśnie mnie Staniewski wybrał sobie do poniewierania i upokarzania. Zaczęło się od publicznych wyzwisk podczas wyczerpujących prób do trzeciej w nocy, w końcu doszło do przemocy fizycznej, duszenia podczas nocnej próby na oczach innych aktorów, którzy traktowali jego znęcanie się nade mną z obojętnością. Na przemian mówił mi, że jestem obleśna i gruba albo że by mnie przeleciał. Kazał mi być niewidzialną, zniknąć, nie wydawać z siebie żadnych dźwięków, zabronił kontaktu z zagranicznymi gośćmi. Publicznie wyśmiewał to, jak wyglądam, mój głos, moje ruchy, jednocześnie każąc się masować, prasować, zmieniać pościel. Pracowałam w teatrze około trzech lat, nigdy nie dostałam wynagrodzenia. Długo próbowałam odejść, ale każdy, kto zna mechanizm przemocy psychicznej, wie, jak ciężko jest ofierze takiej przemocy wyrwać się od swojego oprawcy. Dzień po dniu byłam pozbawiana poczucia własnej wartości. Wydawało mi się, że znaczę tylko tyle, ile znaczę w oczach Staniewskiego, który wmawiał mi, że moja jedyna wartość to bycie częścią jego prestiżowego teatru i że muszę być wdzięczna, że ktoś tak wielki jak on daje szansę komuś takiemu jak ja, kto nic nie osiągnął i nie jest nic wart. Do tego dochodziło odseparowanie od rodziny i przyjaciół, mieszkanie w wiosce pod Lublinem „na końcu świata”. Teatr i ludzie go tworzący stali się całym moim światem. Uratowała mnie... córka. Zaszłam w ciążę z jednym z aktorów i to mnie obudziło z letargu i dało wewnętrzną siłę, żeby po trzech latach tortur odejść z tej groźnej sekty. Do dziś śnią mi się koszmary, w których Staniewski mnie publicznie upokarza, choć mam już za sobą terapię. Czuję ogromną ulgę, że jego bestialskie traktowanie aktorek nareszcie wychodzi na światło dzienne, i mam nadzieję, że dzięki temu nigdy więcej nikogo nie skrzywdzi, a jego ofiary doznają ulgi i będą w stanie zamknąć za sobą ten rozdział.

 

Agnieszka Błońska

AGNIESZKA BŁOŃSKA

Reżyserka teatralna, była uczestniczką drugiej edycji Akademii Praktyk Teatralnych.

Prośby o masaże

Sama byłam poddana manipulacji, której wtedy nie rozpoznałam – z racji wieku i naiwności. Wielu studentów, a zwłaszcza studentek było wykorzystywanych do różnych działań w sposób, jaki nie powinien mieć miejsca w instytucji publicznej. Sprzątanie, prasowanie ubrań dyrektora o pierwszej nad ranem w jego mieszkaniu, prośby o masaże pleców i inne rodzaje przekraczania granic relacji nauczyciel–uczeń były regularne. Jednak najgorsza była jawna przemoc słowna i psychiczna, która była jego metodą pracy, z czego zdałam sobie sprawę później, kiedy zaczęłam współpracować z teatrem także poza Akademią. Upokarzanie pracowników, a zwłaszcza kobiet, było codziennością. Do tej pory pamiętam teksty w rodzaju: „nie machaj tym cycem, idiotko”, „zgól nogi”, „umyj się”, które miały na celu trafienie w czuły punkt poniewieranej akurat osoby. Kulminacją tego doświadczenia był moment, kiedy zostałam zaproszona do prób „Elektry”. Przyjechałam z Warszawy w umówionym terminie na kilka dni prób. Prób było bardzo niewiele. Ostatniego wieczora jak zwykle przyszłam na salę o dwudziestej i przez kilka godzin czekaliśmy z aktorami na reżysera, który w tym czasie był piętro wyżej. Zachowanie bardziej doświadczonych kolegów wskazywało na to, że nie dzieje się nic niezwykłego. Około północy byłam już naprawdę zmęczona. Reżyser pojawił się o pierwszej nad ranem i zaczął próbę, która została sprowadzona do poniżania jednej aktorki i zmuszania jej do powtarzania przez godzinę jednominutowej sekwencji. O trzeciej w nocy reżyser zapowiedział kolejną próbę rano, a na moje przypomnienie, że zgodnie z naszą umową muszę wyjechać, zareagował furią. Krzyczał, że „jego aktor” nigdy by tak nie odpowiedział. I na tym zakończyła się nasza współpraca. Oczywiście nie było mowy o wynagrodzeniu za tę pracę – i tak samo, o ile wiem, w tamtym czasie było w przypadku większości innych absolwentek i absolwentów, których zapraszano do współpracy. Teraz wiem, że to wszystko było psychiczną i emocjonalną przemocą wobec nas, ale wtedy byłam wobec tego bezbronna.

ANITA BOJARSKA

ANITA BOJARSKA

Scenografka, kostiumografka, absolwentka studiów w Katedrze Malarstwa i Scenografii na warszawskiej ASP.

Niewdzięczna

Wreszcie! Gdy zaczęło się #metoo, próbowałam nakłonić koleżanki do opowiedzenia historii z Akademii „Gardzienice”. Wtedy nie wyszło – ktoś napisał: „nie wszystko jest molestowaniem”. To, co się tam działo – było. Nie tylko molestowaniem, ale i przemocą.
Będąc jeszcze na studiach scenograficznych, jeździłam oglądać spektakle do Gardzienic. Podróż do Lublina, spektakl i słynne pierogi na imprezie po spektaklu, wszystko to było jak magiczne otwarcie innego teatru, gdzie widz czuje rytm oddechu aktora i jest razem z nim. Dlatego kiedy Pawel Passini zaproponował mi wyjazd wakacyjny do Gardzienic i pracę z nim przy „Ifigenii”, byłam w siódmym niebie (lato 2002 roku). Potem sam mistrz zaproponował mi zaprojektowanie scenografii i kostiumów do „Elektry”, jej pierwszego pokazu na 25-lecie Gardzienic. To było ósme niebo, które potem okazało się bramą do piekła. 
Pierwsze schody zaczęły się, gdy poprosiłam o umowę. Nie stać mnie było na życie poza domem przez kilka miesięcy bez pieniędzy. Udało mi się uzyskać symboliczne wynagrodzenie, ale nasłuchałam się, jak bardzo jestem niewdzięczna itd., gdyż sama możliwość obcowania z nim była nagrodą.
Potem było coraz gorzej. Pewnego wieczoru, kiedy przygotowywałam szkice do figur z przedstawień teatru (które potem stanęły w parku), Staniewski przyszedł z wódką, po paru kieliszkach zaczął mnie obmacywać. Udało mi się go zbyć i odprawić. Później już nie próbował, za to nie szczędził uwag, jak to się do niczego nie nadaję. 
Pracowałam tam kilka miesięcy. Życie ratował Tomek Rodowicz, wtedy już skonfliktowany ze Staniewskim, do którego domu wymykaliśmy się po kryjomu, bo mistrz nie mógł o tym wiedzieć, oraz kilka wspaniałych osób, które tam spotkałam.
Byłam świadkiem przez te kilka miesięcy, jak piękne, młode i zdolne dziewczyny wędrowały do Staniewskiego na „górę”, jak „mistrz” prowadził próby w nocy, kiedy aktorzy czekali na niego od 20 do czasem 2–3 nad ranem, kiedy schodził ze swojej wieżyczki prowadzić próbę. 
Na realizację scenografii nie było pieniędzy. Miałam do zrobienia okrągłe drewniane schody, które, aby był efekt, powinny być wykonane perfekcyjnie. Jeździłam do wszystkich okolicznych stolarzy z prośbą o wycenę, wszystko było za drogie. Staniewski zdradził mi „poradę” profesjonalną, którą, jak wspomniał, częstuje swoje aktorki: „jak nie możesz inaczej, to daj dupy”. Rozważałam tę propozycję, ale ostatecznie skleciliśmy „japońskie schody” ze starych, zniszczonych europalet, które ktoś mi podarował. Efekt był fatalny. 
Chciałam zapomnieć o tej pracy – mojej pierwszej pracy w teatrze.
Ostecznie przetrwało kilka kostiumów, wykorzystanych w późniejszej „Elektrze”. Ktoś z teatru zadzwonił do mnie, abym wymieniła, które kostiumy są moje, aby mogli wpisać mnie do programu. Powiedziałam, aby nie wspominali mojego nazwiska, i zrzekłam się praw do kostiumów. Po 15 minutach zadzwonił sam Staniewski, który nie mógł uwierzyć, że nie chcę mieć z nimi nic wspólnego. Człowiek zamknięty w swoim przerośniętym ego.

 

Tomasz Rodowicz

TOMASZ RODOWICZ

Współpracował z Jerzym Grotowskim w latach 1974–1979. Współtwórca Ośrodka Praktyk Teatralnych „Gardzienice”, jego czołowy aktor oraz lider programu dydaktycznego w latach 1977–2003. Współzałożyciel Stowarzyszenia Teatralnego CHOREA i jego lider od 2004 roku.
 

Niemożliwa współpraca

Dość długo, szczególnie w pierwszych 15 latach istnienia Gardzienic, współpraca z Włodkiem Staniewskim była bardzo ciekawa, ważna i owocna dla mnie. Jednak po pewnym czasie, szczególnie jeśli chodzi o moje ostatnie lata spędzone w teatrze Gardzienice, stosunki międzyludzkie podlegały coraz większym napięciom i konfliktom i cechowały się coraz głębszym wzajemnym niezrozumieniem. Dochodziły do mnie informacje od aktorek, że czują się bardzo niekomfortowo w tym miejscu, a pewne oczywiste granice we współpracy z liderem teatru są coraz częściej przekraczane. To było dla mnie coraz trudniejsze do zaakceptowania. W pewnym momencie również moja współpraca z Włodzimierzem Staniewskim stała się zwyczajnie niemożliwa, wydawało się, że stanowiłem dla niego jakieś zagrożenie, czułem się marginalizowany w zespole, co i tak miało lżejszą formę niż zachowania jego w stosunku do innych członków grupy. W ramach niezgody na tego typu praktyki postanowiłem wraz z częścią zespołu oraz częścią Akademii Praktyk Teatralnych opuścić w 2003 roku Gardzienice i stworzyć nową grupę, opartą na całkowicie innych relacjach ludzkich.

Magdalena Bartnik

MAGDALENA BARTNIK

 Aktorka Gardzienic w latach 2000–2004.

Nigdy nic z ciebie nie będzie

Byłam świadkiem, jak obrażał ludzi – przy mnie mówił np. jednej dziewczynie, że jest brzydka i głupia, i brzydko pachnie (!!!), innej, że jest beztalenciem i nie wie w ogóle, po co ją wziął do zespołu, bo nigdy nic z niej nie będzie. Obrażał ludzi notorycznie, przy wszystkich, wyśmiewał ich, kpił. Strach przed jego stanem emocjonalnym – pytanie, czy będzie wkurwiony, czy akurat pogodniejszy – był powszechny; w ogóle napięcie, zdenerwowanie w grupie, wyładowywanie swojej złości, frustracji na ludziach były w Gardzienicach na porządku dziennym. 

KOMENTARZE

Paweł Soszyński

PAWEŁ SOSZYŃSKI

Krytyk teatralny, dramaturg. Kierownik działu teatr w „Dwutygodniku”.

Fałsz doświadczenia

Czy my, badacze, nie odpowiadamy za bezkarność Staniewskiego? A przede wszystkim jak podłą z punktu widzenia aktorek musieliśmy zajmować pozycję, skoro nigdy nam nie ufały na tyle, żeby opisać okrutny system pracy, jakiego doświadczały. Byliśmy z tego pięterka, na którym było masowanie, pranie i krzyk. Staliśmy, dbając jedynie o własne transgresyjne doświadczenia, na straży więzienia, w którym przebywała pobita Sadovska.

Wierzyliśmy w rodzaj twórczej komuny kosztem aktorek, które były dla nas postaciami drugorzędnymi, co najwyżej natchnionymi emanacjami Staniewskiego. Zresztą często traktowaliśmy go z przymrużeniem oka: nawiedzony, ale po grecku, starożytnie.

Czy zdawał sobie z tego sprawę Leszek Kolankiewicz, który zapraszał Staniewskiego na seminarium doktoranckie w Instytucie Kultury Polskiej? Co i czy wiedzieli o tym autorzy monografii Zbigniew Taranienko i Tadeusz Kornaś, kiedy pisali swoje opus magnum na temat Gardzienic? To są pytania o etykę pracy teatrologa, w tym antropologa widowisk.

I teraz najważniejsze pytanie: czy zrewidujemy swoje zdanie o Gardzienicach, kiedy już to wszystko wiemy? Czy zgnębione, poniżone i wykorzystywane aktorki śpiewające najwspanialsze nawet pieśni kalkulują się w tym równaniu krzywdy i wspaniałości? Osobiście wstydzę się za swój beztroski, oderwany od ziemi zachwyt nad „Metamorfozami”, czuję się oszukany przez Staniewskiego. Bo moje chwilowe uniesienie stało się straszliwie fałszywe, zbudowane było na cierpieniu, które oszałamia daleko bardziej.

W kontekście Staniewskiego zawsze działała w moim mniemaniu magia Grotowskiego. Skoro mistrz wyjechał za granicę, pozostawał badaczom współtwórca Gardzienic. Tak przynajmniej ja, a i wielu innych z mojego pokolenia, odbierałem podlubelskie sanktuarium teatralne. Jako ślad po. Mała Pontedera, gdzie Grotowski ostatecznie osiadł i umarł dwa lata po premierze „Metamorfoz” – wtedy ta niewypowiedziana wartość teatru Staniewskiego zaprocentowała. Zastanawiam się jednak, czy aktorski akt całkowity postulowany przez twórcę wrocławskiego Laboratorium równy jest rytualnemu ubojowi, jaki – okazuje się – panował w Gardzienicach? Czy wszystko da się usprawiedliwić w imię moich transcendentalnych sympatii, które z pewnością wtedy do Gardzienic mnie zwabiły?

Nie ulega wątpliwości, że pojawią się zaraz głosy o koniecznym poświęceniu w imię procesu, o potrzebnej samodyscyplinie i odporności, również na cierpienie, bez których nie dokona się akt teatralnej alchemii. Pytanie pozostaje, czy próby samobójcze ten akt utrzymują w mocy? I czy akt całkowity Grotowskiego ma kończyć się na sznurze? Jeśli tak, to w nosie mam metafizyczne odloty; jeśli nie – to jestem współwinny: jako widz, recenzent, badacz, a wreszcie człowiek zachwycony tym, co w istocie okazuje się złem. Bo czy w jakiejkolwiek próbie obrony Staniewskiego nie pojawi się, czy ja wiem, element sadystycznej satysfakcji z jego dzieła – ujarzmienia kobiet?

Agata Adamiecka-Sitek

AGATA ADAMIECKA-SITEK

Rzeczniczka praw studenckich w Akademii Teatralnej w Warszawie.

Od lat wiedzieliśmy

Jako środowisko badaczy i badaczek teatru musimy się uczciwie zmierzyć z tą sprawą. Nie mam wątpliwości, że jesteśmy w pewien sposób współodpowiedzialni za przemoc, która się tam przez lata dokonywała. I nie ma takich wątpliwości Mariana Sadovska, kiedy wprost oskarża badaczy i badaczki, którzy mieli wiedzę, ale woleli milczeć; mieli narzędzia, żeby rozpoznać przemocowe mechanizmy, ale woleli ich nie uruchamiać; mieli doświadczenie i pozycję w środowisku, ale używali ich nie do podważenia tego przemocowego systemu, tylko do jego wzmocnienia własnym autorytetem.

Prawda jest taka, że od lat wiedzieliśmy, że w Gardzienicach jest poważny problem. Wielu z nas musiało widzieć bezpośrednio, co się tam działo. Słyszeliśmy o różnych nadużyciach ze strony Włodzimierza Staniewskiego, krążyły mniej lub bardziej drastyczne opowieści. A jednak przez tyle lat tolerowaliśmy tę sytuację. Najwyżej z niechęcią odwracaliśmy wzrok. O Gardzienicach powstały poważne publikacje, pisano monografie i opracowania zbiorowe poświęcone temu teatrowi. Wielu badaczy zajmowała szczególnie autorska metoda pracy Włodzimierza Staniewskiego. Jak to możliwe, że kwestia etyki pracy, przemocy i kosztów osobistych, jakie ponosili aktorzy i aktorki, zupełnie znikała z pola widzenia? To nie jest ślepa plamka, to jest systemowa ślepota. Rodzaj autocenzury, który powinien być rozpoznany jako etyczne zaniechanie badawcze.

Wszyscy czekaliśmy, aż ofiary znajdą w sobie dość siły, żeby bronić się same i same ujawniać prawdę. Mariana Sadovska znalazła tę siłę. Dlatego jest zrozumiałe, że w tej sytuacji zwraca się też bezpośrednio do nas. 

I to my jako środowisko musimy dać jej i sobie odpowiedź. 

Jesteśmy też doskonale świadomi, że sprawa Gardzienic nie jest ani jednostkowa, ani wyjątkowa w polskim teatrze. MeToo ciągle przed nami. Mijają właśnie dokładnie trzy lata od chwili, kiedy Alyssa Milano ujawniła w sieci swoje doświadczenia z Harveyem Weinsteinem, używając hasztagu #Metoo. Fala zmian ruszyła. Od tego czasu patrzymy, jak kolejne odważne kobiety znajdują siłę i wystarczające oparcie w swoim środowisku, żeby opowiedzieć o swoich doświadczeniach i domagać się zmian. W niektórych kulturach, jak na przykład w brytyjskim teatrze, znajdują potężne instytucjonalne wsparcie i zmiany szybko przybierają tam charakter systemowy. Toczy się poważna debata, powstają rozwiązania prawne i konkretne narzędzia wsparcia. W innych dzieje się to wolniej, także dlatego, że brakuje poważnych instytucji, które – jak londyński Royal Court Theatre – miałyby odwagę, żeby zaangażować swoje zasoby i autorytet w regularną pracę na rzecz zmiany. Ale nie mam wątpliwości, że nawet jeśli u nas sprawy toczą się bardzo powoli, to jednak zmiana postępuje. I nic jej nie zatrzyma.

Mam nadzieję, że wystąpienie Mariany Sadovskiej pozwoli nam szybciej zrozumieć, jaka praca przed nami.