Żona nurka

11 minut czytania

/ Muzyka

Żona nurka

Agata Pyzik

Muzyka Joanny Newsom jest jednocześnie staroświecka, anachroniczna i uderzająco nowatorska – polirytmie wygrywane na jej harfie można postawić obok kompozycji muzyki współczesnej. Teksty to zaś wielowątkowe literackie opowieści

Jeszcze 3 minuty czytania

„Ten, kto lubi Kate Bush i Tori Amos, ucieszy się z Joanny Newsom, świetnej dziewczyny (śpiew, harfa)” – podzielił się ostatnio swoimi wrażeniami na Twitterze Zbigniew Hołdys. Przypuszczam, że dla rodzimej gwiazdy niegdyś estrady, a dziś Twittera, każda kobieta śpiewająca z odrobiną dramatyzmu musi się kojarzyć z Tori Amos. Ale Joanna Newsom ma 33 lata i nie jest żadną „dziewczyną” – jest muzykiem i gra na kilku instrumentach. Nie jest podobna do nikogo, bo nikt nie traktuje materii piosenkowej tak jak ona. Utwory Newsom są dopracowane do ostatniego szczegółu. To zawsze muzyczna przygoda, w której słuchacz dramatycznie próbuje dotrzymać jej kroku. To ona, właściwie w pojedynkę sprawiła, że trochę babciny instrument, jakim jest harfa, stał się instrumentem niemal tak widowiskowym jak gitara elektryczna.

Domeną Newsom jest kreowanie w piosenkach niesamowitych światów-opowieści. Czy będą to surrealistyczne historyjki na debiutanckim „Milk-Eyed Mender”, łotrzykowskie opowieści na „Ys”, czy poruszające osobiste historie na „Have One On Me”. Na nowym albumie „Divers” są to skomplikowane utwory-poematy o utracie, miłości, mieście, pamięci, historii w estetyce southern gothic charakterystycznej np. dla pisarki Carson McCullers. To wykwintny, pełen przepychu, barokowy pop na harfę, często z towarzyszeniem fortepianu, gitar lub nawet miniorkiestr. Newsom stawia tu sobie za cel zagranie i opowiedzenie wszystkiego. To muzyka jednocześnie staroświecka, anachroniczna i uderzająco nowatorska – polirytmie wygrywane na jej harfie można postawić obok kompozycji muzyki współczesnej.

Początkowo wzięłam tytuł nowej płyty za znak stylistycznego zróżnicowania, diversity. Chodzi jednak o „nurków” – tytuł bierze się z przepełniającej album metaforyki „zanurzania się”, nie zawsze łączącej się z morzem, ale raczej z ryzykownym skokiem w głębiny uczucia, miłości i śmierci. „Divers” jest „ciężkie” – od okazywanej nam przez Newsom kruchości, wrażliwości, nietrwałości, walki. Już w pierwszym utworze „Anecdotes” artystka spokojnie oznajmia: „czy pogrążać się w żalu, czy trwać dalej, jest równie bezużyteczne”.

Ale jednak trwamy i wystawiamy się na ciosy. Ta nowa wrażliwość, romantyzm przepełniający „Divers” nie wzięły się znikąd. Nie mam wątpliwości, że tak długi czas (płyta powstawała pięć lat) był niezbędny dla jej ostatecznego kształtu. W tym czasie Newsom rozstała się z Billem Callahanem i szczęśliwie zakochała w komiku Andym Sambergu. Być może dlatego nowy album przepełnia trudne do zdefiniowania poczucie szczęścia i spełnienia, a zarazem strach przed utratą i śmiercią. Jak wyznała w jednym z wywiadów, niebezpieczeństwem miłości jest to, że „straty pewnej osoby nie będzie się w stanie przeżyć”.


„Divers” jest albumem o miłości, choć nie ma na nim stricte miłosnych piosenek. Na przykład, „Sapokanikan” to złożona refleksja o... historii. Newsom spędziła dwa miesiące w bibliotece, czytając poezję romantyczną i studiując historię amerykańską, natomiast sam tekst cyzelowała ponad dwa tygodnie bez przerwy. W efekcie mamy piosenkę, która jest namacalnym dowodem na ogromną wyobraźnię wykonawczyni. Sapokanikan to indiańska nazwa wioski, która stała w miejscu, gdzie dziś znajduje się nowojorskie Greenwich Village, zanim najechali na nią Holendrzy, założyciele Nowego Amsterdamu. Nawiązuje do tego teledysk nakręcony przez Paula Thomasa Andersona (reżysera filmu „Wada ukryta”, w którym Newsom wystąpiła jako narratorka). Wokalistka przechadza się w nim po ulicach współczesnego Village, części Nowego Jorku historycznie kojarzonej ze zmianą społeczną – to dzielnica bohemy czy ruchów LGBT. Również w tekście piosenki Newsom zastanawia się nad zawiłościami historii. Sięga do początków historii amerykańskiej (przywołuje m.in. słynnego indiańskiego wodza Tamanenda, pierwszego prezydenta Stanów Zjednoczonych George'a Washingtona czy Nowy Jork z czasów I wojny światowej), aby opowiedzieć, w jaki sposób Historia przez wielkie H nie płynie w sposób obojętny, a jednostki, a nawet sam „Stwórca”, mogą się jej tylko bezradnie przyglądać. Piosenkę kończą słowa „look and despair”, „patrz i rozpaczaj” – uratować może nas tylko umiejętność zapominania.

Żeby poradzić sobie ze skalą tematyki, Newsom potrzebowała adekwatnego instrumentarium. Stąd obecność gitarzysty Ryana Francesconiego, kompozytora Nico Muhly’ego czy lidera indie-popowego zespołu Dirty Projectors Davida Longstreatha. Pierwsza połowa albumu, z takimi perłami jak wspomniane „Anecdotes” czy „Leaving the City”, to radośniejsza część, o barokowym czarze i bluesowym luzie. Pomiędzy akustycznym ascetyzmem takich piosenek jak „The Things I Say” i ambitnym miłosnym poematem „Divers”, całość, zbudowana z drobnych, ale wibrujących części, ma zdolność wzbierania i wybuchania emocjonalnym żarem o rzadkiej sile.

Kilkunastominutowe kompozycje znane z „Ys” zmieniły się w znacznie bardziej zdyscyplinowane muzyczne formy. Aranżacje są tutaj zarazem mocniejsze i bardziej wyrafinowane. To, co mnie najbardziej urzekło, to gitary i delikatna rockowość piosenek. W „Leaving the City” (moim ulubionym utworze na płycie) Newsom oparła się łatwemu wyzyskaniu wdzięku swojego głosu i harfy, a gitarowy hałas dodał jej szorstkości, nieobecnej wcześniej w jej muzyce. Tak jakby porównania do elfów czy nimf artystce mocno się już przejadły. Głos Newsom dojrzewa, nabiera głębi, obniża się, dochodzi czasem nawet do rejestrów Billie Holiday. Skrzekliwe tremola i niedoskonałości prawie zniknęły. Staje się też coraz bardziej zdolny pochwycić głębię jej liryków. Charakterystyczny, stał się jednym z „tych” głosów, które natychmiast rozpoznajemy.

Newsom potrafi wykreować całkowicie nowy krajobraz – surrealistyczny i zarazem science fiction, jak podwodne pejzaże w teledysku do singla „Divers” – z tekstami, które, choć wydają się zaświadczać o skrajnej rozpaczy, usiłują odnaleźć trochę nadziei. Nawet jeśli muzyka wydaje się „przyjemna”, to w tekstach panuje klimat surowy, księżycowy. Na „You Will Not Take My Heart Alive” śpiewa o przecięciu więzów łaczących ją ze światem i innymi ludźmi. Newsom zmaga się z bogami i metafizyką. Na końcu niby potulnieje, ale i tak najważniejsza jest przygoda, doświadczenie. Jeśli koniec końców akceptuje coś w rodzaju „zdrowego rozsądku”, to przynajmniej po przebyciu egzystencjalnej podróży. Oświecenie miesza się z romantyzmem, a szalona miłość z rozsądkiem. Tylko tak należy postępować, skoro nasze dojrzewanie i kultura nigdy nie przygotowują nas dostatecznie na poradzenie sobie z ostatecznym: miłością, śmiercią. Musimy eksperymentować – zdaje się mówić Newsom.


Od 2004 roku i pierwszego albumu „Milk-Eyed Mender”, pełnego udziwnionych preriowych pejzaży i piosenek domowej produkcji Newsom przeszła długą drogę. Fotografie towarzyszące „Divers” przedstawiają wyczyszczone w Photoshopie kaniony i artystkę pozującą na ich tle, w otoczeniu gigantycznych orłów i papug. Ta estetyka przywodzi na myśl nie tylko wyświechtane porównania do Kate Bush.

Ale „Divers” ma wręcz mainstreamowy format. Stąd być może moje skojarzenia ze Stevie Nicks, diwą Fleetwood Mac, reprezentującą pozornie odmienną od Newsom estetykę. „Rumours”, klasyczny album Fleetwood Mac, dokumentował jej burzliwe rozstanie z Lindseyem Buckinghamem. Było to szczytowe osiągnięcie zespołu, a niemal każdy utwór opisywał proces trudnego rozstania z innej perspektywy – zarówno samej Stevie Nicks, jak i jej byłego partnera. W przypadku Newsom odpowiednikiem Buckinghama okazał się Bill Callahan (lider weirdfolkowego projektu Smog). Albumem-arcydziełem, zainspirowanym traumatycznym rozstaniem, było zaś trzypłytowe „Have One On Me”.

Jeśli na „Have One On Me” Newsom zmagała się z miłością do trudnego mężczyzny, to „Divers” ma w sobie coś z epifanii. Kiedy kryzys został już przezwyciężony, wchodzi się w nową, tym razem spełnioną relację. Nadal towarzyszy jej jednak niepewność, jak wiele z tego może udźwignąć jedna, skromna i skończona ludzka egzystencja.

Jednak w przeciwieństwie do Stevie Nicks – kobiety-enigmy, femme fatale, Cyganki i czarownicy, Newsom zawsze podkreśla to, że jest przede wszystkim muzykiem: klasycznie wykształconą harfistką. Potrafi być, jeśli zechce, otwarcie zmysłowa, a zarazem ekscentryczna. Przy jej skłonnościach do pisania poezji o złożonej metaforyce, ma wdzięk osoby niedzisiejszej, jakby trochę staroświeckiej, guwernantki z powieści sióstr Brontë. To tak, jakby znana z samotnictwa XIX-wieczna poetka Emily Dickinson została nagle gwiazdą pop.

Newsom, jak wiele pisarek feministycznych – Angela Carter, Marina Warner, Virginia Woolf, adaptuje konwencję bajki. „A woman is alive!” śpiewa w pewnym momencie. „Nigdy nie zawrę ślubu,/ Podążę za perłą śmierci aż do kresu mojego żywota/ wstrzymując oddech/ dopóki nurka żoną się nie stanę”. Miłość to nie przelewki albo piknik, wymaga pełnego zanurzenia, zanurkowania, ryzyka, hazardu. Newsom jest zarówno narratorką, jak i sama „nurkuje” w nieznane swoimi opowieściami i muzyką: „Spójrz, jak rozdziela Joanna Newsom, Divers, 4AD 2015Joanna Newsom, „Divers”,
Drag City 2015
nas nieskończoność/ ale nie nurków winą jest/ ta przepaść, ciągnąca się między odległymi brzegami/ Nie znasz mego imienia/ ale ja znam twoje”. Tyle z tej przygody się dowiedziała i celebruje tę wiedzę: wie, co oznacza imię jej kochanka i czym jest miłość. I chyba w tej wszechogarniającej, bardzo szerokiej, zmysłowej a zarazem intelektualnej pasji Newsom widzę jej podobieństwo do Kate Bush.

Newsom ma głębokie zrozumienie tego, kim jest jako artystka: jest zarazem poetką, bajarką, kimś, kto przekazuje nam historie, zarówno publiczne, jak i bardzo prywatne – jak najlepsza poezja. Wywiady z Joanną nadal są męczarnią dla nierozgarniętych dziennikarzy, świetnie wyedukowana wokalistka chce mówić w sposób uczony o poezji i meandrach kompozycji. Ktoś nieobeznany z poezją romantyczną lub tradycjami w historii muzyki musi w takim starciu polec. Ale co ciekawe, erudycja nie jest wymagana, by docenić jej muzykę, czego dowodem jest jej popularność. Słuchacze reagują właśnie na tę uniwersalną zdolność do budowania światów. Newsom przełamuje estetyczne skojarzenia z muzyką folkową, która w jej wykonaniu nie ma nic wspólnego z częstą w tym gatunku fałszywą naiwnością, niewinnością czy infantylizmem. Udało jej się przenieść folk na inny poziom, udowodnić, że tego typu konwencja nadaje się do przekazywania skomplikowanych emocji. Zrobiła to za pomocą uniwersalnego języka muzyki, ale żadne z nich – ani sam tekst, ani dźwięk – osobno nie byłoby w stanie przekazać tego poetyckiego bogactwa.