NIENAWIŚĆ: Bo wszyscy Polacy to jedna rodzina
rys. Zhenya Oliinyk

21 minut czytania

/ Obyczaje

NIENAWIŚĆ: Bo wszyscy Polacy to jedna rodzina

Kacper Pobłocki

Zarówno nienawiść, jak i miłość rodzą się w rodzinie i to właśnie poprzez rodzinne stosunki dochodzi do tej niezwykłej emocjonalnej alchemii – jedna emocja przeradza się w inną, pozornie nawet wobec niej sprzeczną

Jeszcze 5 minut czytania

Nienawiść nie bierze się z dystansu, lecz z bliskości. Stąd pokrewieństwo z miłością – często mówi się, że to dwie strony jednego medalu. „Kto się czubi, ten się lubi” – uczy nas porzekadło, wskazując, że niechęć może przeistoczyć się w miłość. Ale możliwa jest też sytuacja odwrotna, gdy z miłości rodzi się nienawiść. Bliskość tych uczuć wynika z ich rodowodu, bo powstają one tam, gdzie wykluwa się cała społeczna struktura – w rodzinie.

***

17 września 1939 roku do podolskiej wsi Cebrowo wkroczyła armia sowiecka. Skierowała się momentalnie do dworu i zaaresztowała dziedzica, podstarzałego już Kazimierza Garapicha. Jak wspominał jego brat Paweł, „droga do lasu prowadziła przez całą cebrowską wieś, gdy się włościanie dowiedzieli, że pana prowadzą na rozstrzelanie, zebrała się cała ludność Cebrowa i zaczęła błagać oficera sowieckiego, by pana nie rozstrzeliwał, opowiadali, że pan dobry, że nikomu krzywdy nie robił”. Ella, córka Kazimierza, wspominała, że „Ukraińcy oprosili go [sowieckiego oficera], mówili: «to nasz ojciec», «to nasz batko»”. Sowieci zostali przekonani, a Kazimierz uszedł z życiem.

Historia ta, jak pokazuje Michał P. Garapich – prawnuk uratowanego dziedzica i autor książki „Dzieci Kazimierza” – była przywoływana do tego, by udowodnić, że stosunki na linii wieś–dwór układały się harmonijnie, a chłopi żywili serdeczne uczucia wobec swojego pana. Szlachcic często im pomagał, więc gdy przyszła chwila, gdy ci mogli się za pomoc odwdzięczyć, bez wahania to uczynili. Taka sielankowa wizja oraz rodzinna pamięć Garapichów przysłaniają jednak fakt, że Kazimierz był dla ludzi, którzy uratowali mu życie, faktycznym, a nie symbolicznym ojcem. To nie „włościanie” czy „Ukraińcy”, a dzieci uratowały od śmierci nie tylko swojego „dziedzica”, ale również tatę.

Książka Garapicha jest próbą zmierzenia się z oficjalną pamięcią na temat stosunków na linii dwór–wieś, a jednocześnie rewelacyjną pracą antropologiczną, która rzuca zupełnie nowe światło na patriarchalną strukturę dawnej Rzeczpospolitej. Garapich pokazuje, że oprócz rodziny oficjalnej podolska (i zapewne nie tylko) szlachta miała rodziny nieoficjalne – partnerki seksualne z klasy włościańskiej z dziećmi, będącymi owocem ich związku, zwanymi „lewakami”. Władza, jak pokazuje Garapich, brała się z możliwości definiowania pokrewieństwa – na tę samą osobę można było mówić „brat” lub „chłop”, w zależności od tego, czy włączano go do rodziny czy nie. Garapich pisze pod prąd oficjalnej rodzinnej historii, nazywając „lewaków” (oraz ich potomków) stryjem, ciocią czy kuzynem i włączając ich do swojej własnej historii.

Książka ta pokazuje również, że cała paleta emocji, którą przywołuje się często w dyskusji o dawnej wsi, ma nie tylko klasowe, ale również i rodzinne podłoże. Miłość chłopów do dworu – odwaga i determinacja, z jaką bronili Kazimierza przed radzieckimi kulami, nie wynikała ze stosunków klasowych, ale z faktu pokrewieństwa. Była konsekwencją tego, że rodzina szlachecka wcale nie była – jak twierdzą do dziś historycy (na przykład w tomie „Rodzina i jej gospodarstwo na ziemiach polskich w geografii europejskich struktur rodzinnych do połowy XX wieku” pod redakcją Piotra Guzowskiego i Cezarego Kukli) – rodziną nuklearną, ale raczej stanowiła, jak ujął to Garapich, „archaiczną poligamię z piramidą żon, dzieci i wspólnotą gospodarczą”.

Sto lat po zabójstwie Gabriela Narutowicza w numerze specjalnym „Dwutygodnika” podejmujemy próbę namysłu nad współczesnymi formami i przejawami nienawiści: klasowej, sieciowej, indywidualnej i wspólnotowej. Przyglądamy się najważniejszym wątkom współczesnych hate studies, a także obrazom, wizualnym zapisom hejtu. Wracamy do lat 20. XX wieku, aby lepiej zrozumieć współczesne lata 20. Wreszcie, piórami ukraińskich autorek zadajemy pytania o nienawiść w kontekście ataku Rosji na Ukrainę.

Dom Spotkań z Historią w Warszawie zaprasza w 100. rocznicę zabójstwa Gabriela Narutowicza  na cykl wydarzeń pod hasłem „Niezgoda na nienawiść”.

Status „lewych” rodzin był niejednoznaczny. Pierwszą życiową partnerką Kazimierza wcale nie była jego oficjalna żona Maria Łubieńska, ale właśnie chłopka Maryna Szeweluk – jego rówieśniczka, dziewczyna, z którą się wychowywał i którą najprawdopodobniej kochał miłością zupełnie prawdziwą. Co więcej, do oficjalnego małżeństwa doszło po tym, jak Kazimierz już jakiś czas mieszkał we dworze ze swoją „konkubiną” oraz dwójką ich dzieci. Maryna była służącą, więc dwór traktowała jak swój dom. Kazimierz został ożeniony z Łubieńską po to, by zapobiec mezaliansowi; by Maryna z dziećmi Kazimierza zbytnio się w dworze nie zadomowili, by rozciąć ów związek, jawnie i bezczelnie drwiący z klasowych podziałów na chłopów i panów.

Sojuszniczką Kazimierza była jego matka Laura, która w Cebrowie była położną i przyjmowała na świat wszystkie dzieci – zarówno szlacheckie, jak i chłopskie. Laura traktowała swoje „lewe” wnuczęta z taką samą czułością jak te „oficjalne”. Jej mąż, ojciec Kazimierza, mężczyzna „z pięknym szlacheckim wąsem, na pewno spostrzegł, że pomiędzy uwijającymi się dziedzicami pałęta się też trójka małych dzieci, kropka w kropkę podobnych do niego i jego starszego syna Kazimierza. To, że w ogóle istniały, nie było dla Michała niczym niezwykłym – nieślubne dzieci panów stanowiły stały element krajobrazu podolskiej wsi. […] Niepokojące było to, że te małe bawią się niczym pańskie dzieci w ogrodzie różanym jego żony Laury, biegają po wielkim salonie jadalnym, hałasują i dokazują, jakby były u siebie. Niepokój Michała nie wynikał z faktu ich istnienia, ale z tego, że świadkami beztroskiego wzięcia salonu w posiadanie przez dzieci byli ugaszczani przez niego chłopi, którzy na pewno dobrze wiedzieli, czyje one są”.

Najbardziej labilny status miało najstarsze dziecko Kazimierza i Maryny – Melania, która urodziła się, gdy Kazimierz miał 19 lat. W rubryce metrykalnej, gdzie indykuje się, czy dziecko jest z prawego czy lewego łoża, Melania ma wpisane „legimi” – tak jakby wcale „lewaczką” nie była. Jednocześnie w owym dokumencie zapisano, że jej ojciec jest „nieznany” (choć oczywiście wszyscy wiedzieli, kto nim jest). „Ten wewnętrznie sprzeczny wpis Melanii świadczy o wahaniu, o niepewności co do tego, kim jest ta dziewczynka, o jakimś odroczeniu decyzji co do legalności dziecka lub tożsamości ojca. Wiele mówi o pozostaniu Melanii w stanie zawieszenia, półlegalności, istnienia w świecie pomiędzy”. Co więcej, gdy we dworze pojawiła się nowa pani, Maria Łubieńska, a chłopska partnerka Kazimierza została z dworu przeniesiona do chałupy (i wydana za chłopskiego męża), dwójka „lewych” dzieci, w tym dziewięcioletnia Melania, pozostała we dworze i dalej tam mieszkała. Dekadę później Melania będzie prosiła ojca o to, aby uznał ją za oficjalną córkę, gdyż chciała wyjść za oficera, który nie mógł ożenić się z bękartem. Kazimierz odmówił i tym gestem – gdy Melania była już dorosłą kobietą – przekreślił jej liminalny status i zepchnął ostatecznie do klasy włościańskiej.

Wybuchła ogromna kłótnia – pisze Garapich. – Mogę się tylko domyślać, co sobie w emocjach wykrzykiwali. A może wcale nie krzyczeli, tylko ona płakała, a on mówił jej, że człowiek o jego pozycji nie może się przyznać, że miał nieślubne dziecko ze służącą”. Fakt wykreślenia Melanii z rodziny Garapichów – wbrew wcześniejszej praktyce, czułemu traktowaniu oraz temu, że de facto wychowywano ją tak, jakby była „legimi” – sprawił, że ta odwróciła się zupełnie od Garapichów i postanowiła radykalnie się odciąć od swojej pańskiej przeszłości. „Zemsta Melanii polegała na zapomnieniu. Ani jej wnuki, ani prawnuki nie wiedzą – jak twierdzą – kto to był Kazimierz Garapich, nie ma dla mnie żadnych zdjęć, żadnych opowieści, jest zapomnienie […] [oraz] pełna satysfakcji obojętność, którą rozumiem i szanuję”.

W tym sensie Melania podobna jest do Pawła Garapicha, brata Kazimierza, który zostawił po sobie setki stron wspomnień o życiu podolskiej szlachty, ale ani słowem nie wspomniał o „lewakach”. Pisze Michał Garapich: „Melania i stryj Paweł metodycznie, konsekwentnie wymazali swoje wzajemne istnienie, co, mam wrażenie, pachnie jakąś przeklętą nienawiścią”. Nienawiść klasowa Pawła, pogarda wobec chłopów, wywyższanie się brało się nie z jakichś abstrakcyjnych źródeł (jak teoria rasowej odmienności szlachty czy struktura stanowa feudalnego społeczeństwa), ale z niebezpiecznej bliskości, którą generowało pokrewieństwo i pańska poligamia. Paweł wiedział wszystko, ale chciał tej wiedzy zaprzeczyć, a jego wrogość do chłopów czy Ukraińców brała się właśnie z tego, że bał się tego – zupełnie naturalnego, bo wynikającego ze współdzielonych genów – podobieństwa do chłopów; tych jego biegających po dworze bratanków i bratanic, a pewnie też mieszkających w okolicy sióstr i braci, kuzynów, ciotek i wujków.

Gdy studiowałem antropologię, panowało przekonanie, że kwestie pokrewieństwa – fundamentalne dla dyscypliny – są nudne, na ten temat wszystko już powiedziano. Uczono nas tego z poczucia obowiązku, wyraźnie zaznaczając, że współczesna antropologia tym się już raczej nie zajmuje. Książka Garapicha pokazuje, że temat pokrewieństwa wcale nie jest przebrzmiały. To właśnie tutaj leży sekret dawnych stosunków klasowych i to właśnie pokrewieństwo jest punktem wyjścia do zrozumienia tego, co Raymond Williams nazywał „strukturą odczuć”. Zarówno tych minionych, jak i współczesnych.

Klasyczne badania antropologiczne, w których kwestie pokrewieństwa mają kluczowe znaczenie, pokazują, że nienawiść przychodzi w wielu różnych odcieniach. Na przykład w społeczeństwie melanezyjskich Mundugumurów opisywanych przez Margaret Mead brała się z rywalizacji i zawiści. Jak pisała w książce „Płeć i charakter w trzech społeczeństwach pierwotnych”, „organizacja społeczna Mundugumurów opiera się na teorii wrogości” każdej osoby. Na przykład „stosunki między braćmi charakteryzuje rywalizacja i nieufność […] między braćmi dozwolona jest jedna forma bliskiego kontaktu: mogą publicznie ze sobą walczyć i obrzucać się obelgami”. Ojciec traktuje syna jako potencjalnego rywala, porzuca i degraduje go na każdym możliwym kroku. Podobnie niechętnie dzieci traktowane są przez kobiety. Nawet taka czynność jak karmienie piersią „odbywa się w atmosferze gniewu i walki niż czułości i poczucia bezpieczeństwa”.

Wszystko to osadza się na strukturze pokrewieństwa. Ta oparta jest na idei „linii”. Mężczyzna, jego córka oraz synowie jego córki należą do jednej linii, natomiast żona, jej syn i córki syna należą do innej „linii”, czyli innej rodziny. W ten sposób nawet i relacje, które teoretycznie są najbliższe, te między seksualnymi partnerami, naznaczone są pogardą i wyniosłością. „Wykorzystując swoje związki «liniowe» – pisze Mead – mężowie i żony zazwyczaj znieważają się nawzajem”. Jako że społeczność Mundugumurów była mała, te same osoby często należały do różnych „linii”. A zatem jednego człowieka można było różnie definiować na tej skomplikowanej mapie pokrewieństwa, co było używane jako oręże w wojnie między mężem a żoną. Na przykład mały „chłopiec uczy się, że wpajane mu terminy [pokrewieństwa], jakimi ma się posługiwać wobec krewnych, irytują ojca”. Całość stosunków społecznych, a także gama emocji w tej wspólnocie osadzają się na tym, jak zbudowane jest rusztowanie struktury społecznej, czyli właśnie relacje pokrewieństwa.

Garapich wpisuje się w tę bogatą – i jak pokazuje jego książka, do dziś otwartą – tradycję teoretyczną, pokazując, że władza bierze się z relacji pokrewieństwa, a emocje są jednym z narzędzi, za pomocą których władzę się sprawuje. Ale emocje też bywają orężem oporu – jak w przykładzie Melanii, dla której obojętność jest lekarstwem na zawód, który wziął się z wcześniejszego przemieszania (oficjalnego) dystansu i (realnej) czułości. Miłość, jaką Kazimierz i Laura obdarzali swoich „lewaków”, w ten sposób rekompensując im ich bękarci status, sprawiła, że ostateczne odrzucenie Melanii przez jej ojca bolało bardziej, niż gdyby od samego początku była wychowana w przekonaniu, że ma tylko matkę i do Garapichów nie należy. Fakt, że akurat jej rodzina była, używając starego antropologicznego pojęcia, „patrilokalna” (czyli że zamieszkiwała dom rodziny ojca), dodatkowo zamplifikował ową plątaninę uczuć, z których, ostatecznie, wykluła się jej, przekazywana następnie kolejnym pokoleniom, obojętność.

Owa obojętność, sugeruje Michał Garapich, jest nieco na wyrost, być może nieco na pokaz, ale też może być zupełnie autentyczna. Zapewne bierze się też z poczucia wyższości, a przynajmniej braku przekonania o tym, że „bękarci” status nie oznacza bynajmniej jakiegoś deficytu. Podobnie pomieszane emocje widać w zestawieniu innego tandemu opisywanego w książce, a mianowicie cioci Elli (legalnej córki Kazimierza) oraz Ireny Sobiech, ostatniego dziecka Kazimierza, lecz z nieprawego łoża. Obie kobiety były siostrami, ale o jakże innym statusie. Ella, choć oficjalnie nie przyznawała we wspomnieniach o istnieniu „lewaków”, utrzymywała z nimi relacje, zwłaszcza z Ireną.

Po drugiej wojnie obie wyjechały do Polski. Ella odwiedza Irenę w latach 80. Jak czytamy w „Dzieciach Kazimierza”, „pewnie coś, co w Cebrowie było jednym ze stałych, codziennych działań znajdujących się w arsenale odtwarzania bariery między Garapichami a ich nieślubnymi braćmi i siostrami, znowu doszło do głosu. Być może chodziło o delikatny, wyrażający polecenie gest Elli w stronę kuchni, o ruch ręką oczekujący, że ciocia Irena jej usłuży, jak jej matka służyła Kazimierzowi, może o to, że wyjęła czekoladę i dała swojemu ukochanemu wnukowi Filipowi, pomijając Piotra i Pawła, dwóch synów Ireny. Być może granica odtworzyła się w sposobie, w jaki ciocia Ella wyciągnęła się na kanapie, chcąc, by jej nadskakiwano, albo chodziło o krytyczne spojrzenie na wystrój, kuchnię i meble, które zdradzały, że ci ludzie jednak bene nati nie są i bliskość między siostrami zaczęła niknąć przez odmienne gusta, smaki i inne wyobrażenia o byciu elitą”.

To właśnie ze względu na rodzinną ranę wielu „lewaków” stawało się lewakami politycznymi. Irena, pisze Garapich, „podkreśla, że jako kobieta musiała zawsze walczyć z mężczyznami, którzy uważali, że są lepsi z racji swojej płci […] wyzwolenie od mężczyzn wiąże z wyzwoleniem od pańskiej Polski i dlatego lubi podkreślać swoje zdenerwowanie, że Solidarność «zaczęła się panoszyć», że zaczęto z taką «głupią tęsknotą wspominać przedwojenne czasy» oraz opluwać generała Jaruzelskiego, który jej bratu, Tadziowi, pułkownikowi lotnictwa, tak pomógł”. „Czuła na niesprawiedliwość, ciocia Irena jest w gruncie rzeczy naturalną, szczerą socjalistką, dlatego ten gest władczej, wyciągniętej na kanapie siostry był dla niej przywołaniem jej dziwnego bękarciego dzieciństwa, gestem dawnej Polski, która jest cioci obca; bo jej Polska to ta powojenna prężna, równa i młodzieńczo entuzjastyczna, darzona przez ciocię głębokim sentymentem, wyraźnym na z czułością pokazywanych mi zdjęciach, na których młodzi Suchowerowie, te Garapichowskie «lewaki», maszerują w pierwszomajowych pochodach z szarfami przodowników pracy na piersiach”.

Suchowerowie są świetnym probierzem paradoksalnej natury powojennego porządku. Bo z jednej strony świat dworów zniknął, ale z drugiej pozostała dawna struktura pragnienia. „Ta bolesna świadomość wyższego statusu wobec chłopów, a niższego wobec braci stanowiła na pewno dobre paliwo dla ludzi czułych na punkcie granic istniejących w naszych głowach”. Jak pokazuje Garapich, strukturę pragnienia podobną do „lewaków” miała służba pracująca na dworze. Ich pogarda wobec chłopów brała się z miłości wobec panów, ale odrzucenie tej miłości mogło momentalnie odwrócić strzałki w emocjonalnej busoli. Jeszcze chwilę temu wskazywały na miłość, a teraz odwróciły się o 180 stopni i pokazują nienawiść. Jak w przypadku Melanii, która zraniona i zawiedziona przez ojcowskie odrzucenie, skłania się ku obojętnej niechęci.

Podobnie z Ireną, która jest szczerą socjalistką, przeczuloną na punkcie nadużywania pańskiej władzy, ale jednocześnie popleczniczką Wojciecha Jaruzelskiego (herbu Ślepowron), który akurat okazał się dobrym panem, bo pomógł jej bratu. Najukochańszą pamiątką po jej ojcu, jedyną rzeczą, która została jej po dawnym, cebrowskim świecie, jest dla niej dzwonek na służbę, który leżał przy łóżku Kazimierza i który otrzymała od jego oficjalnej żony. Dla Ireny ów przedmiot „nie jest znakiem podziałów, wręcz przeciwnie – jest spoiwem, znakiem łączności z rodziną, która o niej zapomniała lub pamiętać nie chciała”. Taki to właśnie był – na wskroś postszlachecki – socjalizm w PRL-u. Cały czas oscylujący między miłością a nienawiścią wobec panów.

Zwykle o „dworze” i „wsi” pisze się jak o dwóch odrębnych światach. Jest to oczywiście prawda – sam w „Chamstwie” twierdzę, że kultura ludowa stworzyła osobny, niezależny obieg, własny idiom; kod, który dla szlachty był obcy, niedostępny czy wręcz zakazany. Garapich pokazuje, że granica między tymi światami była jednocześnie ostra i zamazana. Grupa społeczna, którą Garapich wydobywa z niebytu – „lewackie” dzieci ze związków panów z chłopkami, znajdowała się właśnie pomiędzy tymi rzeczywistościami. Ich losy pokazują momenty, gdy światy te się zazębiały, ale też to właśnie oni są najlepszymi przewodnikami po rzeczywistości powojennej, gdy nie było już ani stanowych przywilejów (zniesiono je dopiero w 1921 roku), ani folwarków. W pewnym sensie całe PRL-owskie społeczeństwo było jak Irena – odrzucenie przez dwór, fakt nienależenia do państwa generował w nich wrażliwość na niesprawiedliwość w ogóle, przy jednoczesnej tęsknocie, aby do tego świata przynależeć – choćby nawet tylko symbolicznie. Miłość i nienawiść przemieszane według polskiej postszlacheckiej receptury.

Książka Garapicha znakomicie pokazuje, że abstrakcyjna linia podziału stanowego staje się żywą linią demarkacyjną właśnie poprzez osadzenie jej na strukturze pokrewieństwa. Zarówno nienawiść, jak i miłość rodzą się w rodzinie i to właśnie poprzez rodzinne stosunki dochodzi do tej niezwykłej emocjonalnej alchemii – jedna emocja przeradza się w inną, pozornie nawet wobec niej sprzeczną. Garapich pokazuje też, że w tę historię rodzinnych zbliżeń i dystansów wciągnięci byli i ci, którzy ani do Garapichów, ani do włościańskich dzieci Kazimierza nie należeli. Choć, jak sugeruje antropolog, nieślubne chłopskie dzieci były w wielu pokoleniach wstecz, więc chociażby ze względu na to, aby uniknąć kazirodztwa, trzeba było pamiętać, kto z chłopów to chłop, a kto „lewak”. Tych pierwszych mogło być zaskakująco mało, zważywszy na to, że to właśnie „poligamiczny”, a nie „nuklearny” model rodziny szlacheckiej był najpewniej normą. Dziś dominuje przekonanie, że większość z nas ma chłopskie korzenie. Książka Garapicha pozwala mniemać, że wcale tak nie jest – większość z nas może mieć choćby odrobinę szlacheckiej krwi, nawet jeśli jest to mała kropla dodana dawno, dawno temu.

To oczywiście spekulacje, ale na pewno system ten wpływał również na tych, którzy byli z niego wykluczani. „Skutkiem poligamii jest pojawienie się mężczyzn, dla których nie starcza już kobiet, i mężczyźni ci mogą być o to wściekli”, pisze Garapich. Tutaj mamy więc inny rodzaj nienawiści – takiej, która bierze się ze straty. Pański zysk, w postaci nie jednego, ale czterech domów i czterech rodzin, to strata dla młodych chłopów. Na przykład mężczyzn, którzy musieli patrzeć, jak pan „zabiera” im kobiety. Albo kobiet, które musiały jakoś opowiedzieć się wobec pańskich zalotów lub ich braku. Popęd seksualny pana jest nawet i dla tych, którzy nie są bezpośrednio wciągnięci do poligamicznej struktury pańskiej rodziny, najważniejszym faktem, który organizuje całość rzeczywistości społecznej; jest siłą grawitacyjną, która ustawia porządek społeczny dawnej wsi. I na tym właśnie polega wybitność książki Garapicha, który jako pierwszy i do tego tak wnikliwie to opisał.