Czy poetki piszą inaczej?

Rozmowa z Anną Legeżyńską

Istnieje pewien ciąg zjawisk, który można nazwać liryką kobiecą, pod warunkiem że nie będziemy rygorystycznie dopominać się o definicję

Jeszcze 3 minuty czytania

JAROSŁAW BOROWIEC: Jest Pani autorką kilku książek o poezji. Są świadectwem akademickiego, ale zarazem prywatnego spotkania z tekstem. Co to znaczy czytać poezję?
ANNA LEGEŻYŃSKA: Na to pytanie odpowiedziałabym różnie na poszczególnych etapach mojego życia. Kiedyś czytanie poezji oznaczało dla mnie zadanie zrozumienia kogoś, czegoś, jakiegoś cudzego doświadczenia, którego nie pojmuję lub nie znam. Było to więc czytanie heurystyczne i autoedukacyjne. W tej chwili to dla mnie w większym stopniu szukanie odpowiedzi na własne, intymne pytania. Dawnej ceniłam sobie artystyczną innowacyjność, dziś o wiele bardziej interesuje mnie wartość egzystencjalnego doświadczenia. Nie chodzi tu jednak o życie autora, o liryczny autobiografizm, ale o autentyczność przeżycia, które rozpoznaję także w swojej biografii. O pokrewność sposobu reagowania na szczęśliwe bądź trudne zdarzenia życia, pokrewność wartości.

Co w takim czytaniu jest najtrudniejsze?
Może jako nauczyciel akademicki nie powinnam o tym mówić. Pogłębia się we mnie wątpliwość, o której mówił i myślał Czesław Miłosz – ile prawdy o sobie można powiedzieć w wierszu, a na ile ta prawda musi zostać ujęta w maskę i kostium, w pewną konwencję. Mam więc z czasem coraz większą świadomość sztuczności poetyckiej wypowiedzi, rygorów, które blokują intymność. I trudno mi o tym nie pamiętać, kiedy chciałabym widzieć w literaturze prawdę o życiu.

Najpierw była książka „Dom i poetycka bezdomność w liryce współczesnej” (1996), potem „Gest pożegnania” (1999), szkice poświęcone poetyckiej świadomości elegijno-ironicznej, teraz „Od kochanki do psalmistki...”. Skąd pomysł i potrzeba książki, która przygląda się liryce kobiecej?

Uświadomiłam sobie kilka lat temu, że literaturoznawstwo powinno przynosić mi także odpowiedzi na prywatne pytania, że musi być potrzebne do czegoś więcej niż tylko awans zawodowy. Te książki musiały powstać dla mnie samej, pomogły mi coś nazwać lub rozwiązać. I w tym sensie jestem z nich zadowolona.

„Dom i poetycka bezdomność” łączy się z czasem, w którym zaczęłam dostrzegać (dochodząc do symbolicznej smugi cienia), że intensywnie pracuję nad Zadomowieniem i chciałam sobie te sprawy przemyśleć przez lektury. Przeanalizowałam je, z konkluzją, której już dzisiaj bym nie powtórzyła: że nasze istnienie musi być zakorzenione, a figura Domu orientuje nasze życie. Dziś mam w sobie także gotowość do utraty tego domu pisanego wielką literą.

„Gest pożegnania” to z kolei czas lat dziewięćdziesiątych, mogliśmy wtedy obserwować na własne oczy spotkanie młodej i starej literatury. Kiedy przyglądałam się różnym poetyckim „gestom”, zauważyłam, że ten rodzaj sporu między młodymi i starymi wynika nie z kolizji języków poetyckich, ale pewnych systemów wartości. I tu dostrzegłam ową elegijność ironiczną, która była również nazwaniem postawy poza literaturą.

Najnowszą książkę zaczęłam pisać przed wielu laty z przekory wobec intensywnie rozwijającej się i promowanej krytyki feministycznej. Ta przekora nie była nawet merytoryczna, ale staram się nie myśleć zgodnie z obowiązującymi modnymi teologiami krytycznymi czy literaturoznawczymi. Wydawało mi się, że w tej formie i postaci, w jakiej teksty feministyczne w Polsce ujmowały twórczość kobiecą, mamy do czynienia z ideologizowaną interpretacją literatury. To mnie trochę irytowało i starałam się sprawdzić, w jakim stopniu możliwe jest trwanie przy innych wzorach lektury. Ta książka uświadomiła mi również, że nie mamy na liście polskich poetek nazwisk konkurencyjnych wobec nazwisk męskich, więc to musi z czegoś wynikać; że odmienność sytuacji w prozie i poezji ma swoje powody. Zaczęłam się więc przyglądać tym zagadnieniom od strony autorek, które nie są przez krytykę hołubione, a niekiedy wręcz deprecjonowane. Pytałam: czy kobiece pisanie jest inne, czy też może wcale nie chce być zgodne z oczekiwaniami, jakie przed nim stawiamy? I doszłam do wniosku, że dość ironiczny scenariusz, który sugeruję w tytule – „Od kochanki do psalmistki…” – jest scenariuszem powszechnym, choć niekoniecznym, schematycznym scenariuszem kobiecego losu, wyzwaniem, któremu trzeba sprostać.

Anna Legeżyńska,
Od kochanki do psalmistki…”.
Wydawnictwo Poznańskie, 347 stron, w
księgarniach od września 2009
Widać także, że nurt poezji kobiecej, tej, która na ogół nie jest innowacyjna ani specjalnie artystycznie odkrywcza, jest rozległy i głęboki, zatem nie należy go całkiem deprecjonować, bo przecież współtworzy mapę poezji XX wieku. I dziś, czytane po latach, pewne utwory są niesłusznie przeoczone, niektóre okazują się naiwne, wzruszające i proste, ale znów dla czytelników atrakcyjne – myślę tu chociażby o Małgorzacie Hillar.

Zatem z jednej strony przekora, z drugiej obowiązek historyka literatury, który chce z potrzeby dociekliwości sprawdzić, czy nurt poezji kobiecej istnieje i jest ważny. I odpowiedź: tak, istnieje pewien ciąg zjawisk, który można nazwać liryką kobiecą, pod warunkiem że nie będziemy rygorystycznie dopominać się o definicję.

Dlaczego? W czym tkwi problem?

W tym, że nie udaje się stworzyć jedynie słusznej definicji. W odniesieniu do prozy to częściowo zrobiono, opisano wyznaczniki prozy kobiecej. W poezji jednak znacznie silniejsza jest idiomatyczność języka. Płeć w znaczeniu biologicznym czy kulturowym nie może tak głęboko determinować twórczości literackiej, nie może być elementem decydującym. Oczywiście istnieją pewne prawidłowości, czy też statystycznie dostrzegane przejawy „kobiecości”, ale one są poddane konwencji, zmienne kulturowo. Czym innym jest kobiecość w Młodej Polsce, czym innym w dzisiejszej liryce. Definicja może dotyczyć pewnego typu wrażliwości, określonego sposobu reagowania na rzeczywistość. Natomiast jeśli chodzi o język, sprawa jest bardziej skomplikowana, dlatego że są twórczości kobiet wysoce innowacyjne, trudne, jak chociażby poezja Krystyny Miłobędzkiej, i takie, którym daleko do innowacyjności, ale mają swoją wagę, jak późna poezja Ludmiły Marjańskiej.

Czy poetki piszą inaczej? A jeśli tak, to czy udaje się stworzyć zestaw tematów, figur, postaw, którymi posługują się kobiety?

Na tle prozy – tak. A w poezji kobieta jest na przykład stosunkowo rzadko matką. Bywa też oczywiście tak, że motyw macierzyństwa staje się istotny. Być może jednak ogólnie poezja nie potrafi w pełni wyrazić doświadczenia macierzyństwa, a przecież jest to doświadczenie wyjątkowe, dostępne tylko kobietom.
Zdziwiło mnie natomiast, że kobieta jest tak „wytrwałą” psalmistką. Wcześniej nie miałam tej świadomości. Wydawało mi się, że popularność psalmu w liryce współczesnej zupełnie inaczej się przejawia. Zaskoczyło mnie również to, że poezję kobiet i mężczyzn można czytać synchronicznie, wychodząc od wspólnego motywu, wspólnego uwrażliwienia. Zrobiłam to, porównując motyw dłoni w wierszach Poświatowskiej i Przybosia.
Jeśli z kolei miałabym odpowiedzieć jako historyk literatury, to zaskoczyła mnie stosunkowo nieduża innowacyjność poezji pisanej przez kobiety. Ostrożność w asymilowaniu odważnych i radykalnych ofert artystycznych. Może kobiety tak bardzo o to nie zabiegają?

Rozmawiając o poezji kobiecej, trafiamy na dziwną prawidłowość. Z jednej strony mamy do czynienia z pewną elitarnością, z mniejszym kręgiem odbiorców, z drugiej z powszechnością, rozpoznawalnością
. Kiedy pada słowo: erotyk, wiersz miłosny, natychmiast myślimy: Pawlikowska-Jasnorzewska, Poświatowska.
Ten obraz jest jednak trochę zafałszowany. I potwierdza to jakoś przykład Pawlikowskiej. Mówimy: mistrzyni erotyku. Kiedy jednak dokładniej przyjrzałam się tej twórczości, uświadomiłam sobie, że jest to opinia niekompletna. To jest erotyzm szczególnego rodzaju, dosyć skomplikowany i niejednoznaczny. Myślę, że znacznie bardziej autentyczne, bardziej proporcjonalne do wrażliwości epoki, są erotyki Ingi Iwasiów. Zapewne jakoś sprzyja temu rozluźniony gorset konwencji i radykalnie przesunięta granica intymności.

Anna Legeżyńska

Jest profesorem historii i teorii literatury XX wieku w Instytucie Filologii Polskiej UAM w Poznaniu. Opublikowała m.in.: „Dom i poetycka bezdomność w liryce współczesnej” (1996), „Wisława Szymborska” (1996), „Gest pożegnania. Szkice o poetyckiej świadomości elegijno-ironicznej” (1999), „Krytyk jako domokrążca. Lekcje literatury z lat 90.” (2002). Jest również współautorką książek i podręczników, m.in.: „Poezja polska po 1968 roku” (z P. Śliwińskim, 2000) i „Skarbiec języka, literatury, sztuki” (z B. Chrząstowską i B. Kaniewską, 2002). Mieszka w Poznaniu.

Przywołała Pani nazwisko Ingi Iwasiów, pisarki, ale także historyczki literatury, która zaangażowana jest w dyskurs feministyczny. Dyskurs, który wiele wniósł do badań nad literaturą. Pani jednak w swojej książce go nie podejmuje. Dlaczego?

Ze względu na pewną schematyzację scenariusza interpretacji tekstu literackiego. Wydaje mi się, że nie posługując się żargonem feminizmu, mówię mniej więcej to samo, co powiedziałaby w wielu momentach krytyka feministyczna. Nie chcę zajmować pozycji przeciwniczki feminizmu, bo to niepotrzebne, ale jak już powiedziałam, nie chcę też sympatyzować z tym dyskursem, bo obawiam się ideologicznej dominacji jakichkolwiek metodologii. Mam za sobą pokoleniowe doświadczenie strukturalizmu, który bojąc się ideologizacji, jednocześnie w nią popadał. Obawiam się więc, czy tak delikatna sfera, pograniczna między literaturą a egzystencją, jaką jest płeć, nadaje się do tego, by ją obejmować podobną ideologizacją. I przeszkadza mi szybko zmieniająca się wielość odłamów feminizmu, z której trudno wywnioskować, jaki jest nurt centralny, gdzie się aktualnie znajdujemy.

Hillar, Marjańska, Świrszczyńska, Kozioł, Hartwig, Pollakówna, Lipska, Miłobędzka – to poetki, którym przygląda się Pani w swojej książce. Nie ma tu jednak Wisławy Szymborskiej. Co decydowało o wyborze autorek?

Klucz był prosty, chciałam się przyjrzeć poetkom czytanym wedle pewnego stereotypu, przeświadczenia, etykietki twórczości kobiecej. Chciałam także w tej książce przypomnieć o istnieniu rzadko dziś przywoływanych autorek i trochę zasugerować konieczność przebudowania „jedynie słusznej” mapy czy hierarchii literatury.
O Szymborskiej mówię na zasadzie prowokacji, zestawiając ją z ks. Janem Twardowskim. Miałam na biurku dwie antologie poezji o miłości, w jednej wydawca mówi, że miłość jest najważniejsza dla Szymborskiej, a w drugiej podkreśla się wagę tego motywu u poety kapłana. Z tego zestawienia wyszły dość nieoczekiwane rozpoznania.

Czy kobiety są także elegijne?

Tak, tylko elegijność kobieca ma nieco inne powody niż męska. W wierszach tego typu niepokój i smutek wynikają w większym stopniu z poczucia przemijalności urody, ciała, utraty zdolności macierzyństwa.
W poezji młodych kobiet jest być może znacznie więcej abstrakcji, może też więcej ufności i wiary w możliwość ogarnięcia doświadczenia za pomocą intelektu i dyskursu. Nie bez powodu pojawia się też problem ważny dla każdego poety, który osiąga pewien wiek: czy pisać wiersze i zajmować się literaturą. A potem, jeśli nawet ta decyzja jest pozytywna, często mamy do czynienia z dominacją formy krótkiej, zamkniętej, lapidarnej. To przecież nie znaczy, że zmienia się nasza skala doświadczenia, raczej chodzi o to, że powstaje większa dysproporcja między życiem a literaturą.

A czy udałoby się Pani wskazać najbardziej „kobiecego poetę”?

Zaskoczył mnie pan tym pytaniem, ale odpowiem bez namysłu: Iwaszkiewicz. Dlatego, że „kobiecość” nie bez powodu identyfikuje się z pewną skalą wrażliwości. Dla Iwaszkiewicza ważna jest egzystencja w zmysłowym, biologicznym doświadczeniu. W zmysłowo doświadczanej codzienności, którą wypełniają kwiaty, zapachy, światło, kolor. To jest rodzaj doświadczenia i percepcji równie ważny dla wielu autorek kobiet.


Tekst dostępny na licencji Creative Commons BY-NC-ND 3.0 PL.