Pokątnik złowieszczek: zowadzenie
fot. Delyth Angharad / CC BY-NC 2.0

22 minuty czytania

/ Obyczaje

Pokątnik złowieszczek: zowadzenie

Karolina Iwaszkiewicz

„Obcość próbuje się oswajać, zawłaszczać i wykorzystywać do swoich celów. Zwierzętom przypisuje się ludzkie cechy, uczucia i motywacje. Ale bywa też tak, że owadzią tożsamość się komuś przykleja” – trzecia część eseju o niebywałym życiu insektów

Jeszcze 6 minut czytania

W pierwszej części cyklu autorka opowiadała o bujnej klasyfikacji owadów oraz ich egzotycznym życiu seksualnym, w drugiej – o irracjonalnym strachu przed insektami i ćmach o tygrysich twarzach.

I

Obcość jest niewygodna, nie daje spokoju, kłuje i gryzie. Często po prostu się ją odrzuca.

Z odrzucenia owadziej obcości wyrastają na przykład odwołujące się do rozmaitych odmian entomofobii filmy, takie jak „Rój” (1978; o pszczołach), „Rój. Kolejny atak” (1996; również), „Mutant” (1997; o zmutowanych karaluchach), „Atak morderczych mrówek” (1998), „Mordercze pszczoły” (2002), „Dziki rój” (2005, o mięsożernej szarańczy), „Atak szarańczy” (2005), „Śmiercionośny rój” (2007; o osach), „Mrówki w samolocie” (2007), „Żądła” (2008; o pszczołach) czy „Mordercze mrówki” (2008).

Bardzo sugestywne potworne owady pojawiają się też w pierwszym tomie cyklu haińskiego Ursuli K. Le Guin. Porwany przez nie etnograf Rocannon początkowo bierze je za przedstawicieli zaawansowanego technologicznie gatunku ludzi (ich miasto jest onieśmielająco doskonałe, one same piękne i pełne królewskiej godności), ale wkrótce spostrzega, że jego złotoocy porywacze są ślepi i głusi, a potem odkrywa pomieszczenie, w którym dorastają ich larwy: „W niszy kuliło się dziewięciu Skrzydlatych, po trzech w każdym kącie – małe istotki z pomarszczonymi skrzydłami. Otaczali kręgiem jakąś wielką, bladą masę; Rocannon przyglądał jej się przez chwilę, zanim dostrzegł pysk i otwarte puste oczy. To był wiatrogon, żywy, lecz sparaliżowany. Skrzydlaci pochylali się nad nim, a ich małe, subtelnie wyrzeźbione usta całowały, całowały…”.

Obcość próbuje się też oswajać (czy może: zawłaszczać i wykorzystywać do swoich celów). W przypadku zwierząt często dokonuje się tego przez uczłowieczenie. Przypisuje się im ludzkie cechy, uczucia i motywacje, czasem w gruncie rzeczy tylko po to, by wykorzystać te zwierzęta do powiedzenia czegoś o ludziach lub sformułowania dla nich jakichś zaleceń, czasem z myślą o samych zwierzętach, po to, by je zrozumieć, czy raczej – by je sobie wytłumaczyć. Tak potraktowane owady stają się po prostu małymi człowieczkami o dziwnym, co prawda, wyglądzie i zdumiewających niekiedy obyczajach – ale w sprawach zasadniczych całkiem podobnymi do nas.

Z tym pierwszym zabiegiem mamy do czynienia chociażby w bajkach Ezopa, La Fontaine’a, Krasickiego czy Kryłowa, w których występują między innymi gadające muchy, mrówki, pszczoły, koniki polne, motyle, chrząszcze i komary, przy czym pszczoły i mrówki są zawsze bohaterkami pozytywnymi, chwalonymi za pracowitość i zapobiegliwość (w przeciwieństwie do niefrasobliwych koników polnych; „Wy, którzy lekkomyślnie czas drogi i nieprzepłacony na próżnostkach przepędzacie i o dniu jutrzejszym bynajmniej nie myślicie – poucza Ezop – nauczcie się z tego przykładu, że niedbalstwo do upadku wiedzie”), a najczarniejszymi charakterami wydają się leniwe, upierdliwe i skłonne do czczych przechwałek muchy („Bogatego próżniaka – znów Ezop – który się do dobra ludzkości nie przykłada i nic innego nieczyni, jak tylko że brzuch swój pasie, przyrównać można do muchy niepożyteczney i uciążliwey, a pracowitego człowieka do pilney mrówki”).

Ilustracja Milo Wintera do „Bajek” EzopaIlustracja Milo Wintera do „Bajek” Ezopa

Do prawienia morałów uczłowieczone mrówki wykorzystuje też starożytny przyrodnik Klaudiusz Elian („Są one bardzo chętne do pracy, niestrudzone, nigdy nie szukają wymówek ani usprawiedliwień, nie wymyślają pretekstów dla jakichś zaniedbań czy ukradkowych chwil leniuchowania. Ludzie, spójrzcie na siebie! Wymyślacie tysiące pozorów i wymówek dla waszej opieszałości. Czy trzeba wymieniać i wyszczególniać niezliczone mnóstwo okazji, które wam w tym sprzyjają? Ogłasza się na przykład Dionizje, Lenaje, Święto Garnków, procesje eleusyńskie”).

Bardziej współczesnego przykładu oswajania przez uczłowieczanie dostarcza wydana w 1912 roku książka Waldemara Bonselsa „Pszczółka Maja i jej przygody”. Maja jest młodą robotnicą, która odebrawszy krótki kurs bycia pszczółką, podczas pierwszego lotu urywa się swojej starszej towarzyszce. Zwiedza pobliską łąkę, rozmawia z różnymi owadami, ratuje innych z tarapatów i sama jest ratowana, a na koniec wydostaje się z szerszeniej niewoli i wraca do macierzystego ula, by ostrzec swój lud przed planowanym przez szerszenie atakiem. Ważną postacią w tej opowieści jest człowiek. Pszczółka, której zaraz po przepoczwarzeniu zaszczepiono miłość do ludzi oraz przekonanie, że są oni „najwyższym i najdoskonalszym tworem natury”, pragnie ich poznać i wypytuje o nich wszystkie napotkane zwierzęta (te, co ciekawe, przeważnie wypowiadają się o ludziach niezbyt pochlebnie, ale Maja to wypiera). Treść nauk, które pobiera w ulu, jest nieco niepokojąca, zwłaszcza jeśli wziąć pod uwagę antysemityzm Bonselsa i jego w najlepszym razie niejednoznaczny stosunek do NSDAP. „Pierwszą regułą, jaką musi sobie zapamiętać każda młoda pszczoła – mówi nauczycielka Mai – jest ta, że we wszystkim, co myśli i robi, winna być podobna do innych i myśleć o szczęściu wszystkich”. A potem dodaje: „Wystrzegaj się os i szerszeni. Szerszenie są naszymi najsilniejszymi wrogami, a osy to bezużyteczna, zbójecka hołota bez wiary i ojczyzny. Jesteśmy silniejsze i potężniejsze, ale one kradną i mordują, gdzie tylko mogą. Musisz używać swego żądła przeciw wszystkim owadom dla zdobycia szacunku lub dla obrony” (Maja bierze sobie do serca zwłaszcza to o osach i szacunku).

Pierwsza ekranizacja „Pszczółki Mai”: „Die Biene Maja und ihre Abenteuer”, reż. Wolfram Junghans, 1925


W zupełnie niedawnym „Trzmielowym jeźdźcu”, w którym mały człowieczek trafia do świata gadających owadów, zwierzęta są wręcz nazywane ludźmi. „Skoro ktoś potrafi mówić, to trudno go określić inaczej”. Rodzi to zresztą istotny problem etyczny: „Skoro tutaj wszyscy umieją mówić, to skąd to piekące się na rusztach mięso?”. I potem: „Słuchaj – zapytał w końcu – czy wy się tutaj, w Skarnlandzie, regularnie zjadacie nawzajem, czy ten pająk to wyjątek? – Prawo natury – odparł Burczek z godnością. – Nie rozmawiajmy o tym”.

Uczłowieczanie owadów w celu wytłumaczenia ich sobie też ma długą tradycję.

„Ćma jest zwierzątkiem samospalającym się – pisze Elian – ponieważ cieszy ją blask ognia”, a „zwłoki mrówek są chowane przez krewnych w torebkach nasiennych po pszenicy – a zatem postępują one jak ludzie, którzy chowają swoich rodziców i bliskich w trumnach”. Mrówki „z wielką uprzejmością oraz szacunkiem ustępują sobie z drogi, zwłaszcza te nieobciążone mrówkom nieobładowanym”. „Gdy mrówki idą szeregiem – czytamy z kolei w «Fizjologu» – każda z nich niesie w pyszczku ziarno. Te zaś, które nic nie mają, nie mówią do niosących: «Dajcie nam trochę waszego ziarna», ani nie zabierają im go siłą, lecz odchodzą i same sobie zbierają”.

W podobny sposób życie mrówek, pszczół i termitów próbuje sobie wytłumaczyć Maurice Maeterlinck (choć są też podstawy, by podejrzewać, że tak jak bajkopisarzom, chodzi mu głównie o prawienie morałów). Wyposaża owady w ludzkie zalety i przywary (mrówki to szlachetne istoty czerpiące najwyższą rozkosz z dzielenia się, robotnice pszczół są pracowite i skłonne do poświęceń, trutnie zaś to „uparte i niezdarne miodolizy, pełne uroszczeń, ohydnie leniwe, do niemożliwości hałaśliwe, łakome, ordynarne, niechlujne, nienasycone”, które tworzą „kastę książąt bezczynnych, żarłocznych, hałaśliwych, oddanych używaniu, zmysłowych, kłopotliwych, głupich i wyraźnie pogardzanych”), przypisuje im uczucia, dążenia i wiarę w przyszłość („Znamy ich cel i wiemy, że podobny jest do naszego. Chcą żyć w potomkach swoich tak długo, jak trwać będzie sama ziemia”). Dysponujący „cudami przemysłu i doskonałymi urządzeniami policyjnymi” ul jest ucieleśnieniem „dobrobytu, bezpieczeństwa, doskonałości architektonicznej, ekonomicznej, politycznej”, a termitiera to „srogi falanster”, w którym panują „surowość, skąpstwo marne i cuchnące, atmosfera więzienia, galer czy grobu”, o pozbawionej harmonii architekturze, jako że zbudowano go od środka i po omacku (termity „nie tylko, będąc ślepymi, nie widzą, co budują, ale nawet mogąc widzieć, nie zdałyby sobie z tego sprawy, albowiem pozostają ciągle pod ziemią. Interesuje je tylko wnętrze domostwa, a nie jego wygląd zewnętrzny”). Ślepoty zresztą chyba najbardziej Maeterlinck termitom współczuje. W pewnym momencie porównuje je do zakonników, którzy złożyli surowe śluby. „Któremuż atoli z ludzkich ascetów czy mistyków – pyta – przyszło do głowy narzucać ponadto uczniom swoim wiekuistą ciemność oraz ślub bezwzględnej ślepoty przez pozbawienie oczu?”.

Wenceslaus Hollar, ilustracja do „Bajek” EzopaWenceslaus Hollar, ilustracja do „Bajek” Ezopa

Trudno się dziwić, że tak wytłumaczone owady stają się niezrozumiałe. Dlaczego pszczoły wyrzekają się „wolności, praw i szczęścia osobistego”, zastanawia się Maeterlinck, i bohatersko poświęcają się dla wspólnego dobra? Skąd bierze się altruizm mrówki? Czemu „termit pełza po ciemnym podziemiu? Jakież uciechy, zapłatę, przyjemności i uśmiechy daje mu jego marne, ponure bytowanie? Czyż od długich milionów lat żyje wyłącznie dlatego, by żyć, to znaczy nie umrzeć, i bez końca mnożyć swój gatunek, bez wszelakiej radości i nadziei, wiodąc żywot najbardziej ze wszystkich wydziedziczony, smutny i niski?”. Żeby jakoś sobie to wytłumaczyć, Maeterlinck ucieka się do koncepcji duszy gatunku, czy też czegoś w rodzaju kolektywnej osobowości owadziego społeczeństwa. A na koniec stwierdza, że sens istnienia owadów społecznych w gruncie rzeczy sprowadza się do tego, by człowiek wyciągnął naukę z obserwacji ich zachowań: „Rzec można, że owe państwa owadzie, które nas poprzedziły w czasie, miały za cel dać nam karykaturę czy antycypowaną parodię rajów ziemskich, ku którym zmierza większość ludów cywilizowanych”.

Postrzeganie owadzich społeczeństw jako parodii czy karykatury społeczeństw ludzkich to pewna nowość. Wcześniej pszczoły i mrówki stawiano raczej za wzór, a stosunki panujące w ulach autorzy tak różni jak Wergiliusz i Szekspir przedstawiali jako lepsze wersje ustrojów, które znali. „Podobnem prawem natury i pszczoły dają królestwom naukę porządku – dowiadujemy się z «Króla Henryka V» – bo mają króla i różne urzędy: te, niby sędzie, karbów strzegą w domu, tamte, jak kupcy, za domem handlują, inne, jak żołnierz, uzbrojone żądłem, szukają skarbów w pączkach aksamitnych, ciężkie zdobyczą, z wesołą muzyką, do cesarskiego niosą łup namiotu, a cesarz, skrzętny w swoim majestacie, dogląda swoich brzęczących mularzy złote sklepienia w ulu budujących, poważnych mieszczan kształtujących miody, biednych tragarzy, cisnących się tłumnie do ciasnej bramy z kosztownym ładunkiem; tymczasem sędzia, z surowem spojrzeniem, z złowróżbym brzękiem, bladym każe katom na śmierć prowadzić tłum leniwych trutni”.

Termitiera / fot. Bengt Olof ÅradssonTermitiera / fot. Bengt Olof Åradsson

Owadzi cykl Maeterlincka pochodzi jednak z początku XX wieku, przy czym jego najmroczniejsza, środkowa część, „Życie termitów” (będąca zresztą w dużej mierze plagiatem), z roku 1926. To czasy, w których powstawały pierwsze współczesne antyutopie – powieść Jewgienija Zamiatina „My” (1920), w której jednostki w imię szczęścia ogółu rezygnują z wolności i całkowicie podporządkowują się kontrolującemu wszystkie aspekty życia Państwu Jedynemu, i „Nowy wspaniały świat” Aldousa Huxleya (1932), w którym, również w imię powszechnej szczęśliwości, w specjalnych zakładach hoduje się seryjnie ludzi należących do kilku różniących się inteligencją i preferencjami kast (pożądane efekty są osiągane za pomocą podtruwania hodowanych w butlach płodów precyzyjnie odmierzanymi dawkami alkoholu).

A także czasy, w których ci, co w owadach społecznych chcieli widzieć wzór, nie mieli nic wspólnego z Wergiliuszem i Szekspirem. „Profesor v. Frisch – pisał do nazistowskiego Ministerstwa Edukacji botanik Ernst Bergdolt w sprawie entomologa, który odkrył i opisał tańce pszczół – dysponuje właściwą żydowskim naukowcom niezwykłą umiejętnością czynienia propagandowego użytku z wyników swych badań. Z drugiej jednak strony całkowicie brakuje mu zdolności spojrzenia na swoją pracę w szerszej perspektywie, nie wspominając już o tym, że nie dostrzega w niej analogii do naturalnego urządzenia państwa narodowego, które wydają się tak oczywiste i tak łatwe do znalezienia w przedmiocie jego specjalności: pszczołach”. Według Bergdolta, pisze Raffles, struktura społeczna ula ucieleśniała nazistowską wizję państwa doskonałego: dyscyplina, podporządkowanie jednostek wspólnemu dobru, poświęcenie nierozmnażających się robotnic, skuteczne pozbywanie się osobników niewartych życia.

Próby wytłumaczenia sobie owadów poprzez uczłowieczenie prowadzą na manowce. Maeterlinck asekuruje się wprawdzie, pisząc: „Nie zdziwiłby nas wcale zarzut tego rodzaju: wszystko to są przypuszczenia bardzo ryzykowne i nadto wzorowane na człowieku. Pszczoły nie posiadają niezawodnie najmniejszego wyobrażenia o sprawach takich jak przyszłość lub miłość rasy i tylu innych, jakie w nie wmawiamy”, zwraca uwagę na trudności związane z poznawaniem tego, co obce, tworzy nawet dość wdzięczny nieadekwatny opis ludzkiego społeczeństwa z punktu widzenia „człowieka z innej planety” („Nie widzę niczego, co by kierowało ich krokami. Przez czas jakiś budują i gromadzą drobne przedmioty, a potem, pewnego dnia burzą wszystko i rozrzucają w koło siebie. Idą, wracają, gromadzą się i rozpraszają na nowo, ale trudno dociec, czy czegoś pragną, czy pożądają”) – tylko po to jednak, żeby kilka stron dalej jakby nigdy nic stwierdzić, że struktura pszczelego społeczeństwa ukazuje nam „bezwzględną logikę myśli czy kierownictwo owego bóstwa, któremu służą pszczoły”.

„Życie termitów”, podsumowuje termici badacz ludzkości, profesor Mmaa, to „szereg błędów, fałszów i fantazji”, warto jednak narażać się na niestrawność, by je odcyfrować, „jeśli bowiem ktoś wydaje swą opinię o przedmiocie, który znamy lepiej, niż on go zna, nie przedmiot jego opinii, ale osoba opiniodawcy staje się ośrodkiem naszych zainteresowań”. Po czym dostajemy znakomity i nieodparcie komiczny opis człowieka wąchanego z termiciej perspektywy – będący szeregiem błędów, fałszów i fantazji.

II

Jest też wreszcie ta opowieść, w której to człowiek zmienia się w owada. Chociaż – mimo że lekceważąc zamysł autora („Tylko nie to, proszę, tylko nie to! – pisał Kafka do wydawcy, gdy ten chciał umieścić na okładce wizerunek «potwornego robaka», w którego zmienił się Gregor Samsa. – Tego owada nie wolno rysować”), Vladimir Nabokov identyfikuje nawet owego owada jako chrząszcza i, owszem, rysuje go – nie tyle o owada tu chodzi, ile raczej o grozę samej przemiany, i to nie tylko przemiany Gregora, ale i tej, którą przechodzą jego najbliżsi („Gregor – twierdzi Nabokov – jest człowiekiem w owadzim przebraniu; jego rodzina to owady przebrane za ludzi”; owady, które na koniec, wyssawszy z Gregora życie, zrzucają maski i opuszczają kokon swego mieszkania o zbyt wielu drzwiach).

Notatki Vladimira Nabokova do „Przemiany” KafkiNotatki Vladimira Nabokova do „Przemiany” Kafki

„Przemianę” czytałam w dziwnym momencie. Redagowałam wtedy książkę o Akcji T4, po nocach śniły mi się ośrodki opiekuńczo-lecznicze III Rzeszy, budziłam się śmiertelnie zmęczona. A kiedy jestem zmęczona, odzywają się blizny w moim mózgu. Największa znajduje się mniej więcej pośrodku prawej półkuli, w tych rejonach, które odpowiadają za przewodzenie bodźców z lewej strony ciała. Kiedy się zmęczę albo nie wyśpię, ta lewa strona lekko sztywnieje i drętwieje. Nie widać tego i technicznie rzecz biorąc, w niczym to nie przeszkadza. Po prostu skóra staje się jakby głucha, jakby ściśnięta zbyt ciasnym ubraniem. Problem w tym, że te wrażenia mają w sobie coś nieopisanie obrzydliwego. Czuję się, jak gdyby moja skóra zamieniała się w owadzi pancerz, a chociaż naprawdę lubię większość owadów, to, no, są pewne granice. Seth Brundle, po pierwszej euforii, też wcale nie chciał być muchą („Jestem owadem – mówi; Cronenberg przyznaje, że to nawiązanie do Kafki – któremu śniło się, że jest człowiekiem, i to był cudowny sen. Ale teraz sen się skończył i owad się zbudził”).

Dlatego sprawa była dla mnie porażająco jasna – czytałam historię o ciężkiej, prowadzącej do poważnej niepełnosprawności chorobie. Takiej jak moja jeszcze 30 lat temu, kiedy nie istniały leki, które spowalniają jej postęp. Wszystko się zgadzało, to znaczy zgadzało się z najgorszym, co widziałam na szpitalnych korytarzach, najgorszym, czego się domyślałam, najgorszym, co ćwiczyłam w myślach, na przyszłość, bo do niedawna leki, które biorę, refundowano tylko przez pięć lat. Sztywność, trudności z poruszaniem się, zaburzenia mowy. Wstyd, izolacja, zapadanie się coraz głębiej w swój potworny stan i bycie spychanym przez innych w nieludzkość. Dwuznaczna niesamodzielność, która z jednej strony przynosi ulgę od codziennych obowiązków, ale z drugiej – uzależnienie od innych i poczucie, że jest się ciężarem. I reakcje tych zdrowych – strach, zakłopotanie, litość wymieszana z odrazą, zawłaszczanie cierpienia, nieuznające sprzeciwu obsadzanie się w roli ekspertów od potrzeb chorej lub chorego, dystans, odrzucenie.

„On musi zniknąć”, stwierdza w końcu tak początkowo życzliwa, wydawałoby się, siostra. „Gdyby to był Gregor, od dawna by już zrozumiał, że współżycie ludzi z takim stworem jest niemożliwe, i odszedłby dobrowolnie”.

W 1920 roku ojciec jednego z pensjonariuszy placówki opiekuńczej w Grosshennersdorfie, czytałam w ciągu dnia, na zadane przez kierownika w ankiecie pytanie: „Czy zgodziliby się państwo na bezbolesne skrócenie życia swojego dziecka, gdyby fachowcy stwierdzili u niego nieuleczalny debilizm?”, odpowiedział: „Wolałbym nic o tym nie wiedzieć”.

„Potem wszyscy troje wyszli razem z domu – czytałam wieczorem – czego nie robili już od miesięcy, i pojechali tramwajem za miasto. Wagon, w którym siedzieli sami, był cały prześwietlony ciepłym słońcem. Wygodnie oparci na swoich miejscach, omawiali widoki na przyszłość”.

Bywa też tak, że owadzią tożsamość się komuś przykleja. Ze dwa lata wcześniej, jeszcze w innym biurze, zastałam rano zamkniętą kuchnię. Na drzwiach wisiała kartka z napisem NIE WCHODZIĆ!!! To dlatego, wyjaśniły mi koleżanki, że była dezynsekcja i teraz w kuchni jest pełno martwych prusaków. Cała podłoga. Nie wiedziałam wtedy zbyt wiele o prusakach. Prawdę mówiąc, do dziś mam wrażenie, że ludzie zabijają je głównie dlatego, że się ich brzydzą.

Prusaki, przeczytałam w internecie, rozmnażają się bardzo szybko, są nosicielami groźnych chorób, a zgromadzone w większej ilości wydzielają wyjątkowo nieprzyjemny zapach. Poczułam się nieswojo, ale nie umiałabym powiedzieć dlaczego. Zrozumiałam to dopiero wieczorem, kiedy leżąc w łóżku ze strasznym bólem głowy, myślałam o całej podłodze martwych prusaków. (Nie wiedziałam, czym je zabito; sekretarka zapewniała, że czymś nieszkodliwym dla ludzi).

To obcy. Nie są jak my, nie wyglądają jak my, nie postępują jak my. Mnożą się na potęgę, jest ich masa. Oszukują nas, skrywają przed nami swoją prawdziwą naturę. Wchodzą do naszych domów, zjadają nasze jedzenie, piją naszą krew. Żyją w brudzie, śmierdzą, przenoszą choroby.

„Robactwo”, „karaluchy”, „pluskwy”, „wszy” to bardzo poręczne etykietki. Przykleja się taką jakiejś grupie ludzi – i etykę zastępuje higiena. „Tutsi to karaluchy” – mówił w 1992 roku Léon Mugesera. „Antysemityzm – mówił w 1943 roku Heinrich Himmler – to dokładnie to samo co odwszawianie”. Cyklon B pierwotnie był środkiem owadobójczym.

W kolejnym, ostatnim już odcinku cyklu, autorka zastanowi się, jak to jest być pokątnikiem złowieszczkiem i czy owadom można współczuć.

Źródła

Götz Aly, „Obciążeni”, przeł. Viktor Grotowicz, Czarne, Wołowiec 2015.
„Bajki Ezopa. Dzieło dla szkolnej młodzieży przeznaczone z krótkim opisem życia autora”, Wilhelm Bogumił Korn, Wrocław 1831, bit.ly/31bHZn8.
Susan Bernofsky, „On Translating Kafka’s «The Metamorphosis»”, bit.ly/2xxvvt7.
Waldemar Bonsels, „Pszczółka Maja i jej przygody”, przeł. Maria Kreczkowska, Śląsk, Katowice 1989.
David Cronenberg, „Mucha”, Brooksfilms, 1986.
Klaudiusz Elian, „O właściwościach zwierząt”, przeł. Anna M. Komornicka, Prószyński i S-ka, Warszawa 2005.
„Fizjolog”, przeł. Katarzyna Jażdżewska, Prószyński i S-ka, Warszawa 2003.
Franz Kafka, „Przemiana”, przeł. Juliusz Kydryński, PIW, Warszawa 2016.
Richard T Kelly, „Kafka’s «Metamorphosis»: 100 Thoughts For 100 years”, bit.ly/2Wq0zEH.
Ursula K. Le Guin, „Świat Rocannona”, przeł. Danuta Górska, Lech Jęczmyk, Prószyński i S-ka, Warszawa 2015.
Maurice Maeterlinck, „Życie mrówek”, przeł. Adam i Maria Czartkowscy, Alfa, Warszawa 1992.
Maurice Maeterlinck, „Życie pszczół”, przeł. Franciszek Mirandola, Wydawnictwo Polskie R. Wegnera, Warszawa 1949.
Maurice Maeterlinck, „Życie termitów”, przeł. Franciszek Mirandola, Książka i Wiedza, Warszawa 1958.
Vladimir Nabokov, „Lecture on «The Methamorphosis»”, bit.ly/2Iz9Q8r.
Hugh Raffles, „Insectopedia”, Pantheon Books, New York 2010.
Monika Żółkoś, „Insektosemityzm”, w: „Narracje o Zagładzie” 2017, nr 3, bit.ly/2Kv62Yo.
Verena Reinhardt, „Trzmielowy jeździec”, przeł. Ryszard Turczyn, Znak, Kraków 2019.
William Shakespeare, „Król Henryk V”, przeł. Leon Ulrich, Gebetner i Wolff, Kraków 1895.
Stefan Themerson, „Wykład profesora Mmaa”, W.A.B., Warszawa 2013.

Tekst powstał we współpracy z Nagrodą Literacką Gdynia.

Nagroda Literacka Gdynia