Thom w późnym kapitalizmie
anyonlinyr, CC BY 2.0

Thom w późnym kapitalizmie

Piotr Kowalczyk

Co z tego, że nowa płyta wokalisty Radiohead przypomina zły trip lewicującego studenta? Lepszego soundtracku do najczarniejszych scenariuszy nie znajdziemy. Thom Yorke nie boi się łatki panikarza. Sam mówi, że to płyta o rozpadzie społeczeństwa

Jeszcze 2 minuty czytania

W maju tego roku zespół Radiohead padł ofiarą kradzieży. Ktoś opublikował w sieci 18 godzin sesyjnych nagrań do legendarnego „OK Computer”. Zespół natychmiast udostępnił je na bandcampie za darmo, a ewentualne wpłaty od fanów przeznaczył dla Extinction Rebellion – grupy aktywistów idących na bezpośrednie starcie z politykami ignorującymi kryzys klimatyczny. How Radiohead is that? Podobnych aktywistycznych gestów grupa z Oxfordu ma na koncie dziesiątki. To oni walczą o jak najmniejszy ślad węglowy granych przez siebie koncertów – trend, który zaczął pojawiać się na coraz większej liczbie festiwali muzycznych. To oni byli pierwszą wielką grupą rockową, która (już w 2007 roku) udostępniła fanom swój nowy materiał za darmo według zasady „płać, ile łaska”. Wydanie płyty „In Rainbows” Radiohead ogłosili wtedy na zaledwie kilka dni przed premierą, co potem stało się dość popularną praktyką wśród gwiazd popu, m.in. Beyoncé czy Kanyego Westa. W 2011 roku premierze płyty „The King of Limbs” towarzyszyła specjalna aktywistyczna gazeta, którą dostać było można w kilkudziesięciu miejscach na świecie, m.in. warszawskim lokalu Krytyki Politycznej (redaktorzy „Guardiana” sprowokowani tym, że Radiohead wchodzą im w kompetencje, postanowili wtedy w rewanżu nagrać, pod nazwą Radio-Eds, cover ich najbardziej znanej piosenki – efekt artystyczny niech każdy i każda oceni sama).

Thom Yorke, ANIMA, XL Recordings 2019Thom Yorke, ANIMA”,
XL Recordings 2019
W czerwcu niespodziewanie ukazał się trzeci solowy album Thoma Yorke’a „ANIMA”. Jemu również towarzyszyła wiralowa kampania reklamowa. W londyńskim metrze pojawiły się plakaty reklamujące fikcyjną firmę ANIMA Technologies, rzekomego wynalazcę kamery rejestrującej sny. Po dodzwonieniu się pod wybrany numer najbardziej dociekliwi mogli usłyszeć jednostajny męski głos recytujący formułki prawne pobrzmiewające Wielkim Bratem – wiadomość, że firma ANIMA została zamknięta z powodu nielegalnych działań, i fragment utworu „Not the News” (konkretnie jego instrumentalną część, przypominającą elektroakustyczne poszukiwania Studia Eksperymentalnego Polskiego Radia).

Również tu mamy do czynienia z radioheadowym bingo – jest przechwycenie języka reklamy i coachingu, jest odwołanie do snów (o których Yorke kompetentnie opowiada w oficjalnym wywiadzie promocyjnym i do których nawiązuje w kilku piosenkach na „ANIMIE”) i myślenie o technologii godne J.G. Ballarda albo Philipa K. Dicka. Zresztą inną odnogą wątku „Radiohead a kapitalizm” byłaby poetyka nazw efemerycznych firm, które posiadają prawa do twórczości muzyków zespołu: Unreliable Ltd, Unsustainabubble czy Xurbia Xendless Ltd. Ale to już insajderskie żarty przeznaczone raczej dla fanatyków tematu.

Drugim elementem promocji „ANIMY” był udostępniony na Netfliksie film Paula Thomasa Andersona, w którym główną rolę grają Thom Yorke i jego partnerka Diana Roncione. Obraz zaczyna się od lunatycznego tańca zuniformizowanych ludzi-robotów w londyńskim metrze, a kończy podróżą pary tramwajem po czeskiej Pradze. Gdy Thom Yorke budzi się nad ranem w pustym tramwaju stojącym na pętli, jego partnerki już nie ma.

Całość wygląda jak wariacja kolejno na temat: „Metropolis” Fritza Langa, odcinka „Black Mirror”, „Zakochanego bez pamięci” i teledysków Kate Bush. Wszystko podlane paranoicznym sosem, wzmocnionym przez trzy towarzyszące w tle utwory z płyty „ANIMA”: „Not the News”, „Traffic” i „Dawn Chorus” . To elektronika bogata w laptopowe bity spod znaku wytwórni Warp (matecznika IDM-u, inteligent dance music), która od czasu płyty „KID A” stała się brzmieniem firmowym Radiohead. Można bez pudła zakładać, że tego rodzaju brzmienie mówi: opowiem coś niepokojącego, coś związanego z niedaleką przyszłością i zagrożeniami technologicznymi.

Współautorem kompozycji jest tutaj wieloletni producent płyt Radiohead i solowego Yorke’a, Nigel Godrich. Zostajemy więc raczej w strefie komfortu. Ciekawym punctum albumu są sample głosów – słyszymy generator mowy, krzyczące dzieci czy coś, co brzmi jak kaseta z motywacyjnymi sloganami. Również wokal samego Yorke’a poddany jest licznym manipulacjom.

Wokalista Radiohead – solo lub ze swoją macierzystą grupą – przynajmniej od 22 lat bierze się za bary z tematyką przekraczającą pojmowanie maluczkich (wyjątkiem jest może miniseria utworów Radiohead traktujących o wypadkach samochodowych – ich niebezpieczeństwo akurat każdy w miarę ogarnia). Wątkiem przewijającym się przez „OK Computer” był efekt działania technologii na nasze ciała i psychikę. „Hail to the Thief” stało się głosem wymierzonym w machinę wojenną USA. Na solowym debiucie „Eraser” (2006) ostrzegał, że do katastrofy ekologicznej pozostało niewiele czasu. Artwork tamtej płyty odwoływał się zarówno do brytyjskiej średniowiecznej legendy o królu, który próbował okiełznać naturę, jak i do ballardowskiej wizji zatopionego Londynu.  

Wątki ekologiczne pojawiają się również w tekstach na jego najnowszym solowym albumie „ANIMA”. Jak więc pisać o nowej płycie i jak słuchać nowego Thoma Yorke’a, gdy według ostatnich doniesień wieczna zmarzlina topi się w niespodziewanie szybkim tempie, uwalniając potencjalnie bardzo groźny dla stabilności ziemskiego klimatu metan? Lepszego soundtracku do najczarniejszych scenariuszy nie znajdziemy. Yorke nie boi się łatki panikarza. Sam mówi, że to płyta o rozpadzie społeczeństwa. Nie buduje przy tym szczególnie spektakularnej wizji przyszłości – to raczej jej króciutkie przebłyski i pojedyncze sceny, przeczucie koszmaru, a nie jego dokładna mapa. Czy to wszystko nie brzmi przypadkiem jak zły trip lewicującego studenta? Tak, ale talent Yorke’a i Godricha polega na tym, że tworzą oni przy okazji spójny dźwiękowy świat, który zawiera bardziej złożony ładunek emocjonalny.

Nie da się pisać o „ANIMIE”, nie dotykając warstwy publicystycznej. Sama muzyka też wzmacnia przekaz tej płyty. Yorke i Godrich niewątpliwie potrafią tworzyć atmosferę. Wijący się bas w „Impossible Knots”  buduje klaustrofobiczną duszność. Sama piosenka opowiada… o zdesperowanym biznesmenie, a dokładnie o braku działającego wi-fi wtedy, gdy jest ono nam cholernie potrzebne.

To płyta pełna stanów i afektów, ale niekoniecznie wspaniałych, no dobrze, chociaż zapamiętywalnych piosenek. To dziwne, tym bardziej że aranże, instrumentarium są tutaj bardzo zróżnicowane. Jednocześnie Yorke nie próbuje wychodzić poza swoją wokalną manierę, a język elektroniki na „ANIMIE”, szczególnie przy tegorocznych szaleństwach Holly Herndon, również trochę trąci myszką.  

Czasem jest jednak tak, że album jako całość potrafi obronić, ponieść, zbudować jego dramaturgię dosłownie jedna piosenka. Znajdujący się na „ANIMIE” pod indeksem czwartym „Dawn Chorus” to chyba najbardziej poruszający utwór, który wyszedł spod ręki Yorke’a od dobrych kilkunastu lat. Trudno dyskutować z tezą, że to kulminacyjny moment na „ANIMIE”. Odmienny formalnie i rytmicznie od reszty albumu, oparty jest na prostym patencie – jednostajnym harmonicznym motywie syntezatora. Tego rodzaju kompozycja byłaby całkiem na miejscu nawet na uważanym za arcydzieło „Kid A”. W warstwie tekstowej Yorke opuszcza rejestr paranoiczno-katastroficzny. Nastrój jest tutaj bardziej elegijny – Yorke śpiewa emocjonalnie przytłumiony. Jeśli istnieje kanon piosenek pop opowiadających o stracie i nieobecności (można też upierać się przy tym, że to temat 90% muzyki pop), to „Dawn Chorus” niewątpliwie do niego dołącza. To jeden z tych utworów, które nie mówiąc nic wprost, świetnie oddają uczucie jednostkowej bezsilności i dryfu. A wokalista Radiohead z pewnością zgodziłby się z tym, że to, co prywatne, mówi również dużo o świecie dookoła.

Tekst dostępny na licencji Creative Commons BY-NC-ND 3.0 PL