Test jednokrotnego wyboru
Connor Danylenko

22 minuty czytania

/ Obyczaje

Test jednokrotnego wyboru

Agata Sikora

Jak mamy się zachowywać, jakie relacje stwarzać, jakie instytucje tworzyć, jak pisać i mówić, by świat społeczny nie redukował się do ról bijącego i bitego, okazującego pogardę i pogardzanego? Jak opowiedzieć sobie o przemocy, która wydarzyła się w Białymstoku?

Jeszcze 6 minut czytania

Plac zabaw w ogrodzie botanicznym Kew Gardens – wybuch słońca, kwiatów, dziecięcej radości nieznającej rasy, klasy ani orientacji seksualnej, mieszającej języki, mody i akcenty – piaskownica Babel. Moje dziecko rusza właśnie w stronę kopca, z którego startują zjeżdżalnie, gdy przez przypadek podcina je starszy rozpędzony chłopiec. Maluch jak długi pada w piach, gramoli się z niego na granicy płaczu, więc już mam ruszyć, by odegrać tę kłamliwą rolę sił wyższych, co to reagują na niewinne cierpienie… Nim jednak to zrobię, blondynek zatrzymuje się, zawraca, przytula moje dziecko, coś mówi. Może jest „z natury” bardziej empatyczny, może nie – to nie ma znaczenia, bo jego reakcja jest po prostu zgodna ze skryptem, do którego małe dzieci są trenowane w przedszkolach, szkołach, klubikach dziecięcych; skryptem, który obserwują w dorosłej przestrzeni publicznej.

Nie można brytyjskiego systemu idealizować ani stawiać za wzór: jest oparty na bardzo silnych nierównościach edukacyjnych, wciąż powszechne jest szkolnictwo niekoedukacyjne i wyznaniowe, przemoc szkolna była i jest olbrzymim problemem – nawet w tych bajecznie drogich elitarnych placówkach (psycholog Joy Schaverien wyróżniła nawet boarding school syndrome). Moje osobiste doświadczenia imigranckiej mieszkanki zachodniego Londynu (uchodzącego za bezpieczniejszy) są jednak takie, że na poziomie wczesnej edukacji systemowo próbuje się temu przeciwdziałać. W przedszkolu przejawy dziecięcej agresji i wszelkie urazy fizyczne wymagają raportu podpisanego przez rodziców – nie jest to kara ani ostrzeżenie, ale zdanie sprawy z faktu, który jest uznawany za istotny. Rządzi tu oparta na procedurach, Foucaultowska miękka biowładza wpisana w codzienne rytuały, formalne procedury, za cel stawiająca sobie nie dziecięcą schludność (młode codziennie wraca wytytłane jak nieboskie stworzenie), ale samodzielność, autonomię, a zarazem zdolność podpoprządkowania się regułom. Mam mieszane uczucia w stosunku do piosnek o tym, „że moje oczy patrzą, uszy słuchają, a ręce leżą spokojnie” i coachingowych przyśpiewek „we finished, we finished we’ve done very well”, ale trudno mi nie podziwiać efektów: na placach zabaw dzieci cierpliwie czekają na swoją kolej, potrafią być asertywne – również w stosunku do obcych dorosłych.

Podobna ambiwalencja uderza mnie, gdy wracając z Kew, przechodzimy obok supermarketu Sainsbury’s chwalącego się „dumnym wspieraniem społeczność LGBT+”. Z jednej strony wiem, że to łatwy komerycyjny chwyt. Londyńska utopia różnorodności opiera się na brutalnym podziale klasowym, a Sainsbury’s należy do arystokratycznej rodziny najpewniej zatrudniającej pracowników na tutejszy odpowiednik „umowy śmieciowej”, zero hour contract. Z drugiej strony jest coś rozdzierającego w oczywistości tego ogłoszenia, kiedy myślę o wydarzeniach w Polsce. Jest niedziela 21 lipca 2019, dzień po pierwszym Marszu Równości w Białymstoku.

Weekend samodzielnego rodzicielstwa, a w nocy redagowanie – nie miałam czasu śledzić, co się dzieje, a ton doniesień prasowych zdawał się uspokajający (choć co to znaczy, że widząc atak, policja zareagowała po interwencji dziennikarzy?). Dopiero wieczorem, gdy odbieramy współrodzica z lotniska i on przejmuje kierownicę, z rosnącym przerażaniem czytam relację Jacka Dehnela, a potem kolejne głosy, opowieści, komentarze. Obraz, który się z nich wyłania, jest porażający: atmosfera pogromowa, pełen przekrój wiekowy z paletą przemocy dostosowaną do temperamentu, tradycyjnej roli płci, możliwości fizycznych i statusu – od śpiewania z różańcami po rzucanie kostką brukową. Nieskuteczne działania policji, udział lokalnych prawicowych polityków w blokadach kiboli, wsparcie Kościoła.

Ogarnia mnie strach, choć ja oczywiście nie mam czego się bać. Mieszkam teraz w Londynie, konfiguracja mojego życia osobistego jest tak konwencjonalna, że aż samej chce mi się z tego śmiać. Nie muszę się martwić o swoje dziecko, partnera, najbliższą rodzinę. Ale coraz częściej się boję: o przyjaciół, o bliższych i dalszych znajomych…

I tutaj STOP, do cholery, STOP.

To tak naprawdę nie ma znaczenia – te nasze emocje, osób, które na razie oszukują się, że są względnie bezpieczne. Nie ma znaczenia, czy my teraz osobiście mamy się czego i o kogo bać, czy nie – konstrukcja retoryczna „Boję się o przyjaciela geja, więc…” nie jest wcale tak odległa od „Mam przyjaciela geja, ale…”. Nie ma znaczenia, czy to się dzieje w Białymstoku, Warszawie, Sieradzu czy Rzeszowie. Nie ma znaczenia, jakie mamy przekonania polityczne czy religijne, w jakich pozycjach lubimy i z kim, czy mamy ochotę zafundować światu rumiane bobasy, czy nie.

Bo to jest proste jak konstrukcja cepa; to test jednokrotnego wyboru:

a) akceptujesz fizyczną przemoc wobec słabszych i bezbronnych
b) nie akceptujesz fizycznej przemocy wobec słabszych i bezbronnych

Odpowiedź a: jesteś faszystą.
Odpowiedź b: kimkolwiek jesteś, z czymkolwiek teraz się identyfikujesz, musisz być teraz antyfaszystą i potraktować tę sprawę naprawdę poważnie.

To jeszcze nie ja

Od kilku lat słowo „faszyzm” powraca w głównym nurcie, w tym samym rytmie co spory, czy użycie go jest już adekwatne. Powtarzają się historyczne porównania, z których możemy się dowiedzieć, gdzie sytuujemy się na osi czasu względem apokalipsy (czy to 1933, czy może już raczej 1938). Towarzyszy temu mądrość, że historia lubi się powtarzać, a my nie wyciągnęliśmy z niej lekcji. A zatem w ramach nadrabiania zaległości wpadamy w rytm facebookowych oburzeń, pozwalających docenić stylistyczną urodę i retoryczną moc słynnego stwierdzenia Martin Niemöllera (o tyle zresztą optymistycznego, o ile zakłada, że po ciebie przychodzą na końcu), zdać sobie sprawę, że w państwach faszystowskich „słońce wschodziło i zachodziło o normalnej porze, opromieniając dachy domostw i wzgórz zieloną spadzistość”, przypomnieć sobie, że „bakcyl dżumy nigdy nie umiera i (…) nadejdzie być może dzień, kiedy na nieszczęście ludzi i dla ich nauki dżuma obudzi swe szczury i pośle je, by umierały w szczęśliwym mieście”, a także, że „ludzie ludziom zgotowali ten los” i że „nigdy więcej!”.

Tak stosowane słowo „faszyzm” służy raczej ewokowaniu grozy niż odsyłaniu do swojego desygnatu. Kiedy zatem czytam relacje z „polowania na pedała”, desygnat daje mi w twarz na odlew. Tyle że i „polowanie na pedała” to też jest oszustwo, dzięki któremu, jeśli jesteś hetero, możesz odczuć to wstydliwe, żenujące poczucie ulgi: „To nie ja, to jeszcze nie ja”. Naga prawda natomiast jest taka, że chodzi tu o polowanie na ludzi. I to nie byle jakich ludzi: chodziło o ludzi znacznie słabszych, ludzi bezbronnych.

Wydarzenia na tej paradzie równości (jak zresztą i wcześniejsze ataki nacjonalistów) wybudzają z fantazji o „wyjątkach” wpisanych w domniemany „kodeks honorowy” – o „tradycyjnej przemocy”. Ofiarą padły osoby LGBT+, ale również wspierający ich heterycy. Mężczyźni, kobiety i dzieci, w tym osoba poruszająca się na wózku, pod który specjalnie rzucano petardy. Ci zaangażowani w marsz i te postronne.

Czym innym jest wiedza, czymś innym naoczność – nie wspominając nawet o stanięciu twarzą w twarz z wymierzoną przeciw tobie nienawiścią. Gdyby nie zawodowe zobowiązanie, poprzestałabym na relacjach – bez oglądania filmików. Nie lubię scen przemocy – nawet przy serialach często zamykam oczy, choć wiem, że to tylko gra, sztuczna krew, choreografia gwałtu. Nie zapuszczam się w odmęty prawicowego internetu. Nie widziałam ani jednego kawałka Wiadomości TVP – to, co tam się dzieje, dociera do mnie zawsze w analitycznym bądź ironicznym zapośredniczeniu. Nie narażam się dobrowolnie na absurd, agresję i przemoc.

A jednocześnie łapię się na tym, że zaczyna mnie odrzucać sentymentalizm i patos nawoływań „za sprawę”. Wiem, że w dużej mierze dlatego, że uciekam od konfrontacji z rzeczywistością, wobec której czuję się bezsilna. To taki mechanizm: smutny, ale prawdziwy, bardzo ludzki. Zwykła reakcja na strach przed przemocą. Trzeba próbować go w sobie przełamać, ale trzeba też umieć go w sobie zrozumieć.

Ja akurat nie mam w sobie odwagi blokowania faszystów na demonstracjach, chodzenia w tęczowych flagach wśród brunatnych tłumów; gorzej, ja często odpuszczam wdawanie się w dyskusję z uwagami homofobicznymi, seksistowskimi, rasistowskimi itd. Gdybym to zawsze robiła, miałabym poczucie nieustannego życia na linii frontu. Znam je z autopsji, z przeszłości, z innych pól. I dlatego nie mam zamiaru potępiać siebie samej za strach – że po prostu, tak po ludzku, nie chcę iść na front, jeśli nie muszę tam być, że wolę względnie bezpieczny okop, a czasem uciekam na dalekie tyły. Odwaga też od czasu do czasu się pojawia – ale to raczej wyjątek niż reguła.

Relatywny luksus większości z nas polega na tym, że nie stoimy przed alternatywą: bądź heroiczna albo zostaniesz zniszczona. Fundamentalny problem leży natomiast w tym, że wiele z nas skłonne jest interpretować tę sytuację jako: bądź heroiczna albo udawaj, że jest normalnie. Może warto zatem wyznaczyć sobie bardziej realistyczny horyzont: nie, nie jest normalnie i nie musisz być heroiczna. Między heroizmem a udawaniem, że nic się nie stało, jest naprawdę olbrzymie pole do zagospodarowania.

Pierwszym krokiem jest chyba urealnienie swojego spojrzenia na przemoc, opartego na liberalnych fantazjach o nieugiętych jednostkach, dla których domyślną odpowiedzią na zagrożenie jest bunt i odważny opór. Lepiej powiedzieć sobie wprost: „Boję się przemocy”, niż umniejszać jej wpływ na rzeczywistość. Lepiej powiedzieć: „Nie umiem być cały czas na tym froncie”, niż udawać, że go nie ma, że ludzie obok mnie (jeszcze nie ja!) muszą na nim być cały czas. I nie chodzi tu tylko o nasze rodziny, przyjaciół i znajomych, ale naszych współobywateli, młode pokolenie. Dzieci.

Warsztaty życia obywatelskiego

Gdy wracamy z lotniska, przez przypadek włącza się filmik z relacji i naszym samochodem wstrząsa ryk „WY-PIER-DALAĆ”, a ja nerwowo przebiegam palcami, żeby wyłączyć to jak najszybciej, bo przecież TU JEST DZIECKO. Znamienny gest: nie chcę konfrontować swojego trzylatka z realnością przemocy nawet tu, dwa tysiące kilometrów od miejsca wydarzeń, w medialnym zapośredniczeniu. A przecież w zajściach na ulicach Białegostoku brały udział również dzieci.

Niektóre w wózkach, przed które rzucano butelki i race, otoczone policyjnym kordonem, strachem swoich opiekunów. Maluch wystawiony przez ojca jako osłona kontrmanifestacyjnej blokady; inny, któremu krzycząca „wypierdalać” mama wysunęła z piąstki środkowy palec. Postronna dziesięciolatka z matką i zaatakowaną grupą ukrywa się w aptece. „Mamo, ja się boję” – płacze dziewczynka, a kobieta gładko wchodzi w swą fałszywą rolę siły transcendentnej wobec pogromowej atmosfery, dynamiki tłumu, praw fizyki i cywilnego realizmu, dziarskim głosem odpowiadając: „Nie bój się nic, nic się nie stanie. To tylko tumany strzelają”. To ona musi odpowiedzieć na wyduszone przez łzy pytanie „Dlaczego?”: „Bo ludzie są nietolerancyjni jedni dla drugich, rozumiesz?”.

No i są też dzieci starsze, raczej już w kryzysie wiary w nadludzkie moce rodziców. Wiadomo – nie takie niewinne, słodkie i rozkoszne. Zdolne już samodzielnie ułożyć dłonie w takie gesty, na jakie mają ochotę; rozpoznające swoje ciało, pożądania, miłość. Pobite przez dorosłych nastolatki, świadome, że nie obroniła ich policja, a agresja miała ideologiczne zaplecze ze strony instytucji: Kościoła, rządzącej partii, mediów. Właśnie dostają nie tylko twardą lekcję homofobii, ale też praktyczną lekcję życia obywatelskiego.

Jak można robić coś takiego dzieciom? – to chyba jedyny okrzyk, który prawica i lewica podnoszą unisono. Dziś wszystkie dzieci, które minęły się ze sobą 20 lipca 2019 w Białymstoku po różnych stronach dorosłych barykad, są przedmiotem retorycznej troski. Jeśli jednak spotkają się za piętnaście lat, nikogo już nie będzie obchodzić, komu mama układała rączkę w geście fucka, a komu tłumaczyła, że „tumany strzelają”. Kto miał wzwód, widząc dwóch przytulających się mężczyzn pod tęczową flagą, i słyszał krzyk własnego taty, więc tym głośniej krzyczał: „JEBAĆ PEDAŁÓW”. Kto, widząc nienawiść własnej mamy na widok przytulonych lesbijek, właśnie zaczął podawać w wątpliwość jej nadludzkie moce.

Jeśli jednak ci sami ludzie spotkają się za piętnaście lat w podobnych okolicznościach, będą już tylko faszystami i ich potencjalnymi ofiarami – a cała nasza socjologiczna i psychologiczna wiedza o mechanizmach działania przemocy dyskretnie wyparuje.

Powiedzmy to bardzo mocno: rozumienie powodów, dla których ludzie stosują przemoc albo na nią przyzwalają, nigdy nie jest i nie może być obowiązkiem ludzi, którzy padają ofiarą tej przemocy. Powinni się go natomiast podjąć ci, którzy mogą sobie powiedzieć: „To jeszcze nie ja”.

Naznaczenie przemocą – metamorfozy

Wiosną tego roku ukazały się dwa osobiste teksty analizujące genderowe i systemowe uwarunkowania traumatyzującej przemocy pisane z męskiego punktu widzenia. W „Boisku” Grzegorz Uzdański opisuje sytuację, w której jako chłopiec został zmuszony do brania udziału w „solówie” przez młodszego, ale znacznie silniejszego przeciwnika. Patrzący na sytuację dorosły nie zareagował – w jego oczach sprawa mieściła się w granicach chłopackiej zabawy. Prośby i argumenty bitego, że już naprawdę ma dość, w niczym nie pomogły. W tej sytuacji zdesperowane dziecko zgodziło się wykonać upokarzający gest, by przerwać bicie – co tylko pogorszyło jego sytuację. Widząc to, rówieśnicy rozpoczęli polowanie, by zmusić go do kolejnych poniżeń. „Nawet teraz, po 25 albo 27 latach, ciągle się wstydzę tego, co zrobiłem na tamtym boisku, i piszę o tym między innymi dlatego, żeby ten wstyd przełamać. (…) miałem poczucie, że zachowałem się nieetycznie (czy może nieestetycznie), niewłaściwie, niemęsko, poddając się wtedy”. Dziś Uzdański umie zobaczyć w tej sytuacji efekt utożsamienia siły i sprawczości z przemocą, a siebie jako skrzywdzonego, któremu należy się wsparcie. Wspomina jednak o trenowaniu sportów walki i zadaje sobie pytanie: czy wciąż nie tkwi w nim potrzeba zrehabilitowaniem się przed czytelnikiem, pokazania, że teraz już umie się bić?

W przypadku Marcina Stachowicza przemoc nie łączy się z jednym wydarzeniem, lecz strumieniem życia. By zostać uznanym za „pedała” i „cwela”, nie trzeba być chłopakiem czującym pociąg do chłopców – wystarczy „niechęć do sportu i przemocy”, drobniejsza budowa ciała, zatopienie w myślach, odmienny ubiór (co potwierdza tylko, że homofobia jest używana jako pretekst do wyżycia się na słabszych). Przemoc szkolna odciska piętno na psychice i ciele, które wkrótce samo odpowiada na nią w autodestrukcyjny sposób. W czasach, kiedy autor zaczyna trafiać do szpitala na obdukcję po pobiciach, jego znajomi z subkultury punkowo-metalowej przechodzą „spektakularne metamorfozy”: golą głowy, naszywają falangi i celtyki, zaczynają chodzić na spotkania Młodzieży Wszechpolskiej (Roman Giertych za chwilę zostanie ministrem edukacji). To od nich Stachowicz usłyszy po raz pierwszy: „Nieważne, co mówi o tobie dresiarnia i patologia w szkole, dla nas istotne jest, że jesteś biały, jesteś Polakiem i że mamy wspólne cele: silna, biała, wolna od moralnego zepsucia Polska”. „A ponieważ tolerancja była dla mnie całkowicie pustym słowem – sam nigdy jej nie zaznałem – łatwo uwierzyłem, że rzeczywistością społeczną rządzi tylko i wyłącznie naga siła”.

Poza metafizykę dżumy

W obu przypadkach kończy się „dobrze” – w tym sensie, że i Uzdański, i Stachowicz są cenionymi autorami piszącymi na łamach „Przekroju”, „Więzi” i „Dwutygodnika”, a nie organizatorami kibicowskich ustawek – na obu jednak przemoc odcisnęła traumatyzujące piętno. Obaj podkreślają, że instytucje edukacyjne, świat dorosłych, nie zrobiły nic, by temu prześladowaniu – oczywistemu, powszechnemu, codziennemu – zapobiec. „Ratunek przychodził […] zawsze punktowo, od konkretnych osób, nigdy nie miał natomiast charakteru systemowego, instytucjonalnego, długotrwałego i nastawionego na fundamentalną zmianę postaw” – zauważa Stachowicz.

Te historie są podobne do świadectw składanych w ramach #metoo, do opowieści o traumie nieheteronormatywnego dojrzewania – również odsłaniają przemoc tak powszechną, zinstytucjonalizowaną, oczywistą, że zupełnie przezroczystą. Nie są jednak częścią szerszej fali, a dwoma niezależnymi świadectwami – ile stoi za nimi innych, nieopowiedzianych historii? Od czasu młodości autorów nastąpiło kilka rewolucji w systemie edukacyjnym, ale czy nastąpiła faktyczna zmiana w sposobie traktowania bardzo młodych ludzi na poziomie praktyk?

W Polsce z prawem do wolności od przemocy jest jak z prawem do czystego powietrza: trochę grup aktywistycznych uznaje to za problem publiczny, ale „zdrowy rozsądek” ukształtowany na społecznej praktyce każe „wziąć sprawy w swoje ręce”: kupić oczyszczacz do domu, zapisać na terapię, posłać do prywatnej szkoły. Reszta, nie widząc możliwości realnego rozwiązania problemu i nie wyobrażając sobie, że można domagać się rozwiązania systemowego, ucieka w wyparcie, zgodnie z argumentem, że „za moich czasów nikt nie narzekał”. Ochrona dzieci przed przemocą jest poręczną retoryczną pałką, a nie przedmiotem jakkolwiek poważnej debaty publicznej. Z jednej strony reprezentanci instytucji systemowo kryjącej pedofilię celowo budują kłamstwo o edukacji seksualnej i zagrożeniu „potworem LGBT”. Z drugiej – ludzie, którzy przykładają wielką wagę do prywatnych historii przemocy w ramach terapii czy nowoczesnego „parentingu”, nagle uwalniają się od tej wiedzy, gdy wykracza poza próg ich własnego domu.

A przecież żadna dżuma nie puszcza żadnych szczurów „na nieszczęście ludzi i dla ich nauki”, bo szczury doskonale radzą sobie same w podzielonym mieście pozbawionym efektywnie działających usług publicznych. Żadna ideologia nigdy nikogo nie kąsa: co najwyżej odpowiada na emocje, frustracje, aspiracje i potrzeby. Tu nie ma żadnej metafizyki: to zaczyna się wtedy, gdy starsze dziecko podetnie malucha, biegnąc na zjeżdżalnię. Czy jako społeczeństwo na wszelkich możliwych polach dostarczamy obywdu stronom jasne i pozwalające zachować godność modele reakcji?

Białystok

Co mówi o nas nośność figury Białegostoku jako „dzikiej prowincji”? Słusznemu oburzeniu na przemoc towarzyszyła fala memów ukazujących np. szczerbatego kontrmanifestanta z komentarzem „strefa wolna od stomatologa”, wiele opinii i relacji opierało się na odwołaniach do estetyki klasowej. Najdalej poszedł w tym Paweł Śpiewak, którego komentarz dla TVN (oczywiście diagnozujący faszyzm i podkreślający, że jest to właściwe słowo) przeszył mnie niemal równie mocno, co sceny agresji wobec bezbronnych – tu jednak przeważa poczucie intelektualnej niesamowitości ocierające się o przerażenie. Jak bowiem zareagować na sytuację, kiedy Dyrektor Żydowskiego Instytutu Historycznego wypowiada słowa: „Widać taką wyrazistą różnicę, to są karki, takie inne budowy ciała, po drugiej stronie są twarze, powiedziałbym, takie, młodych ładnych ludzi. Ta różnica, ja powiedziałbym, niemal antropologiczna wręcz wychodzi”?

Czy nie jest to taki, powiedziałabym, niemal rasizm? Justyna Samolińska, uczestniczka marszu (podkreślająca, że jako osoba będąca celem nienawiści nie ma żadnej empatii dla agresorów), zauważyła, że reakcja na zajścia obnażyła siłę klasowych stereotypów: „zamiast obrażać kogoś za to, że jest faszystą, obrażamy faszystów za to, że są biedni i brudni, gorzej urodzeni”. Nie mamy prawa czepiać się tego, jak osoby, w które rzucano kamieniami, którym grożono, które kopano, chwilę po zdarzeniu portretują swoich agresorów. Jeśli natomiast na serio chodzi nam o przeciwdziałanie faszyzmowi i to jeszcze nie my jesteśmy na celowniku, powinniśmy chyba wymagać od siebie czegoś więcej. Jeśli nie stać nas na bezpośrednią konfrontację z przemocą, spróbujmy chociaż widzieć ją realistycznie – zamiast odsuwać ją od siebie figurą Białegostoku jako „miastka zła”, stygmatyzując przy okazji trzysta tysięcy jego mieszkańców.

W tym mieście najpewniej mieszkała chrześcijanka w zielonej sukience, która mimo widocznych nerwów odważnie tłumaczyła dziennikarzowi TVP, po której stronie stałby Jezus; podobnie jak „nieprzesadnie agresywny” chłopak, który zaczął od słownej zaczepki, a skończył osłaniając grupę Dehnela („Ja nie chcę, żeby tu się komuś coś stało. Ja was przeprowadzę, będę was chronił.”). Co ja bym zrobiła, gdybym była białostocczanką? Oh, wait… pewnie dokładnie to samo, co jako warszawianka robiłam w czasie narodowych marszów 11 listopada – nie wychodziłabym z domu.

Użytkowniczka Facebooka Katarzyna Żuk skomentowała potem: „Ja białostoczanka z szóstego pokolenia, bardzo przepraszam za to, co się wydarzyło, za agresję i przemoc, która dotknęła ludzi idących w marszu równości ( nie tylko moich lokalnych współobywateli, ale również tych, którzy przyjechali na ten marsz). To jest moje miasto i pozwólcie nam zwykłym ludziom poradzić sobie z tą traumą, która nas dotknęła pomimo tego, że nie braliśmy udziału w żadnej manifestacji. Mój syn zapytał mnie wczoraj: Mamo, czy jak założę różową koszulkę to znaczy, że jestem Gejem, a jak założę barwy klubowe to znaczy, że jestem faszystą?!”. Syn, który przeszedł właśnie lekcję wychowania obywatelskiego w zakresie przemocy i etykietowania, zwraca się jeszcze do instancji rodzicielskiej, mając nadzieję, że tę lekcję podważy. Tyle że rodzice nie mają boskiej mocy zmiany rzeczywistości społecznej, więc mogą tylko mediować, koloryzować, zwodzić, kłamać, tworzyć nisze, schrony, wyspy. Odpowiedź jesteśmy mu winni my, społeczeństwo. Jak zatem mamy się zachowywać, jakie relacje stwarzać, jakie instytucje tworzyć, jak pisać i mówić, by w jego oczach świat społeczny nie redukował się do ról bijącego i bitego, okazującego pogardę i pogardzanego? Jak mądrzej opowiedzieć sobie o przemocy, która wydarzyła się w Białymstoku?