Dziewczyna hyperpop

8 minut czytania

/ Muzyka

Dziewczyna hyperpop

Piotr Kowalczyk

Muzyka Ewy Sadowskiej jest nieustającym poszukiwaniem prywatnej utopii i bezpiecznych, intymnych przestrzeni

Jeszcze 2 minuty czytania

Muzyka z debiutanckiego solowego albumu Ewy Sadowskiej jest bardzo kameralna w swojej wymowie. Została wydana na kasecie i na CD przez dwa niszowe labele, wyprodukowana z niewielką pomocą przyjaciół i wykonywana na scenie w pojedynkę. Na potrzeby koncertowe Sadowska aranżuje niewielką scenografię i „gotyckie” przebranie sceniczne. Jednocześnie to twórczość bardzo bogata w konteksty i powiązania, za sprawą których można o niej opowiedzieć.

Sadowska, jako basistka i wokalistka zespołu Sorja Morja, wydała w 2017 roku jedną z najlepszych polskich indie-popowych płyt ostatnich kilku lat. „Można wyczuć w tym materiale obecność czegoś, co chyba bez zbędnego patosu mógłbym nazwać doświadczeniem pokoleniowym – pełnym niepewności, frustracji, rozmaitych presji, permanentnego rozproszenia” – pisał wtedy o minialbumie „Sorja” Kuba Wencel. Zespół nie udźwignął ciężaru słów recenzenta Dwutygodnika, bo rozpadł się rok później.

Sieroty po Sorji mogły się jednak pocieszać, że w ramach tego duetu (koncertowo tria) przecięły się osie czasu innych grup: Enchanted HuntersRóży. Obie po rozpadzie Sorji Morji wydały bardzo dobre piosenkowe albumy. Cała trójka muzyków (Sadowska, Małgorzata Penkalla i Szymon Lechowicz) uczestniczyła też w projekcie Polonia Disco – cyklu warsztatów songwriterskich, mających na celu wymyślenie alternatywnej historii disco polo jako gatunku poszukującego i nieskrępowanego oczekiwaniami publiki weselnej.

Ewa Sad Bum Bum 2023Ewa Sad „Bum Bum”, Polish Subtitles, enjoy life 2023Drogi pochodzącej z Opola artystki przecięły się też z postinternetowym labelem Tygrysy Records Błażeja Króla. Związany z nim był m.in. współproducent płyty „Bum Bum” EURODANEK, który zresztą należy też do Polonii Disco. W końcu na twórczość Sadowskiej, studentki Pracowni Audiosfery na Uniwersytecie Artystycznym w Poznaniu, można spojrzeć w kontekście fali muzycznych projektów twórców wizualnych i performerów: Spalarni, Nagrobków, julka ploskiego czy Marty Kortan. Albo wpisać jej produkcje w wiele współczesnych nurtów muzycznych: hyperpopu, hypnagogic popu, new age’u, eurodance’u, projektów z pogranicza art-popu, muzyki tanecznej i lo-fi, dekonstrukcji muzyki klubowej czy muzycznego trollingu.  

Swoją twórczą uwagę Ewa Sad dzieli na muzykę i sztuki wizualne. Sama mówi, że woli rzeczy wymyślać niż prezentować je później w formie wystawy. Dlatego wiele jej projektów i instalacji ma efemeryczny charakter. Na rynku sztuki są to raczej „obiekty” niesprzedawalne. Z pewnością nie należy też do „dynamiczniaków”, jeśli chodzi o muzyczną odsłonę działalności – płyta „Bum Bum” powstawała długo, a jej premiera była kilka razy przesuwana. W rezultacie wiele z tych piosenek poznaliśmy już w formie wrzucanych do sieci teledysków. „Serce” i tytułowe „Bum Bum” mają po trzy lata. Opublikował je netlabel Kstyk, specjalizujący się w wyszukiwaniu rapowych talentów. Na tle produkcji, które lądują na tym youtube’owym kanale, Ewa Sad wyróżnia się mniej więcej tak jak Dorota Masłowska w katalogu SBM. I wywołała zresztą wśród fanów Kstyka podobny do DOROTY rodzaj szoku estetycznego.

Materiał, który znalazł się na „Bum Bum”, trudno przyporządkować do jakiejś konkretnej estetyki czy sceny. W tytułowym utworze do sennego postklubowego bitu wokalistka recytuje tradycyjną polską modlitwę (drugi raz pojawia się ona w piosence „Lar”). Sadowska zostawia z deklamowanego tekstu tylko pierwsze spółgłoski, co tworzy efekt, jak gdyby do piosenki dograł się Lech Roch „Skorpion” Pawlak udający francuskiego rapera. „Serce” to kolejna deklamacja pod zimnofalowo-psychodeliczny podkład. Również otwierający album utwór „niebo” ciąży ku hip-hopowi i melorecytacji. Minutowe „Kości” zaśpiewane a capella, z niewielkim akompaniamentem basu i pogłosem na wokalu, brzmią natomiast jak coś, co mogłoby trafić na stronę B singla Sinéad O’Connor.

Jednocześnie rozczaruje się ktoś, kto liczy na melodie i indie-rockowy nowofalowy nerw znany z Sorji Morji. Przeważają tu bardzo oszczędne kompozycje, w których dominanty są trzy: bas, bit i tekst. Utwory takie jak „Jabłko” czy „Na mieście” przypominają, że jedną z ważniejszych inspiracji dla Ewy Sad jest electro spod znaku The Knife oraz mniej szlachetny protoplasta współczesnej sceny tanecznej: 90’sowy eurodance, którą to inspirację Ewa Sad jednak bardzo ciekawie przetwarza.


Do przygotowanej przez enjoy life kasety „Bum Bum” nieprzypadkowo dołączono dość oldskulową książeczkę ze słowami piosenek, bo te wydają się bardzo ważne. Większość z nich jest wieloznaczna, migotliwa znaczeniowo. Na pewno sporo jest tutaj wątków autoterapeutycznych i dotyczących zdrowia psychicznego. „Na początek kilka miłych słów do siebie / dobrze wyglądasz w takim świetle / stres? Nie widać / smutek? Nie widać” – rozpoczyna piosenkę „Niebo” otwierającą cały album Sadowska. W „Pracy” śpiewa: „Każdy powinien mieć pracę lżejszą niż puch, za to, kim jesteście, obsypcie się złotem, należy wam się”. W „NWM” pyta: „Czy ty z tym kiedyś skończysz / czy wykończysz wcześniej siebie?”.

Gdy Sadowska bierze na tapet temat rozstań, zasadniczy dla muzyki pop, to w sposób bezpośredni i raczej niepoetycki. Pozwala to podejrzewać, że niektóre z piosenek powstawały w ramach sesji Polonii Disco: „Nic nie boli tak boleśnie/ jak świadomość / że jesteś beze mnie na mieście”. Takie tematy sąsiadują na „Bum Bum” z innymi wątkami, choćby ekologicznymi („… żeby poczuć się niewinnie, ślad węglowy to tylko zły sen”).

W twórczości tej artystki lubię pewien rodzaj bezczelności i nieprzewidywalności. Mamy rok 2023 – kto jeszcze słucha Closterkellera? A na „BUM BUM” trafił cover utworu zespołu Anji Orthodox „Cisza w jej domu”. Tekst pierwszej damy polskiego rocka gotyckiego Ewa Sad poddała pewnej redakcji i pewnemu skróceniu. Sam cover przypomina trochę okładkę płyty, na której widzimy postać rodem z Castle Party w Bolkowie, tyle że w cyfrowej otoczce, z twarzą poddaną retuszowi w programie graficznym. To swego rodzaju hołd, który artystka składa nastoletniej sobie – licealistce Ewie, fance gotyckiego rocka, techno i hip-hopu. Wątki powrotu do dzieciństwa pojawiają się tutaj zresztą w wielu miejscach – łącznie z tytułem płyty.

W zależności od tego, czy albumu będziemy słuchać w serwisach streamingowych czy z kasety, to w końcu dotrzemy (lub nie) do ostatniego w zbiorze utworu „Grzyby” (znalazł się na wersji Spotify, będzie na CD, nie ma go na bandcampie i na kasecie). Został wydany kilka tygodni temu jako osobny singiel i towarzyszy mu inspirowany anime teledysk. Wpisuje się on w mykologiczną fiksację obecną od kilku lat w muzyce i sztuce współczesnej. Poetka pod zwiewny, newage’owy ethno beat kreśli coś na kształt utopii i pyta: „Dlaczego nie możemy żyć jak grzyby na łąkach?”. I taka trochę jest ta płyta. Muzyka Ewy Sadowskiej jest nieustającym poszukiwaniem prywatnej utopii i bezpiecznych, intymnych przestrzeni. Dyskoteka w sypialni, sypialnia w dyskotece? Ewie Sadowskiej udaje się te skrajności połączyć.