Transmisja z kraju poetów

Bartosz Sadulski

„Chilijski poeta” Alejandro Zambry, powieść na wskroś bolañowska, stawia fundamentalne pytania. Co oznacza bycie poetą? Niewiele. A bycie dobrym ojcem lub ojczymem? Być może wszystko

Transmisja z kraju poetów

Jeszcze 4 minuty czytania

Transmisja z kraju poetów

„Jestem pewny, że jej nie dostanę, tak samo jak jestem przekonany, że pewna leniwa osoba z mojego pokolenia ją wygra i nawet się nie zająknie na mój temat w swojej sztokholmskiej przemowie” – powiedział Roberto Bolaño, zapytany o Nagrodę Nobla w ostatnim w życiu wywiadzie, którego udzielił meksykańskiej edycji „Playboya”. W tym roku czeka nas siedemdziesiąta rocznica urodzin i dwudziesta śmierci autora „Dzikich detektywów” i nic nie zapowiada, żeby jego buńczuczna wróżba się spełniła: przy zeszłorocznych typowaniach bukmacherzy wyżej oceniali szanse tysiącletniego Roberta Coovera, Ryszarda Krynickiego czy zmarłych we wrześniu Javiera Maríasa i Hilary Mantel niż któregokolwiek z chilijskich pisarzy. Nie znaczy to bynajmniej, że tamtejsza literatura jest w odwrocie, a jedyne, na co mogą liczyć mieszkańcy Chile, to „literackie próby sięgające od kiczu po patetyczność” popularnej także u nas Isabel Allende, znienawidzonej przez Bolaña, który nazywał ją grafomanką. Wręcz przeciwnie, wydane w 2022 roku po polsku powieści ukazują literaturę chilijską jako zróżnicowaną i ciekawą. Chociaż szalenie nierówną.

Najciekawszą postacią nowego latynoamerykańskiego boomu jest Alejandro Zambra, autor powieści „Chilijski poeta”, przetłumaczonej na polski przez Carlosa Marrodána Casasa. Jako człowiek, w którego domu spożywa się wyłącznie chilijskie pinoty, ogląda wszystkie seriale z Pedro Pascalem, wymawia nazwisko Bolaño z nabożną czcią, a globus ustawia zawsze tak, żeby pokazywał najdłuższy kraj świata, pochyliłem się nad tą książką z wyjątkową ciekawością.

Myślę, że Bolaño by go polubił, obaj przecież zaczynali od pisania wierszy i zamienili Chile na Meksyk. I wierzę, że Zambra w swojej sztokholmskiej mowie nie zapomniałby o autorze „2666”, nie tylko dlatego, że jest on duchowym ojcem współczesnej chilijskiej literatury, krążącym nad nią jak widmo i domagającym się gorących uczuć: miłości bądź odrzucenia. Najbliższy przyjaciel zmarłego w 2003 roku Bolaño, autor świetnych „Ogrodów Kensington” Rodrigo Fresán, powiedział o „Chilijskim poecie”, że „jest inteligentny i zabawny, poruszający i głęboki. Dawno nie śmiałem się tak bardzo ani nie byłem tak poruszony przez powieść”. Brzmi to jak chwytliwy blurb, zachęcająca polecajka, jakich tysiące przykleiły się do czwartych stron okładek książek całego świata, ale jest w niej coś wyjątkowego: nie kłamie. Miałem tak samo, polecam serdecznie, sześć gwiazdek. Literackie przenikanie się Zambry i Bolaño jest znacznie bardziej interesujące niż w przypadku chociażby ostentacyjnie bolañowskiej powieści „Najskrytsza pamięć ludzi” Mohameda Sarra, też wydanej w zeszłym roku w Polsce. Dla Senegalczyka Bolaño to przede wszystkim wielki erudyta i mistyfikator, a tymczasem to tylko pierwsze wrażenie, powierzchnia. Pod nią dzieje się znacznie, znacznie więcej i Zambra zdaje się autorem, który pierwszorzędnie odrobił lekcję czytania. Chociaż podobnie jak niektórzy z bohaterów jego powieści, latami czytał wyłącznie poezję, prozę mając w głębokim poważaniu.

Chile to kraj poetów, a „bycie poetą chilijskim to jak bycie peruwiańskim szefem kuchni albo brazylijskim piłkarzem lub wenezuelską modelką”, stwierdza jeden z bohaterów powieści, a Zambra powtarza to w wywiadzie, więc sprawa jest poważna. Z poezji nikt się w Chile nie śmieje. Jeden z bohaterów „Chilijskiego poety”, Pato, mówi: „W poezji gra się o wszystko. Jeśli jesteś dobrym poetą, możesz pisać powieści, żeby zarobić parę groszy, bo pisanie powieści jest łatwiejsze”, i zaraz dodaje: „nie ma nic smutniejszego niż powieściopisarz piszący złe wiersze. Jestem pewien, że Bolaño miał tę świadomość, bo czytałem parę wywiadów z nim i nie da się zaprzeczyć, że facet nie był głupi”. Nie był, a kto pamięta „Dzikich detektywów”, temu słowa Pato brzmią znajomo. W opus magnum Bolaña poeta San Epifanio mówi: „Poezja mi wystarcza. I to z nawiązką, choć kiedyś w przyszłości zniżę się pewnie do napisania jakichś opowiadań” (przeł. Tomasz Pindel, Nina Pluta). Bolaño w eseju „Chilean Poetry under Inclement Skies” porównywał chilijską lirykę do swojego pierwszego, wiernego psa Duke’a, który w trudnych chwilach był dla niego „ojcem, matką, nauczycielem i bratem w jednym” – a w szerszym wymiarze postrzegał ją jako „nasze przekleństwo i naszą szczególną chwałę”. Nie dziwi informacja, że nawet wśród słynnych 33 uwięzionych pod ziemią przez ponad dwa miesiące chilijskich górników znaleźli się poeci. Obu pisarzy łączy więcej niż to, że duch jednego pohukuje nad stukającym w klawisze ciałem drugiego. Piszący prozę poeta Bolaño zademonstrował piszącemu prozę poecie Zambrze, że epikę można podnieść z przyziemności, sprawić, by latała.



Alejandro Zambra, „Chilijski poeta”. Przeł. Carlos Marrodán Casas, Wydawnictwo Filtry, 480 stron, w księgarniach od listopada 2022

„Chilijski poeta” to powieść na wskroś bolañowska. Nie tylko dlatego, że pisarz pojawia się w niej jako jeden z licznych literackich punktów odniesienia (chociaż nie osobiście, w przeciwieństwie chociażby do Nicanora Parry), ale przede wszystkim dlatego, że częścią składową powieści Zambry jest ironiczna mitologizacja własnej historii, nie w sensie przepisywania biografii i tworzenia literackiej hagiografii, ale w sensie pokoleniowym. Dokładnie to samo zrobił Bolaño w „Dzikich detektywach”, oddał hołd swoim literackim prekursorom i przyjaciołom, przedstawił pokolenie, które od smętnego realizmu codzienności uciekało w „bebechorealizm”, żyło na krawędzi, przy okazji tworząc literacką awangardę, a potem, jak pisał Jakub Socha, zestarzało się, oszalało lub przeszło na inne pozycje. „Chilijski poeta” to dekonstrukcja mitu, a nie jego sztuczne podtrzymywanie przy życiu, chociaż można się w powieści dopatrzeć tęsknoty za czasami, gdy poeci znaczyli więcej, byli śmiertelnie niebezpieczni dla autorytarnych systemów i zarządzali masową wyobraźnią.

Zambra z rozmachem i lekkością opowiada o wchodzeniu w świat dorosłości i literatury dwóch pokoleń: urodzonego w latach 70. Gonzala Rojasa (nazywa się tak jak jeden z najważniejszych chilijskich poetów XX wieku, co rodzi oczywiste trudności) i jego pasierba Vicentego. Po hiszpańsku „ojczym” (padrasto) oznacza też złego ojca, wielu przyszywanych rodziców go nie używa, więc Gonzalo, jak na poetę, chociaż kiepskiego, przystało, szuka innego słowa.

Przez pryzmat ich historii Zambra opowiada o mocowaniu się z aspiracjami i ambicjami artystycznymi, a przede wszystkim o tym, jak towarzysz zabaw staje się członkiem rodziny: i mam tu na myśli także zwierzęta pozaludzkie. W kontekście tak intymnie ukierunkowanej historii przetaczająca się przez nią kawalkada chilijskich poetów ma drugorzędne znaczenie. Pisanie o nich nie skazuje Zambry na nudną autoreferencyjność czy literacką hermetyczność – to temat głęboko uniwersalny i fundamentalny, ciążący ku samej istocie bycia Chilijczykiem. Jedna z bohaterek „Chilijskiego poety”, pisząca artykuł o chilijskim światku literackim nowojorska dziennikarka Pru, odkrywa, że niejednokrotnie poetom chodzi nie o sławę, władzę i pieniądze, chociaż jak pokazał Neruda, jest to do osiągnięcia, ale o transcendencję. Gra toczy się więc niby o wszystko, ale na szczęście okazuje się, że literatura jest tylko pretekstem, literackim wehikułem, a nie celem samym w sobie. „Chilijski poeta” nie jest hołdem dla powołania poety, ale czymś znacznie więcej: śmiałym peanem na rzecz przyzwoitości.

Historia zaczyna się w momencie dziejowym, kiedy na listach przebojów króluje ateistyczny mandolinowy szlagier „Losing My Religion”, a Pinochet jeszcze nie smaży się w piekle, ale przynajmniej nie jest już prezydentem i bolą go plecy. Przy tej okazji warto zauważyć, że początek lat 90. w Chile lepiej od Zambry opisała Nona Fernández w „Strefie mroku”, napisanej językiem dodatku do „Gazety Wyborczej” narcystycznej powieści o zaginionych w totalitarnym Chile. Jak twierdzi w jednym miejscu narratorka, „ten okres w historii kraju, nazywany przez ekspertów la Transición, charakteryzował się dążeniem do pojednania i zaprowadzenia sprawiedliwości, na ile było to oczywiście możliwe. W tamtych latach przytłumiono wyraźnie jeszcze wspomnienia przemocy, żeby prowadzić politykę konsensusu, cieszyć się nową rzeczywistością, życiem w pokoju” (przeł. Agata Ostrowska). Zambra i jego pokolenie to beneficjenci polityki konsensusu: skoro można już było żyć spokojnie i cieszyć się rzeczywistością bez nerwowego sprawdzania, czy akurat ktoś nie chce nas wyrzucić z helikoptera lub zakopać w kanionie, poddawszy wcześniej wymyślnym torturom, można wrócić do podstaw: seksu, miłości i wierszowania. Zambra wyjechał do Meksyku, bo mógł, w przeciwieństwie do Bolaño, który musiał.

Ostentacyjny brak polityki w „Chilijskim poecie” (choć nie zupełny: ważną kwestią jest tu chociażby odpłatność za studia), powieści dotyczącej Chile po 1990 roku, wydaje się tak samo znaczący jak jej nadobecność w książkach dotyczących czasów po 1973 roku. Świetnym przykładem jest „Drżę o ciebie, matadorze” Pedro Lemebela, którego Bolaño nazwał jednym z najlepszych pisarzy pokolenia i najwybitniejszym poetą – choć nie pisze poezji. Powieść (ukazała się po polsku w przekładzie Tomasza Pindla) to błyskotliwa, cudownie kampowa historia romantycznego mezaliansu z czasów późnego Pinocheta, kiedy wyczuwalny był już wicherek zmian. Zapoczątkowała go między innymi spowiedź członka tajnej policji, który w 1984 roku przyznał się w gazecie „Cauce” do torturowania więźniów politycznych, o czym w „Strefie mroku” pisze Fernández.

To wszystko jest istotne jako historyczny fundament powieści, którego Zambra nie musiał kopać. Mógł się za to skupić na fantazyjnym opowiadaniu losów Rojasa i jego pasierba: w „Chilijskim poecie” Zambra jawi się jako nader zwinny opowiadacz, który podobnie jak Bolaño w „Dzikich detektywach”, potrzebuje chwili na odpalenie diesla, między innymi przy użyciu sporej dawki młodzieńczego seksu pod kocem i bezwysiłkowego dowcipu na pierwszych stronach, ale kiedy narracyjna maszyna ruszy, to nie zatrzyma się nawet na środku Sonory. Chilijczyk dzięki sprytnemu powikłaniu rodzinnych losów stworzył powieściowe perpetuum mobile. Z łatwością można sobie wyobrazić, jak ta historia pączkuje w kilkanaście stron naraz, tak że w końcu zaczyna przypominać gargantuiczną telenowelę, chilijską „Modę na sukces” o poetach, z wyskakującymi z kapelusza descendentami mówiącymi jambem czterostopowym na końcu każdego sezonu. Jednak Zambra nie tylko panuje nad treściową akceleracją, ale też w pełni świadomy tego, jak dobrze naoliwionym i samoczynnym mechanizmem jest jego powieść, mówi w końcu: mógłbym tak dalej, ale na razie wystarczy. Ta samokontrola łączy go z Bolaño, którego obie najpotężniejsze powieści, czyli prócz wspominanych „Dzikich detektywów” także „2666”, są rozpasanymi eposami o zwartej, matematycznej strukturze, które jednak mogłyby trwać w nieskończoność i na zawsze pozostać dziełami nieukończonymi.

„Chilijskiego poetę” czytam jednak nie tylko jako palimpsest na tekstach autora „Amuletu”, ale też, a może przede wszystkim, jako swoisty rewers powieści Milana Kundery „Życie jest gdzie indziej”. Obie książki w stylu Bildungsroman traktują drażliwy temat budowania tożsamości nie jako tragedię, ale rodzinną komedię. U Kundery oportunistyczny poeta Jaromil od dziecka romansuje z muzami, w wieku starszym z socrealizmem („Socjalistyczna poezja miłosna jest głosem tego wyzwolonego i wielkiego uczucia”), ale na zawsze pozostaje podczepiony do maminego cycka. Z kolei poeta Gonzalo nie osiąga sukcesu, zostaje wykładowcą, po rozstaniu z matką Vicentego nadal do niego pisze, nie wie, że młody trafia na pozostawione przez niego tomiki i łapie bakcyla poezji. Jaromil kapituluje i zdradza lirykę z totalitarnym systemem; Gonzalo kapituluje, a lirykę zdradza z życiem akademickim i dorosłością, bo jak się okazuje, kapitalizm daje całkiem sporo możliwości, a życie rodzinne musi przegrać ze stypendium. Zambra jednak nie ocenia, pokazuje uwikłanie w życiowe role partnera, kochanka, syna, ojczyma z ogromną wrażliwością i delikatnością. Jest tak samo precyzyjny i dowcipny, kiedy opisuje drobne krzątactwa codzienności, miłość i seks, śmiesznostki chilijskiego życia literackiego i rodzinnego; kłamstewka, półprawdy, krzyki, drobne złośliwości i gesty najwyższego poświęcenia mają u niego taką samą wagę. Jest pisarzem nie tylko szalenie sprawnym i uważnym w sensie, jaki nadali temu słowu spece od mindfulness, ale też głęboko moralnym, i to w sposób daleki od kaznodziejstwa.

Być może rację ma jeden z gorliwych młodych ludzi u Kundery, który peroruje: „poezja nigdy nie odgrywa tak ważnej roli jak w czasach rewolucji; poezja oddała rewolucji swój głos, a rewolucja w zamian za to wyzwoliła ją z samotności; poeta dzisiaj wie, że ludzie go słyszą, że słyszy go zwłaszcza młodzież, bo: «Młodość, poezja i rewolucja – to jedno!»”. Może Gonzalo wiedział, że nikt go nie usłyszy, że skoro skończyła się walka, to miejsce jego poezji jest na zakurzonej półce w zapuszczonym antykwariacie, i nic w tym złego. Są jeszcze inne ciekawe role do zagrania. Ostatecznie „Chilijski poeta” stawia fundamentalne pytania. Co oznacza bycie poetą? Niewiele. A bycie dobrym ojcem lub ojczymem? Być może wszystko.