Fantomowe ciało celebrytki

Bartosz Sadulski

„A ja żem jej powiedziała…” to nie „zestaw kapitalnych myśli”, ale bryk z uszczerbku i ściągawka z ambarasów w sam raz dla tych, których największym problemem jest, gdzie zaparkować SUV-a pod piekarnią

Fantomowe ciało celebrytki

Jeszcze 2 minuty czytania

Fantomowe ciało celebrytki

Katarzyna Nosowska jest królową list bestsellerów, jak szczupak jest królem wód, i jest królową list bestsellerów z książką dla dorosłych, a nie dla dzieci, co byłoby nawet jakimś osiągnięciem, gdyby nie charakter jej prozatorskiego debiutu. „A ja żem jej powiedziała…” pozwala zmonetyzować nie tyle popularność Nosowskiej piosenkarki, co fenomen Nosowskiej instagramowej parodystki, wyśmiewającej najświeższe trendy w odchudzaniu czy kulturę celebrytów. Fajne to było i zabawne, rodacy masowo zrywali boki i dokazywali, śmiechom i lajkom nie było końca, przez moment czuliśmy się mniej winni, jedząc chipsy, popijając je oliwą i łapiąc się za spazmatycznie podrygujące fałdki, okazało się nawet, że do analizy tego fenomenu można zaprząc Lwa. Ale zrobiło się poważnie, żarty się skończyły, zamiast na kremówki chodziliśmy po Nosowską, woziliśmy ją w tramwajach, pociągach, na tylnych siedzeniach SUV-ów.

Katarzyna Nosowska, „A ja żem jej powiedziała…”. Wielka Litera, 208 stron, w księgarniach od maja 2018

Na nowej fali popularności – a być może są ludzie, którzy dzięki podśmiechujkom Nosowskiej na insta dowiedzieli się o jej istnieniu –  ukazał się poradnik (zbiór felietonów motywacyjnych?), w którym najbardziej razi hipokryzja i mitologizowanie własnej postaci i postawy, nieco mniej poradnikarskie, wręcz moralizatorskie zacięcie, czy ogólna nieśmieszność. W jednym z pierwszych tekstów artystka przekonuje, że „pierwszą i ostatnią propozycję wzięcia udziału w reklamie” otrzymała na początku lat 90. Warto przypomnieć, że kilka lat temu Nosowska wzięła udział w kampanii dużego i niesmacznego browaru, zatytułowanej „Męskie granie”. Być może nikt jej tego nie zaproponował, a zgłosiła się sama, sądząc, że przybierze to kształt kampanii społecznej promującej abstynencję, i do dzisiaj nie wie, że wzięła udział w reklamie piwska. Taka obłuda na samym początku książki podważa zupełnie jej sens, chyba że przyjmiemy, że jej narratorką nie jest Nosowska, ale jakaś inna popularna wokalistka stroniąca od reklam, może Ewa Demarczyk.

„Od lat funkcjonuję na marginesie, z którego do reklam nie biorą” – pisze piosenkarka, a ja się zastanawiam, co to jest za margines, chyba nie społeczny, ale jakiś może inny margines, chyba większy od zeszytu, w którym Nosowska wypisuje bzdury, margines obejmujący najlepsze polskie wokalistki, warszawskie artystki jeżdżące samochodem jak minister Gowin nawet po poranną gazetę, bo mają wstręt do chodzenia­, wokalistki niemogące się opędzić od telefonicznych propozycji występów i udziałów, przez co ich menadżerki siedzą smutne przy milczących telefonach (tak siebie widzi marginalizowana Kasia). Próbuję zrozumieć, z jakiej pozycji Nosowska radzi i uczula: może znajduje się na tym samym marginesie, na którym widzi siebie też Świetlicki, marginesie dla opuchniętych, siwych, odklejonych od rzeczywistości gwiazd estrady, bo nie wiem, jak inaczej nazwać fakt, że Nosowska najpierw wyśmiewa celebrytów perorujących w śniadaniówce o sprawach od katastrofy Tupolewa po cellulit, po czym pisze dwieście stron o psychoterapii, Bogu, tyciu, dietach, alkoholizmie, związkach, dzieciach, zazdrości, seksie, rodzinie, miłości, papierosach, zwykłych ludziach, gwiazdach, a wszystko w stylu Beaty Pawlikowskiej, która zamiast w dżunglę jeździła do Jarocina. To rzeczywiście książka-worek, zbiór celebryckich truizmów i blagierskich frazesów, bo czy naprawdę wypada, żeby jedna z najbardziej znanych polskich artystek pisała: „Znam swoje możliwości. Są zbyt ograniczone, by zawojować świat”? Można docenić fakt, że Nosowska przemyca społecznie istotne tematy, jak otyłość (ale to przede wszystkim otyłość osoby publicznej, artystki estradowej) czy alkoholizm w związku, ale czy nie robią tego wszystkie istniejące poradniki? Dostałem kiedyś od brata jeden pod tytułem „Świadomą drogą przez depresję” i otworzyłem go raz. Akurat na zdaniu „myśli nie są faktami”. Ta lekcja jeszcze przed Nosowską, która każdą swoją myśl opycha niczym handlarz Miro niemieckie samochody. Wokalistka płakała, jak pisała! Myśl nowa, nieśmigana, dwa razy użyta w piosence, raz na instagramie!

„A ja żem jej powiedziała…” to też bynajmniej nie „zestaw kapitalnych myśli”, jak pisze w swojej recenzji Inez Okulska, ale bryk z uszczerbku i ściągawka z ambarasów w sam raz dla tych, których największym problemem jest, gdzie zaparkować SUV-a pod piekarnią i kto się czyim wytarł ręcznikiem. To książkowy gadżet, idealny na prezent na każdą okazję dla każdego, zwłaszcza dla pokolenia, które wyrastało na piosenkach Heya, ale na śledzenie muzycznych nowinek nie ma czasu: książka ulubionej wokalistki daje nawet większe poczucie bliskości i przynależności do pokolenia, które wyrosło, śpiewając „Teksańskiego”, niż solowe płyty Nosowskiej. To książka dla tych, co przy kolacji ze znajomymi chcą błysnąć anegdotką z życia wyższych sfer, które mają dokładnie takie same problemy jak my, bo przecież Nosowska boi się sceny, czuje się nieatrakcyjna, ma piętnaście lat spłacania srogich rat kredytu, a jej koleżankę bije weganin! To książka idealna do postawienia obok Rupi Kaur, biografii Chajzerów i kuchennych akcesoriów retro, intelektualna wydmuszka i literacki gniot, który nie drażni „stylistycznym rozrzutem”, ale płytkością myśli, a jednocześnie pozwala aspirować jej czytelnikom do bycia na jakimś nieistniejącym, ale elitarnym marginesie. To hucpa i humbug, chamski skok na kasę, może nawet w dobrej wierze popełniony, z felietonowym zacięciem, zupełnie szczery i napisany z pewnym polotem, ale przecież o tym, że Nosowska potrafi pisać, wiemy od ćwierć wieku; nie potrzebowaliśmy tej książki, żeby się o tym przekonać. Być może bardziej niż o autorce, świadczy to o dziwnych czasach, których dożyliśmy, skoro sprawne felietonowe pisanie, wsparte „na solidnym fundamencie jędrnej i soczystej polszczyzny” nie dość, że staje się bestsellerem, to może budzić recenzencki zachwyt. Artyści żonglerzy, którzy potrafią podbijać piłeczkę godzinami, wcale nie będą dobrymi piłkarzami, tak samo jak uliczni grajkowie czysto grający „Wonderwall” nie porwą tłumu na Wembley. Nosowska wie, w które uderzać klawisze, żeby uzyskać określony efekt, a efekt ten jest potęgowany przez autoterapeutyczność całego projektu. Być może trudno się temu oprzeć zwłaszcza tym, których życie innych, zwłaszcza znanych, interesuje znacznie bardziej niż własne, i tę niską pobudkę także zaspokaja Nosowska, otwierając na oścież drzwi swojego świata. Nie podlega on jednak prawom literatury, jak wszechświat Pawła Sołtysa, lecz wyłącznie prawom rynku.

Nie ma żadnej nadziei, mojej ani twojej, w tle każdego tekstu Nosowskiej majaczy tytuł z Pawlikowskiej w rodzaju „Wyszłam z niemocy i depresji, ty też możesz” albo „Planeta dobrych myśli”, w końcu obie zlewają się w jedno monstrum pozytywnego myślenia i oswojenia z porażką, i już nie wiesz, kto napisał, że „nie masz wpływu na Słońce. Jeśli Słońce cię wkurwia – masz problem. Rozwiąż go w sobie, nie trać czasu na wykrzykiwanie w niebo, zmień reakcję” albo „Jeżeli odmładzasz się dla mężczyzny, pamiętaj, że rodzynek nie stanie się na powrót winogronem”, bo nie chcesz, żeby to była ta sama osoba, która pisała, że podobno Azja istnieje gdzieś, ale z moich okien nie widać jej. Ja pas! Ja pas! Ja pas! Ja pas! Ja pas!