Zepsuta szklana kula
fot. Michał Szlaga

14 minut czytania

/ Muzyka

Zepsuta szklana kula

Bartosz Sadulski

Na czym polega fenomen zespołu Trupa Trupa? W jego piosenkach słuchacz usłyszy wycinek rockowej przeszłości,  ciężkie riffy i popowe melodie, psychodelię i hałas, zespół Swans i Beatlesów, a jeśli dobrze się wsłuchać, to również muzykę klasyczną. Niekończący się palimpsest

Jeszcze 4 minuty czytania

Zrobić karierę za granicą. To marzenie polskich wykonawców alternatywnych i popowych (a w szczególności może sekundujących im mediów) było do niedawna właściwie nieosiągalne. Wystarczy wspomnieć zagraniczne przygody Myslovitz czy Brodki. Kolejnym pretendentem do wybicia się z muzycznych peryferiów jest gdański zespół Trupa Trupa. 

Nakładem francuskiej wytwórni Ici d'ailleurs ukazał sie właśnie ich czwarty album „Jolly New Songs”. Firma ma w swoim katalogu gwiazdy europejskiej muzyki, m.in. Yanna Tiersena, Matta Elliotta, ale też Stefana Wesołowskiego. Płyta Trupy Trupa współwydawana jest przez wytwórnię Blue Tapes and X-Ray Records, należącą do Davida McNamee. Zachwycił się on muzyką gdańskiego zespołu i wydał ich poprzedni album „Headache”. O nowym krążku zdążył już entuzjastycznie napisać dla portalu the Quietus Richard Foster („This is a powerful band possessing special properties, that’s for sure”). Ron Hart, pisujący dla Pitchforka i Rolling Stone’a, nazwał Trupę Trupa „jednym ze swoich ulubionych europejskich zespołów” i wychwalał singiel „To Me”, brzmiący jego zdaniem jakby «Surf’sUp» Beach Boys przechodziło w «Loveless» My Bloody Valentine”.

W Polsce przedpremierowo o płycie napisał między innymi Tomek Doksa w „Gazecie Magnetofonowej” („Źle by się stało, gdyby słuchana na Zachodzie, u nas przeszła niezauważona”), w której ukazał się też wywiad z liderem Grzegorzem Kwiatkowskim. Frontman grupy jest w zespole odpowiedzialny także za kontakty z mediami. Przyznał w nim: „Wszystko, co robię, staram się robić pedantycznie i wręcz robotycznie, i czasami wręcz niestety obsesyjnie, co może być i jest dla wielu osób męczące”.

Tajemnicą poliszynela jest marketingowa nadaktywność, a co za tym idzie skuteczność Kwiatkowskiego. Już jako początkujący poeta zasypywał innych autorów i krytyków (także muzycznych) egzemplarzami książek (a teraz także płyt) z wypisanymi dedykacjami, pozwalając rozwijać im umiejętności miękkie, takie jak asertywność. Jako PR-owiec swojej własnej kapeli działał na tyle chwacko, że znajomy dziennikarz proszący o zachowanie anonimowości i nazywający siebie „jedną z ofiar Kwiatkowskiego” przyznał, że w tym roku dostał od niego więcej maili niż od żony (w rekordowej wiadomości znalazło się 25 linków z recenzjami). Inny krytyk zdradził, że Kwiatkowski pisał do niego na Facebooku częściej niż małżonka. Żaden z tych autorów o Trupie Trupa nie napisał. Jeszcze.  

Zdaniem Bartka Chacińskiego, „gdyby nie ten upór w dobijaniu się do mediów, być może nie byliby teraz tam, gdzie są, a są niewątpliwie w ciekawym miejscu i nieźle nas tam reprezentują”. Jest to o tyle prostsze, że Kwiatkowski śpiewa po angielsku, a zespół w dorobku ma tylko dwie piosenki z polskim tekstem. Dobrze pokazuje to, w którą stronę skierowany jest wektor ich promocyjnych działań. To, że na polskim rynku łatwiej mają polscy artyści śpiewający po polsku, wie nawet Dawid Podsiadło, który długo wstydził się swojej śpiewanej polszczyzny. Dziennikarz „Polityki” ostrożnie stwierdza, że w sposobie działania Kwiatkowskiego jest może trochę „polityki faktów dokonanych”, ale jego zdaniem artyści to stanowczo nie są typowi ludzie pod względem ambicji i potrzeby ekspansji. Pełna zgoda, więc przyjrzyjmy się efektom.

Wspomniany Foster podkreśla, że w przeciwieństwie do polskich autorów nie czuł się „zastraszany” i przesłuchał ją z ciekawości. Mieszkający w Holandii dziennikarz zauważa, że wielu jego kolegów coraz mocniej interesuje się muzyką z Europy Środkowej i Wschodniej. Widoczne jest to zresztą w recenzjach publikowanych na stronach Quietusa czy Louder than War, z którymi Foster współpracuje. The Quietus regularnie informuje o nowych płytach takich artystów jak Kuba Ziołek, Wacław Zimpel czy polskich grup metalowych. Zdaniem Fostera Trupa Trupa perfekcyjnie wpasowuje się w obserwowany od dłuższego czasu trend, w ramach którego coraz więcej uwagi poświęca się muzyce pochodzącej z naszej części świata. W ten sposób media anglojęzyczne i wydawcy z tamtego kręgu próbują wymknąć się poza skostniały i dobrze rozpoznany rynek anglo-amerykański.

Gdańskiemu zespołowi skutecznie i całkiem szybko udało się wyjechać z polskiego garażu na autostrady muzycznego świata. Doprowadziło to do absurdalnej sytuacji, w której polska recepcja ich twórczości ustawiona jest przez reakcję mediów zagranicznych. Na swojej stronie internetowej gdańska kapela reklamuje się w zakładce „O nas” licznymi recenzjami we wszystkich językach świata. Doprowadza to mojego Google Translatora na skraj przegrzania: Finowie zwrócili uwagę, że w „Headache” „tempo zmienia się stale, a nastrój zmienia się z przyjemności z niepokoju na przeciętność”, Włosi zaś dochodzą do wniosku, że „album nie zna momentów upadku”. Polskich recenzji strona nie przywołuje (a raczej nie gromadzi, informując o nich tylko w aktualnościach). A zespół przecież miałby się czym pochwalić. „Headache” doczekało się wielu omówień, z  których wniosek najlepiej ujął Rafał Krause ze Screenagers, nazywając krążek „grubą kreską postawioną przez zespół po to, by puścić w niepamięć wszystkie swoje poprzednie dokonania”. Autor miał na myśli dwie pierwsze płyty Trupy Trupa wydane własnym sumptem i okres, w którym Trupa definiowała się jako zespół funeralno-cyrkowy (gdzie tylko pozornym punktem odniesienia jest „Soft Parade” Doorsów).

Albumy „Headache” i „Jolly New Songs”, oprócz funeralno-rockowego popędu śmierci, charakterystycznego dla wcześniejszych nagrań grupy, zdradzają pragnienie całkowitej profesjonalizacji na każdym poziomie. Za brzmienie odpowiedzialny jest Michał Kupicz, jeden z najważniejszych polskich producentów sceny alternatywnej. Również akcja promocyjna jest szeroko zakrojona i prowadzona bardzo konsekwentnie. Kwiatkowskiego wspierają w niej zagraniczne labele, a także Antena Krzyku. Marketingowe działania grupy to skrzyżowanie blitzkriegu, planu Schlieffena i Marshalla naraz. O ile w przypadku polskich dziennikarzy skutkuje to czasem zniechęceniem, o tyle otwarci na łagodną egzotykę zachodni dziennikarze mogą czuć się wyróżnieni. Kiedy pytam Fostera, czy nie przeszkadza mu słowiański akcent wokalisty, odpisuje: „Lubię dziwne akcenty. Ujawniają bardzo pociągającą pewność siebie”.

Zespół dzięki oddolnym działaniom wytworzył fikcyjne oczekiwanie na premierę płyty. Jakby wychodząc z założenia, że droga do uszu i  serc polskich mediów wiedzie przez zagraniczne serwery i fale radiowe. W efekcie żadna polska recenzja Trupy Trupa nie może obyć się bez przywołania adekwatnych i robiących wrażenie nazwisk (w rodzaju Sashy Frere-Jonesa, legendy dziennikarstwa muzycznego z „New Yorkera” i „Los Angeles Times”, który nazwał album „Headache” „jedną z najlepszych płyt”, a Trupę Trupa „jednym z najlepszych zespołów 2015 roku”). Skoro aktorka Chloë Sevigny udostępniła na swoim profilu piosenkę zespołu, a ma na swoim koncie nominację do Oscara, to jest to znak jakości, którym zespół może się pochwalić i nazwać to „hajpem”, a recenzent podeprzeć, rezygnując jednocześnie z własnego autorytetu i przejmując narrację dyktowaną przez zespół. O ile więc zagraniczny krytyk dostaje bezpośrednio do rąk własnych intrygujący zespół o egzotycznej (dla polskiego krytyka raczej pretensjonalnej) nazwie, po opisaniu którego przez chwilę czuje się jak muzyczny Vespucci, o tyle polski dziennikarz jest postawiony w znacznie mniej komfortowym położeniu. Przy wciąż pokutującym i doskonale w tej sytuacji widocznym polskim kompleksie niższości niedopuszczalne wydaje się skrytykowanie zespołu pochwalonego przez Frere-Jonesa albo szefa wytwórni Sub Pop.

Bynajmniej nie sugeruję, że Trupa Trupa próbuje działać jak niegdyś projektant Arkadius, którego mit i fenomen zasadzał się na londyńskim sukcesie, nigdy aż tak spektakularnym, jak próbowano to przedstawiać. Gdańszczanie nie są muzycznymi hochsztaplerami. Chęć wywołania muzycznego efektu motyla, mimo widocznych jak na dłoni wysiłków, spala jednak na panewce. Entuzjazm nawet kilkunastu zagranicznych krytyków nie jest bowiem w stanie wywołać gorączki u polskiego słuchacza.

Dobrze było to widać na koncercie Trupy w ramach tegorocznego Off Festivalu. Oglądało go mniej osób niż by zapewne przyszło na występ gdańszczan w Nowym Jorku albo Londynie. Kapela na scenie sprawiała wrażenie chłopaków marzących tylko o ułożeniu piramidy z puszek po Żubrze. We wspomnianym wcześniej wywiadzie Kwiatkowski podkreślający, że ubiera się wszędzie tak samo, a „muzycy, których muzyki słuchamy i na której się wychowaliśmy i wychowujemy ubierają się raczej normalnie, aczkolwiek to jest najmniej istotne”, jednocześnie w przewrotny sposób potwierdza, jak ważny jest dla nich wizerunek zespołu „normalnego”. Niedawni hipsterzy to przecież nowi normalsi, a normcore było niedawno neologizmem roku. W momencie, w którym zespoły metalowe (i nie tylko, żeby wspomnieć Bokkę, czy bardziej w przewrotny sposób Brodkę i Łąki Łan) grają swoim wizerunkiem i kuszą niedostępnością, Trupa Trupa pozostaje grupą chłopaków z Gdańska, którzy sami dla siebie są własnym środowiskiem i punktem odniesienia. Jednocześnie myśl ich sięga znacznie dalej, poza nieistniejące redakcje muzycznych portali i czasopism w Polsce. Fetyszyzując własną normalność i zestawiając ją z Fugazi, jednocześnie podważają sens własnych działań promocyjnych. Można bowiem odnieść wrażenie, że dotarcie do uszu słoweńskiego czy francuskiego odpowiednika Piotra Stelmacha jest dla Trupy ważniejsze, niż wypracowanie spójnego wizerunku i granie, jeśli nie spektakularnych, to przynajmniej porywających koncertów, i w ten sposób zbudowanie wokół siebie wiernej grupy fanów.

Dziennikarz Jacek Skolimowski uważa, że grupa zamiast zadowalać się opiniami krytyków, powinna wsiąść w busa i objechać pół Europy, żeby dotrzeć do słuchaczy. „Obawiam się, że jak wyjdzie płyta i pojadą w trasę, to może być przykre rozczarowanie. Poza tym oni nie są jeszcze dobrym zespołem koncertowym i chyba na tym polega problem, że na razie nie reprezentuje ich za granicą żadna poważna agencja bookingowa” – dodaje. Zespół gra niewiele koncertów, bo jak powiedział Kwiatkowski w innym wywiadzie, „mieliśmy bardzo często złe doświadczenia na koncertach, gdzie natykaliśmy się na dziwne warunki sceniczne, niedziałające odsłuchy i trochę zraziliśmy się do grania”. To słychać.

Powszedniość i aseksualność, żeby nie powiedzieć bezpłciowość, charakteryzowały wczesne brzmienie zespołu. Stało się to zresztą głównym zarzutem w najostrzejszej recenzji ich drugiej płyty, w której wyjątkowo mocno rezonują słowa „gdyby nie trzykrotnie ponowiona prośba o recenzję, raczej nie zająłbym się pisaniem tych słów”. Większość tekstów o albumach Trupy podkreśla dziwność, tajemniczość, nieoczywistość ich muzyki; muzyczny mikrokosmos zespołu został zbudowany na opowiadaniu o uniwersalnych uczuciach (lęk przed śmiercią, smutek etc.), opisywanych w stylu Iana Curtisa z Joy Division,  a nie na próbach eksperymentowania i poszerzania spektrum własnego brzmienia. Ono i tak od początku było bardzo szerokie. Pozwalało to na jednoczesne unikanie etykietek i trwanie jako zespół alternatywny, permanentnie wykluczony z mainstreamu. Nigdy zresztą zespół do niego nie aspirował. Z mainstreamu Trupa Trupa zwyczajnie szydzi – choćby nagrywając ironiczne i zaskakująco przebojowe piosenki, takie jak utwór tytułowy z „Jolly New Songs”. W muzykę Trupy Trupa każdy może wpisać swoją własną opowieść i historię, która nie podlega kontroli ani logice, może poza logiką elokwencji.

Trupa Trupa, Jolly New Songs, on Blue Tapes/X-Ray Records/Ici d'ailleurs 2017Trupa Trupa, Jolly New Songs”,
Blue Tapes/X-Ray Records/Ici d'ailleurs 2017
Wydawałoby się, że członkowie Trupy są prawdziwymi erudytami znającymi na wyrywki historię rocka i alternatywy. Muzyka zespołu bardziej niż zapisem doświadczeń jest zepsutą szklaną kulą, w której każdy słuchacz zobaczy muzyczną przeszłość. Ich ostatnie dwa albumy uwalniają pamięć i fantazję, pozwalają popisywać się osłuchaniem. Przy okazji „Jolly New Songs” Foster przypomina Juliana Cope’a, Pixies, Syda Barreta, Mercury Rev i Stereolab. O „Headache” pisano przez pryzmat historii całej współczesnej muzyki, od Pink Floyd po Tame Impala. Gdyby dodać do tego fascynacje Kwiatkowskiego muzyką klasyczną, słyszaną chociażby w gotyckim „Love Supreme” z nowej płyty, to okazałoby się, że Trupa Trupa czerpie ze wszystkiego, i nie nagrywa albumów, ale niekończące się muzyczne palimpsesty. W utworze „Only Good Weather” dosłyszałem, zdawało mi się latami temu zapomniane, a przecież inspirująco psychotyczne i perwersyjnie dziecinne Clinic, a kiedy Kwiatkowski śpiewa falsetem, wspominam jeszcze bardziej zapomniany warszawski zespół Hatifnats.

Ostatecznie Trupa Trupa nie daje nam tego, co zabrała wraz ze swoim zniknięciem Ścianka. Aż strach sobie wyobrazić, co by było, gdyby po premierze genialnych „Dni wiatru” w 2001 Maciej Cieślak pisał maile do japońskich dziennikarzy – pewnie dzisiaj kultowym albumem byłoby „Ścianka Live in Tokyo”. Nie wypełnia też jakiegoś dojmującego braku. Czerpiąc z wielu źródeł naraz, nie rości sobie praw do żadnego z nich. W kontekście zespołu można mówić o sentymencie za każdą dekadą, latami 60., 70., 80., 90. i zerowymi, o rockowych riffach i popowych melodiach, o psychodelii, hałasie, smutku, śmierci, Swansach i Beatlesach. I nigdy nie skłamać.