Nie ma czym oddychać
Truthout.org CC BY-NC-SA 2.0

22 minuty czytania

/ Obyczaje

Nie ma czym oddychać

Rozmowa z Ewą Lutomską i Piotrem Mareckim

„Sezon grzewczy” to książka oparta na mądrości tłumu, o tym, jak miasto i ludzie zmienili swój prywatny język pod wpływem smogu. W Krakowie ten język trzeba było stworzyć

Jeszcze 6 minut czytania

BARTOSZ SADULSKI: Przed wyjściem z domu sprawdzacie w jednej z modnych aplikacji, jaki jest stan powietrza?
EWA LUTOMSKA: Tak, jak tylko zaczyna się sezon grzewczy. Teraz jest znacznie łatwiej, odkąd pojawiły się aplikacje w telefonach. Kiedy powstawał Krakowski Alarm Smogowy, jednym z priorytetów była dla nas poprawa dostępu do informacji o jakości powietrza. Kiedy w 2012 roku chciałam sprawdzić stan powietrza, musiałam przebrnąć przez kilka podstron na stronie Wojewódzkiego Inspektoratu Ochrony Środowiska. To był nasz początek: zaczęliśmy pokazywać aktualne stężenia pyłu PM10 na Facebooku, odnosząc je do norm, żeby wszyscy wiedzieli, jaki jest stan powietrza i że jest się czym martwić. Pierwsza aplikacja prezentująca dane o aktualnej jakości powietrza powstała dzięki zaangażowaniu studentów Politechniki Krakowskiej, którzy postanowili w ten sposób wesprzeć Krakowski Alarm Smogowy, i tak powstał Smok-Smog. Teraz nawet jak o tym nie myślisz, to wyskakują ci powiadomienia na telefonie, i wiesz, jaka jest sytuacja. Ale czasami wystarczy wyjść na zewnątrz, żeby wiedzieć bez aplikacji, że nie jest dobrze.

PIOTR MARECKI: Sprawdzam, mam też maskę w kieszeni, a że jeżdżę na rowerze, to odczuwam zmiany. W domu mamy odświeżacz powietrza, który też daje sygnały, jak jest z powietrzem – zwłaszcza gdy otworzy się okno.

Krakowski Alarm Smogowy powstał w grudniu 2012 roku, ale podejrzewam, że problem smogu zaczął pojawiać się w waszej świadomości wcześniej. Od dzieciństwa często przyjeżdżałem do Krakowa, bo moja babcia mieszka niedaleko, i nigdy nie mówiło się o smogu w Krakowie. Na Śląsku, w Katowicach było to oczywiste, ale nie w Krakowie.
PIOTR: Mieszkam w Krakowie już prawie 20 lat, ale nie pamiętam, żebym w latach 90. słyszał o problemie zanieczyszczonego powietrza. Dopiero w ciągu kilku ostatnich zim mieszkańcy Krakowa rozmawiali dużo o smogu. Stąd się też wziął pomysł na „Sezon grzewczy”: w pewnym momencie zaczęło się generować tyle mowy na ten temat smogu, że zdecydowałem się ją archiwizować.

Piotr Marecki & Kraków, „Sezon grzewczy”. Ha!art, 400 stron, w księgarniach od stycznia 2018Piotr Marecki & Kraków, „Sezon grzewczy”. Ha!art, 400 stron, w księgarniach od stycznia 2018EWA: Kiedy przyjechałam do Krakowa na studia w 2001 roku z Buska Zdroju, to po pewnym czasie zaczęłam zauważać u siebie objawy alergii. Zaczęło się wiosną, po sezonie smogowym, i wtedy uzasadniałam to stanem powietrza. Nie interesowałam się tym jednak na tyle, żebym wiedziała, co konkretnie ją spowodowało. Nie wiedziałam wtedy nic o pyłach zawieszonych. Dopiero kiedy spotkałam Andrzeja Gułę i Anię Dworakowską, którzy byli zaangażowani w temat jakości powietrza, uświadomili mi, że jego jakość da się zmierzyć, że w Krakowie przekraczane są normy pyłów PM10, PM2,5 i benzo(a)pirenu, które wpływają negatywnie na nasze zdrowie.

Mieszkałam wtedy w centrum miasta, a naszym sąsiadem był starszy mężczyzna ogrzewający swoje mieszkanie węglem. Dym wlatywał do naszego domu, nie mogłam suszyć prania na balkonie i stopniowo zaczynało mi to przeszkadzać, ale jednocześnie nie widziałam rozwiązania sytuacji, nie byłam świadoma, że można nie palić węglem. Słyszałam, że miasto oferuje pomoc w wymianie kotłów, ale w komunikatach nie podawano przyczyny. Być może gdyby od początku alarmowano, że chodzi o stan powietrza, to zaczęlibyśmy jako społeczeństwo działać wcześniej, a ludzie byliby bardziej przygotowani do zmian.

To nie jest nowy problem. W latach 70. sytuacja w Krakowie była o wiele gorsza, co wynikało głównie z intensywnej działalności Nowej Huty. Nawet dzisiaj znaczna część zanieczyszczeń w Krakowie to zanieczyszczenia nawiewowe, pochodzące spoza miasta, co pokazuje, z jak rozległym problemem mamy do czynienia.
EWA: Jeżeli wyeliminujemy wszystkie źródła zanieczyszczenia w Krakowie, to wtedy zajmiemy się napływem. Kiedy zaczynaliśmy działania antysmogowe, w Krakowie było około 25–30 tysięcy kotłów. Teraz jest ich 9 tysięcy. Ta zmiana jest już moim zdaniem odczuwalna, chyba że jest inwersyjna pogoda i wszystkie zanieczyszczenia osiadają.

Dlaczego tak długo się o tym nie mówiło? Dlaczego Kraków nie stał się dla problemu czystego powietrza tym, czym Londyn w XIX i XX wieku? Znalazłem w internecie nagranie z 1992 roku, na którym Kraków wygląda jak Londyn w czasie wielkiego smogu w 1952 roku.
EWA: Moim zdaniem to wynikało z braku pomysłu i strategii na rozwiązanie problemu oraz z niechęci do zmian, które musieliby przeprowadzić mieszkańcy. Samorządy i władze krajowe przykrywały problem, bo tego rodzaju zmiany społeczne są trudne do przeprowadzenia. To widać najlepiej na przykładzie progów, przy których ogłaszany jest alarm smogowy. Współcześnie jest ogłaszany, gdy średniodobowe stężenie pyłu PM10 przekroczy bardzo wysokie stężenie 300 ug/m3. To najwyższy w Europie próg, wyższy niż stosowany np. w Czechach (150 µg/m3) i Francji (80 µg/m3). Taki próg alarmowania określiło Ministerstwo Środowiska w 2012 roku. To daje do myślenia: dlaczego zamiast informować mieszkańców, starano się ukryć problem? Czy po to, żeby nie prowadzić żadnych działań?

Ewa Lutomska

Współzałożycielka Krakowskiego Alarmu Smogowego, od pięciu lat aktywnie zaangażowana w procesy i kampanie prowadzone w ramach działalności ruchu na rzecz ochrony powietrza. W Polskim Alarmie Smogowego zajmuje się budowaniem świadomości na temat fatalnej jakości powietrza w Polsce.

Piotr Marecki

Kulturoznawca, wydawca, producent i wytwórca utworów cyfrowych. Pracuje jako adiunkt w Instytucie Kultury Uniwersytetu Jagiellońskiego. Współtwórca i współszef Korporacji Ha!art. Wspólnie z autorami i autorkami z kilku krajów opublikował ostatnio tomik literatury generatywnej „2X6” (2016). Jest także twórcą „Wierszy za sto dolarów” (2017) napisanych przez Mechaniczne Turki Amazona. Obecnie pracuje nad monografią komputera ZX Spectrum (wspólnie z demoscenerami Yerzmyeyem i Hellbojem). Prowadzi UBU lab na UJ. Mieszka w Krakowie.

Jedna z części książki „Sezon grzewczy” ma charakter „telemarketingowy” i składa się z zapisów wypowiedzi losowo wybranych mieszkańców Krakowa, do których dzwoniliście z pytaniem o smog. Świadomość tego, czym on jest, zwłaszcza wśród starszych ludzi, jest wysoka. Dla nich to nie jest wymysł lewackich ekologów.
PIOTR: Dokładnie, wydaje mi się wręcz, że istnieje podział na ludzi, którzy uważają, że jest źle, i na tych mówiących, że gorzej już było. Zacytuję głos pana Dariusza z książki: „W ogóle nie wiem, co to jest smog, od tego trzeba zacząć. Jestem krakowianinem od urodzenia i smog to był wtedy, kiedy na kombinacie działała koksownia, wielkie piece”. Pan Dariusz opowiada też, że w Puszczy Niepołomickiej nic nie rosło, nie można było zbierać borówek i grzybów, a teraz – jego zdaniem – wszystko jest, można iść na grzybobranie. Starsze osoby, pamiętające poprzednie dekady, natychmiast się uruchamiają na hasło smog. Opowiadają o spadającym pyle, który osiadał na samochodach, szybach od mieszkań. Jeśli im wierzyć, to dzisiaj chyba nie mamy aż tak źle.

W jednym z esejów Susan Sontag napisała, że to Oscar Wilde, piszący o obrazach impresjonistów przedstawiających stolicę Anglii na przełomie XIX i XX wieku, uświadomił londyńczykom istnienie mgły smogowej. Nawet Monet podróżował do Anglii, żeby malować niespotykaną nigdzie indziej mgłę. Z kolei określenie londyńskiej mgły jako „zupy grochowej” zawdzięczamy Melville’owi; o smogu pisał też Dickens, między innymi w „Samotni”. Temat społeczny i ekologiczny stał się też szybko tematem artystycznym.
PIOTR: W Krakowie ten język trzeba było stworzyć, żeby móc mówić o problemie.

EWA: Potrzeba też było wzrostu świadomości, także w zakresie wpływu zanieczyszczonego powietrza na zdrowie. Zwróćcie uwagę, że wraz ze wzrostem świadomości zaczęliśmy więcej o smogu mówić i pisać. Gdy przeliczyliśmy smog na ilość wypalonych papierosów, problem stał się namacalny i zaczął dotyczyć każdego z nas. Efektem tej pracy jest chociażby „Sezon grzewczy”. Oczywiście, jesteśmy kilkadziesiąt lat do tyłu i to całe zamieszanie powinno się zacząć już dawno temu.

PIOTR: Dla mnie najciekawsze było prywatne gadanie, mowa. W książce zebraliśmy setki głosów ludzi z miasta. Mało kto używa profesjonalnego języka, jakim posługuje się na przykład Ewa. Mieszkańcy wypowiadają się bardziej prywatnie i emocjonalnie. W Krakowie są też osoby, które lubią smog, uważają, że jest bardzo estetyczny, co szczególnie widać, kiedy porówna się Kraków z innymi, czystszymi miastami. Ich zdaniem smog sprawia, że ulice są ciekawsze, bardziej tajemnicze, nie widać ich końca. Miasto skąpane we mgle to bardzo krakowski obrazek. To ważne, żeby odnotować, że nie wszyscy postrzegają smog jako traumę.

Część książki to także klasówki twoich studentów, którzy odpowiadali na pytanie, czym jest smog. Można z nich wyciągnąć między innymi taki wniosek, że jest grupa ludzi, którzy traktują smog jako pole walki czy wręcz wojny: zbroją się w maski, kaptury i przez innych postrzegani są jako wojownicy. Smog sprzyja powstawaniu nowych grup społecznych.
PIOTR: Przy czym znowu mówimy o bardzo młodych ludziach, którzy przyjechali niedawno do Krakowa. Nierzadko oni albo ich rodzice postrzegają problem zanieczyszczenia powietrza za pośrednictwem narracji podawanej przez media. Pomysł wziąłem od eksperymentalnej pisarki Emmy Kay, która napisała książkę „Worldview”. Żeby ją stworzyć, zamknęła się w swoim mieszkaniu i nie korzystając z żadnych źródeł, spisała z pamięci kilkusetstronicową narrację o tym, jak powstał świat – opisała jego historię, ujawniając mechanizmy działania pamięci, ale też zachodniej edukacji. To był punkt wyjścia do tego rozdziału: poprosiłem studentów i studentki, żeby nie korzystając ze smartfonów, napisali, jak powstaje smog. Pisali to ludzie bardzo młodzi, większość z nich przyjechała spoza Krakowa. To zupełnie inne podejście niż wśród starszych osób, dla których smog – jeśli tak można powiedzieć – jest czymś bardziej przezroczystym. Młodzi mieszkańcy używają też więcej profesjonalizmów, mówią mediami.

Zaskoczyło mnie, że poziom świadomości wśród twoich studentów na temat tego, czym jest smog i skąd się bierze, jest jednak dosyć niski.
EWA: Ta świadomość wzrasta każdego roku, co wiemy dzięki przeprowadzanym badaniom. W Krakowie około 80% mieszkańców wie, że jakość powietrza jest zła. W innych miejscowościach, nawet wokół Krakowa, świadomość jest bardzo mała. W znaczniej mierze jako Krakowski Alarm Smogowy przyczyniliśmy się do wzrostu wiedzy i zainteresowania tematem. W zeszłym roku (styczeń–luty 2017) było o smogu bardzo głośno, ale działamy od ponad 4 lat, więc zobaczcie, jak długo musieliśmy pracować, żeby temat stał się ważny dla mediów. Kluczowe było oczywiście to, że pojawił się naprawdę wielki smog, ale od początku naszej działalności koncentrowaliśmy się na budowaniu świadomości i tłumaczyliśmy, że radykalne zmiany są konieczne. I niestety są to trudne zmiany, często mentalne, gdyż nadal wiele osób myśli, że palenie śmieci jest ekologiczne, bo nie wyrzucają ich do lasu. Dym jest traktowany przez wielu jako coś naturalnego, a nie jako „odpad” zatruwający powietrze.

Wspomniałeś o tym, że twoją uwagę zwróciło coraz częstsze pojawianie się smogu w rozmowach prywatnych. Podejście do niego ewoluowało? Twoi znajomi stawali się coraz bardziej świadomi?
PIOTR: To się oczywiście nasilało, bo jesteśmy otoczeni mediami, dla których smog stał się naturalną pożywką: mam na myśli zwłaszcza Twittera, Facebooka, Instagrama. Słuchałem też, o czym ludzie mówią w autobusach i tramwajach. Przez ostatnie lata dużo mieszkałem w Ameryce w miastach, w których nie było problemu zanieczyszczenia powietrza. Tam też ludzie miło się witają i ucinają sobie small talki o rzeczach raczej neutralnych albo przyjemnych. Po paru miesiącach wróciłem do Krakowa. Wtedy zwraca się uwagę zwłaszcza na różnice kulturowe. Byłem na przykład w Jubilacie u fotografa i pierwszą rzeczą, jaką usłyszałem, był tekst dziewczyny do chłopaka na przywitanie: „Boże, jak dzisiaj strasznie, nie można oddychać”. Ludzie w Krakowie tak się ze sobą witają. Albo ostatnio słyszane: „Co słychać?”, „Dzisiaj sześćset”.

Ale moje zainteresowanie tematem zaczęło się od wykładu Jussiego Parikki „The Technological City: Smart Cities of Pollution” o miastach i smogu. Parikka brał smog i zanieczyszczające substancje za punkt wyjścia do analizy kultury wizualnej. To był impuls, żeby stworzyć posthumanistyczną książkę o Krakowie, opartą na mądrości tłumu, o tym, jak miasto i ludzie zmienili swój prywatny język pod wpływem smogu i jak mówią o takim nieludzkim aktorze, jakim jest powietrze.

Pomysł na książkę dojrzewał i potrzebował twojego wyjazdu do Stanów?
PIOTR: Wspólnie z autorami związanymi z Ha!artem mieliśmy już wcześniej pomysł, żeby zrobić książkę, którą napisze miasto. W latach 80. w Seattle powstała książka „Invisible Seattle: The Novel of Seattle by Seattle” napisana właśnie przez miasto. Przygotowali ją artyści przebrani za „robotników” słowa, w charakterystycznych kombinezonach i kapeluszach. „Invisible Seattle” było powieścią kryminalną, w której przy pomocy ankiet ludzie decydowali, co bohater ma zrobić i jak się zachować. Pierwsze nasze pomysły były podobne: chcieliśmy wyjść w miasto, stanąć pod kościołem i płacić ludziom za opowieści o smogu. To wydało nam się bardzo krakowskie.

Książka jest podsumowaniem głośnego medialnie tematu, gestem politycznej niezgody czy eksperymentalną zabawą? W końcu każdy rozdział jest dedykowany innemu autorowi literatury eksperymentalnej.
PIOTR: To ostatnie jest dla mnie najważniejsze. Przy czym pisarstwo eksperymentalne, eksperyment w ogóle, traktuję jako rodzaj badania, mający na celu uzyskanie jakiejś wiedzy bądź przesunięcie granic praktyki artystycznej. Literatura eksperymentalna w takim rozumieniu ściga się z nauką. „Sezon grzewczy” nie ma żadnej narracji, ma strukturę bazy danych. To zbiór pozbawionych interwencji redaktorów fraz, zdań, opowieści, w którym wyraża się miasto. Taka sama logika leży u podstaw mediów cyfrowych, które nie mają narracji, końca, początku, są jedynie zbiorem, przeglądamy je achronologicznie czy wręcz chaotycznie.

Czytam dużo eksperymentalnych książek amerykańskich i ten model konstruowania świata jest tam bardzo widoczny. Strukturą nawiązałem też do idei pisarstwa ambientowego – strategii, którą wykorzystują niektórzy konceptualni pisarze amerykańscy (np. Shiv Kotecha czy Steve Zultanski, by wymienić autorów przełożonych na polski). W takiej literaturze, podobnie jak w muzyce ambientowej, samo tradycyjne czytanie powinno być wyciszone, podobnie jak muzyki ambientowej się nie słucha, a wypełnia ona jedynie tło. Tak samo można przeglądać „Sezon grzewczy”, bo ta książka raczej nie nadaje się do czytania.

 

Pierwszy rozdział powstał dzięki tzw. smogwatchingowi. Nawiązałem w nim do eksperymentalnej książki „We are here” Kristen Gallagher, na potrzeby której autorka zabierała ludzi poza miasto, pokazywała im ładne krajobrazy i nagrywała ich wypowiedzi, tworząc z nich wiersze o przyrodzie. Każdy kolejny rozdział „Sezonu grzewczego” powstał za pomocą różnych technik pisania i tekst stawał się mniej lub bardziej zapośredniczony przez różne media, których używaliśmy, chociażby przez telefon stacjonarny. Mamy taki w redakcji. Na fanpejdżu „Samopomoc chłopska i babska” zdobyliśmy książkę telefoniczną, co nie jest wcale łatwe, losowo wybieraliśmy numery i dzwoniliśmy (za tę część odpowiedzialny był pisarz i krytyk Konrad Janczura). Najczęściej odbierały starsze osoby, które bardzo chciały rozmawiać i wygadać się. Trzeci rozdział powstał po przepisaniu bez żadnego poprawiania wspomnianych już studenckich kartkówek. Czwarty rozdział to drukowanie internetu: zebrałem do edytora zawartość mediów, którymi jestem otoczony, i opublikowałem smogowe tweety, hasztagi, posty z fejsa i maile. Tutaj znowu nawiązaliśmy do pomysłu Kennetha Goldsmitha „Printing out the Internet” z 2013 roku. Piąty rozdział zaczął pisać jeden z naszych współpracowników: miał przygotowywać transkrypcję pogody, ale w międzyczasie trafił do szpitala w Kobierzynie. Nie przestawał pisać, biorąc lekarstwa, pod wpływem których zdania się rozrywają, procedura się przegrzewa. Miały być same dane, ale do rozdziału wdziera się też narracja.

Ostatni rozdział książki składa się ze 150 szarych stron, symbolicznie odpowiadającym 150 dniom smogu w Krakowie. To nawiązanie do książki „Black Friday” Holly Melgard zaprzeczającej idei Gutenberga, „Black Friday” bowiem składa się z 750 czarnych stron. Autorka zmarnowała gigantyczną ilość farby drukarskiej, zabierając jednocześnie głos w dyskusji o nadmiarze. Takie gesty są potrzebne, żeby podejmować temat marnowania zasobów.

Książka jest podsumowaniem okresu, kiedy problem smogu był jednocześnie nowy i głośny. Jaka była sytuacja w 2012 roku, kiedy Krakowski Alarm Smogowy startował? W jednym z wywiadów stwierdziliście, że byliście amatorami, nie wiedzieliście, jak poruszać się w przestrzeni medialnej. Dzisiaj macie na Facebooku ponad 50 tysięcy obserwujących.
EWA: Nasze działania były spontaniczne i intuicyjne. Kiedy zdecydowaliśmy się, że chcemy stworzyć ruch społeczny, to wiedzieliśmy mniej więcej, w jakich ramach możemy się obracać. Żeby dotrzeć do ludzi i zyskać ich zaufanie, musieliśmy najpierw przekonać do siebie media. Facebook oczywiście bardzo nam pomógł, ale bez zyskania zainteresowania mediów nic by się nie udało: po to organizowaliśmy happeningi i marsze, które zapoczątkowały nasz ruch. Krakowianie do dzisiaj pamiętają happening – marsz z pustymi wózkami, bez dzieci, nawiązujący do komunikatu, aby w dni smogowe unikać długotrwałego przebywania na zewnątrz.

Jednak długo napotykaliśmy na brak zainteresowania ze strony władz województwa. Kiedy postulowaliśmy zakaz palenia węglem, który zresztą wynikał z badań i ekspertyz zleconych przez Urząd Marszałkowski, byliśmy traktowani jak wariaci, którzy chcą pozbawić ludzi możliwości ogrzewania domów. Ten brak zrozumienia był przerażający. Przecież są inne sposoby ogrzewania, bardziej nowoczesne, ekologiczne i niewymagające dźwigania wiadra z węglem na trzecie piętro przez staruszki.

 

Ale spotkaliście się szybko z dużym wsparciem społecznym.
EWA: Kluczowe okazało się dla nas wsparcie prezydenta Majchrowskiego, który już wcześniej wnioskował do sejmiku o zakaz palenia węglem. Ale też fakt, że stanęli za nami krakowianie, przyczynił się do wprowadzenia zakazu spalania węgla i drewna w Krakowie. Na drugim marszu antysmogowym pojawiło się około 2 tysięcy osób. Myślę, że to zrobiło na marszałku wrażenie.

Co jest waszym największym sukcesem: wchodzący od 1 września 2019 roku zakaz palenia węglem?
EWA: To oraz fakt, że bardzo płynnie przeszliśmy do uchwały dla całego województwa. Przez kilka lat staraliśmy się o zmiany na poziomie centralnym, bo jesteśmy zdania, że inicjatywa powinna iść z góry. To, że smog stał się ogólnokrajowym problemem, wynika przede wszystkim z tego, że pojawił się w Warszawie. To jest nieprawdopodobne, ale w Warszawie ludzie uważają, że tam jest smog. Śmieję się z tego, bo chociaż normy bywają przekroczone i zdarzają się w stolicy epizody smogowe, to zachęcam wszystkich warszawiaków do przyjazdu na południe, kiedy jest inwersja. Niech zobaczą, co to jest smog. Paradoksalnie to dobrze, że smog pojawił się w stolicy, bo od tego rozpoczęła się ogólnopolska dyskusja, bez której zmiany, o które zabiegamy, nie byłyby możliwe. A smog jest nie tylko w Krakowie, ale też w wielu mniejszych miasteczkach na Pomorzu czy w Wielkopolsce. Problem polega na tym, że nie we wszystkich miejscowościach prowadzone są pomiary. Tymczasem Kraków ma dobrze rozwiniętą sieć monitoringu jakości powietrza. Sukcesem jest również to, że rząd powołał stanowisko w randze wiceministra do spraw smogu. To pokazuje, że jest szansa, aby na poważnie zająć się tym problemem i kompleksowo go rozwiązać.

Macie poczucie, że smog staje się atrakcją, nie tylko dla firm produkujących maseczki?
PIOTR: Przejawem tego jest smogwatching. Ludzie mają opracowane trasy i jeżdżą poza miasto, żeby obserwować smog. Można sobie nawet poradzić bez samochodu, bo w niektóre atrakcyjne miejsca widokowe dojeżdżają autobusy. Z każdej niemal strony Kraków jest otoczony górami, które ograniczają możliwość wywiewania smogu, ale za to gwarantują ładne widoki. O tym było wiadomo od bardzo dawna, pamiętam, że w latach 90. mówiono, że ludziom mieszkającym w Krakowie powinno się dopłacać ze względu na ten brak przewiewu.

EWA: Wszyscy o tym wiedzieli i nikt z tym nic nie zrobił. Naszym marzeniem, kiedy zaczynaliśmy, było zainteresowanie smogiem różnych środowisk, w tym artystycznych. Wiedzieliśmy, że musimy trafić nie tylko do dziennikarzy, ale też do ważnych postaci kultury, które mogą wystąpić w roli ambasadorów. Wsparcie Andrzeja Wajdy, Grzegorza Turnaua, Michała Rusinka czy Krzysztofa Globisza przyczyniło się w jakimś stopniu się do zyskania rozgłosu, ale marzyliśmy o tym, żeby trafić z problemem do świata artystycznego.

Smogwatching / fot. Piotr Marecki

Myślisz, że książka wyczerpuje temat, czy sam jeszcze chętnie byś do niego wrócił?
PIOTR: Dla mnie to temat skończony, ale w smogu jest bardzo duży potencjał. W „Przydusze” Macieja Piotra Prusa smog jest wykorzystany jako ważny element fabuły. Zaskoczyła mnie duża liczba pojawiających się artystycznych tekstów o smogu: dostałem na skrzynkę sporo opowiadań na ten temat. Wiem, że Leszek Onak projektuje teraz utwór cyfrowy na przeglądarki, w którym w zależności od poziomu smogu w Krakowie internet będzie się „zabrudzał”, np. będą się mieszać zdjęcia z różnych artykułów. Jego „Wiersz smogowy” powstaje w naszym laboratorium na Uniwersytecie Jagiellońskim. W tym roku odbędzie się w Krakowie Smog Film Fest. W parku Jordana ma stanąć Smog Free Tower, czyli rzeźba, która oczyszcza powietrze. Wokół niej w przestrzeni kilkudziesięciu metrów nie będzie smogu. Wiem też, że artyści organizują w marcu Pożegnanie Sezonu Grzewczego. Dzisiaj ktoś podesłał mi link do filmu smogowego. Z pewnością temat jeszcze niejednokrotnie będzie obrabiany.