Wystawa Oskara Dawickiego

Wystawa Oskara Dawickiego

Agnieszka Szewczyk

Porażka i rozczarowanie są bliskie Dawickiemu i często były przez niego zgłębiane. Tym razem artysta zrezygnował z gagów i stawia poważne pytania

Jeszcze 1 minuta czytania

Oskar Dawicki, „Owoc lęku, warzywo spokoju”, Warszawa, Galeria Raster, do 4 lipca 2009.

Na wystawie w Rastrze Oskar Dawicki prezentuje kilka prac, które na pierwszy rzut oka nie mają ze sobą wiele wspólnego. Najpierw trafiamy na film „Drzewo wiadomości”, w którym artysta metodycznie nadgryza rosnące na drzewie jabłka, wypluwa kwaśny miąższ, a po spróbowaniu wszystkich chyłkiem opuszcza ogród. W tej samej przestrzeni, na starym kuchennym stołku wyeksponowany jest ołówkowy portret Cicely Saunders. W drugiej sali mamy zdjęcie – fasola hodowana w fiolce psychotropowego leku – od którego osobliwie poetycki tytuł wzięła cała wystawa, a także fotografię jabłoni pełnej nadgryzionych, pociemniałych owoców, i jeszcze pracę, która zrodziła się w trakcie przygotowywania wystawy: zdanie„Nigdy nie zrobiłem pracy o Holokauście”.

fot. RasterCzy coś łączy te prace? „Drzewo wiadomości” ma jedynie niedojrzałe, kwaśne owoce; Cicely Saunders jest twórczynią medycyny paliatywnej, czyli takiej która zajmuje się nieuleczalnie chorymi; artysta oświadcza, że nie zrobił pracy na temat Zagłady; a „Owoc lęku, warzywo spokoju” – fasolka rośnie szybko, jednak na leku antydepresyjnym.

Porażka i rozczarowanie – podstawowe, przyznajmy, doświadczenia egzystencjalne, które na co dzień staramy się ukryć – są bliskie Dawickiemu, wielokrotnie były przez niego zgłębiane i oswajane. Do tej pory trzymał się on jednak raczej ściśle terenu sztuki. Znane są jego działania nakłuwające balon śmiertelnej powagi w jej traktowaniu i demitologizujące artystę. W swoich performance’ach i filmach kręconych razem z kolegami z grupy Azorro był wygwizdywany przez kuratorów Zamku Ujazdowskiego, głębokimi ukłonami przepraszał za nieudany występ, sprzedawał w konwencji TV-marketu obraz Rafała Bujnowskiego, w działkowej scenerii próbował razem z kolegami wymyślić coś, czego jeszcze w sztuce nie było, ale nawet NIC było już w sztuce wiele razy.

Tym razem Dawicki jakby nieco zrezygnował z gagowo-absurdalnej konwencji i temu, co do tej pory obnażał, stawia poważne pytania.

fot. RasterArtysta w swojej nieśmiertelnej marynarce z lureksu próbuje posiąść wiedzę, zakradając się nocą do ogrodu, czym do absurdu doprowadza motyw biblijny. Czy traci przy tym, niczym Adam i Ewa, niewinność i zyskuje wiedzę? Czy facet w błyszczącej, dancingowej marynarce może być jeszcze niewinny i o jaką wiedzę może mu chodzić? Czy oświadczenie: „Nigdy nie zrobiłem pracy o Holokauście” możemy potraktować wprost? Nie wyklucza ono przecież, że praca Oskara Dawickiego o Holokauście nie powstanie w przyszłości, a raczej wprost przeciwnie, oznacza, że właśnie powstała.

Podstawową zaletą wypowiedzi Dawickiego jest ich niejednoznaczność, pęknięcia i zgrzyty. Strategia ciągłego podawania w wątpliwość, nadpruwania, naruszania konwencji przynosi ozdrowieńczy dystans i ostrzeżenie, że trzeba być czujnym, żeby nie dać się złapać w szczelne konstrukcje, jakie oferuje nam współczesna kultura – elegancka wystawa z wyrafinowanym komentarzem krytycznym poruszająca aktualny problem da nam zaspokojenie intelektualne, będziemy spokojnie wegetowali niczym fasola na antydepresyjnym leku Tranxene.

Najwymowniejszą część wystawy Oskara Dawickiego dostrzega się na końcu – to zaparta w oknie ławka, do której przywiązany jest sznur z ubrań artysty pomocny w ucieczce (z galerii, z wystawy, a może z życia?), po którym, jak nam zasugerowano, uciekł artysta. Ucieczka jako jedyne wyjście z sytuacji, w których rzeczywistość zaczyna się niepokojąco domykać. Tak, bliskie jest mi uczucie napięcia, które daje się (chwilowo) rozładowaćsłowami: przepraszam, ja już muszę iść i niezwłocznie opuszczam lokal.


Tekst dostępny na licencji Creative Commons BY-NC-ND 3.0 PL.