Powieść polityczna
kadr z filmu „Porwanie Michela Houellebecqa”

Powieść polityczna

Cezary Michalski

Nową powieść Houellebecqa czytałem, jadąc samochodem przez Europę. Kupiłem ją w Paryżu ogłuszonym przez zamach na „Charlie Hebdo”, a skończyłem czytać w Nottingham. Przez całą drogę miałem w samochodowym odtwarzaczu „Pożegnanie jesieni” Witkacego

Jeszcze 5 minut czytania

Tytuł najnowszej powieści Michela Houellebecqa, „Soumission”, oznacza „podporządkowanie”, „posłuszeństwo”, „uległość”. Albo „poddanie się woli Boga i jego prawu”, gdyż „soumission” to także najbliższy francuski odpowiednik mającego takie właśnie znaczenie arabskiego słowa „islam”. Houellebecq zdradza też w towarzyszących wydaniu powieści wywiadach, że początkowo zamierzał nadać jej tytuł „La Conversion”, czyli „nawrócenie”, a bohater miał się nawrócić na katolicyzm. Dopiero w czasie pisania („kiedy zaczynam pisać powieść, nigdy nie wiem, jak się ona zakończy”) Houellebecq miał dojść do przekonania, że „wobec słabości chrześcijaństwa we Francji i Europie” religia powróci, a wraz z nią „odbudowany zostanie patriarchalny porządek”, wyłącznie dzięki politycznemu zwycięstwu islamu.

Islamu – dodajmy – całkowicie ortodoksyjnego, konserwatywnego, wręcz fundamentalistycznego w wymiarze kulturowym, obyczajowym, w swojej ambicji podporządkowania państwa i społeczeństwa zasadom szariatu. Jednak „politycznie umiarkowanego”, a w każdym razie pragmatycznego, wręcz cynicznego, skoro w tej powieści polityczny islam potrafi wchodzić w taktyczne sojusze z „resztkami świeckiej lewicy” czy w ogóle „polityki republikańskiej”. Co pozwoli charyzmatycznemu liderowi islamistycznej partii pokonać kandydatkę Frontu Narodowego w drugiej turze francuskich wyborów prezydenckich 2022 roku. Ów „charyzmatyczny lider politycznego islamu” potrafi nawet później wykorzystać „martwe” i „antydemokratyczne” struktury Unii Europejskiej, żeby w finale powieści uczynić z nich fundament „nowego karolińskiego cesarstwa”. Tym razem jednak opartego na islamie, nie na chrześcijaństwie, i – jak pisze Houellebecq – „zorientowanego bardziej w kierunku Morza Śródziemnego”, a w dwóch nowych „falach integracji” rozszerzającego się o Maroko, Tunezję, Egipt i Turcję. Ta z pozoru pozytywna wizja tryumfującego islamu jest zresztą elementem dość zawiłej strategii autora, który chce jednak w swoim francuskim czytelniku wywołać strach. A także żal do „liberalnego, dekadenckiego Zachodu”, że nie potrafi przeciwstawić islamowi własnej żywej ortodoksji czy równie ekspansywnej „wiary”.

Michel Houellebecq, „Soumission”.
Flammarion, 320 stron, we francuskich
księgarniach od stycznia 2015,
polskie tłumaczenie ma się ukazać jesienią
Bohaterem i jednocześnie pierwszoosobowym narratorem powieści Houellebecq czyni francuskiego profesora uniwersyteckiego specjalizującego się w twórczości i biografii najbardziej dekadenckiego europejskiego pisarza Jorisa-Karla Huysmansa (autora „Na wspak”), który w wieku dojrzałym nawrócił się na katolicyzm, zamieszkał w benedyktyńskim opactwie i pisał m.in. o świętości katolickiego małżeństwa, mimo że własną znajomość kobiet czerpał z burdeli Paryża i Brukseli, których był nie tylko klientem, ale wręcz koneserem. Z kolei bohater „Soumission” przechodzi w XXI wieku drogę alegorycznie odtwarzającą biograficzne wybory wielu francuskich intelektualistów w epoce Vichy, do której Houellebecq czyni zresztą częste aluzje. Mógłby kolaborować z władzą komunistyczną, nazistowską, z katolickim tradycjonalizmem, ostatecznie decyduje się na daleko idącą kolaborację z politycznym islamem, kiedy ten zdobywa władzę we Francji. Po krótkim wahaniu obejmuje profesorską katedrę na zislamizowanej już konsekwentnie Sorbonie, za znacznie wyższe uposażenie (uniwersytet finansują teraz bogaci Saudowie, a nie znajdująca się w ciągłym finansowym kryzysie Republika Francuska), mimo iż ceną za to jest przejście na islam (warunek powrotu do pracy w nowej wyznaniowej edukacji francuskiej). A także konieczność poślubienia przynajmniej trzech żon (to akurat bohater powieści uważa raczej za dodatkową nagrodę, szczególnie że małżeństwo ma być całkowicie „aranżowane”, a żony mają być ślicznymi piętnastolatkami wybranymi dla niego przez muzułmańską swatkę, gdyż bohater cierpi na „typową dla ludzi Zachodu niezdolność do podejmowania decyzji i dokonywania wyborów”, także w życiu prywatnym).

Bohater „Soumission” powtarza istotny moment biografii René Guénona, przywoływanego wielokrotnie w tej powieści francuskiego „tradycjonalisty integralnego”, który nawrócił się ostatecznie na islam, kiedy w latach 30. XX wieku doszedł do wniosku, że katolicyzm (szczególnie w wersji tradycjonalistycznej) na Zachodzie nie przetrwa, a sam Zachód stanie się liberalny i świecki.

Wszyscy bohaterowie „Soumission” miotają się zresztą pomiędzy nostalgiami za komunizmem, faszyzmem, chrześcijańskim średniowieczem, a wreszcie szariatem, istotna bowiem w tej powieści nie jest wcale ortodoksja, na którą ostatecznie się nawracają, ale tożsamość, którą porzucają. A porzucana przez nich tożsamość to „bycie człowiekiem dekadenckiego Zachodu”. To także oświecenie, laicki humanizm („humanizm się nie sprawdził, nie łagodzi mojego lęku przed śmiercią ani nie daje mi poczucia sensu”), równość płci, liberalna demokracja, wreszcie Unia Europejska i w ogóle – „nasze społeczeństwa, jeszcze zachodnie i jeszcze socjaldemokratyczne”.

Długa jest lista idoli, które autor, a może tylko narrator „Soumission” obala w napędzającej tę powieść pamfletowej pasji. A wszystkie zwroty, które tu przywołuję, grzebiące oświecenie, laicką republikę, świecki humanizm, Unię Europejską czy w ogóle „Zachód” – to przemieszane cytaty słów bohatera „Soumission” i cytaty z wywiadów Michela Houellebecqa towarzyszących premierze tej książki, w których mówi on mniej więcej to samo, co bohater i narrator powieści. I już tylko od nas, czytelników, zależy, czy uznamy słowa bohatera „Soumission” za wyraz poglądów autora, czy też słowa autora uznamy za kolejny element literackiej gry, mającej pokazać świat powieściowy jako w pełni zamknięty i homogeniczny, pozbawiony jakiejkolwiek obcej perspektywy, która podawałaby w wątpliwość pamfletową perspektywę powieści.

Tryumf recyklingu

„Soumission” jest literacko najmniej zaskakującą i najmniej ciekawą z powieści Michela Houellebecqa. Jego wierny czytelnik nie znajdzie tu nic, czego by nie znał z książekwcześniejszych. W dodatku to, co zawsze w nich było, jest tu powtórzone w sposób mniej oryginalny i świeży, niż na przykład w debiutanckim „Poszerzeniu pola walki”. Ubrane zostało w mniej różnorodne i mniej przekonujące postacie bohaterów i bohaterek niż w „Cząstkach elementarnych”, „Platformie” czy realistycznej części „Możliwości wyspy”. Nowa powieść jest też mniej intelektualnie odkrywcza niż młodzieńczy esej o Lovecrafcie, gdzie trochę tylko podpierając się twórczością i biografią autora wczesnej amerykańskiej fantastyki balansującej na granicy wagonowego horroru, Houellebecq przedstawił własną oryginalną koncepcję „modernizacji Cthulhu”. Cthulhu to postać powracająca w wielu opowiadaniach i komentarzach Lovecrafta, istota starsza od człowieka o tysiące lat, dysponująca bardziej rozwiniętymi możliwościami technologicznymi i „mocami”, a wreszcie o tysiące lat „rozwoju” od człowieka potworniejsza. Modernizacja Cthulhu zaś to przyspieszający wraz z oświeceniem proces postępu i „odczarowania”, oznacza wzrost samowiedzy i rozwój technologii oraz instrumentalnego rozumu, przy jednoczesnym zdekonstruowaniu wszystkich etycznych bezpieczników „odziedziczonych” po epoce mitów i religii. Cthulhu Lovecrafta i Houellebecqa to raczej Predator ze znanej serii filmów SF wywodzącej się jeszcze z kina reaganowskiego (przeciwnikiem pierwszego Predatora był późniejszy republikański gubernator Kalifornii Arnold Schwarzenegger), niż „liberalna ironistka” z optymistycznej wizji Richarda Rorty'ego.

„Soumission” jest wreszcie książką bardziej warsztatowo pospieszną w porównaniu z najlepiej może napisaną powieścią Houellebecqa, jaką jest „Mapa i terytorium”. Jako czytelnik poszukujący w prozie Houellebecqa akurat czegoś trochę innego, niż „warsztatowa doskonałość”, odnajdywałem w „Mapie i terytorium” raczej pierwsze objawy wyczerpania autora, recyklingu postaci i tropów, przechodzącego w coraz bardziej manieryczne autocytaty. Ale dla estetów poszukujących świetnego warsztatu była to pierwsza powieść autora „Cząstek elementarnych”, którą się zachwycili. Albo przynajmniej udawali, że się zachwycają, co zresztą we Francji – tak bardzo ceniącej sobie literacki warsztat – natychmiast przyniosło autorowi długo omijającą go wcześniej nagrodę Goncourtów.

Mamy również w „Soumission” powrót Bruna z „Cząstek elementarnych”. Bohater najnowszej powieści Houellebecqa też jednego dnia serfuje do upadłego po pornograficznych stronach w internecie, aby nazajutrz wczuwać się w atmosferę benedyktyńskiego opactwa, w którym kończył swe życie nawrócony dekadent Joris-Karl Huysmans.

Zarówno w powieści, jak i w towarzyszących jej wywiadach, znajdziemy znany nam już świetnie lament Houellebecqa nad losem kobiety współczesnego liberalnego Zachodu, która „utraciła to wszystko, co dawał jej oparty na religii patriarchat, czyli dar macierzyństwa” (najlepiej wielokrotnego). Mamy też powracające echo aforyzmu z „Platformy”, głoszącego, że „ludzie Zachodu już ze sobą nie sypiają”. W „Soumission” ma to ilustrować skazany na klęskę związek bohatera powieści z bardzo papierową i fantazmatyczną Myriam, Żydówką, która w innej („patriarchalnej”, „katolickiej”, „tradycjonalistycznej”) rzeczywistości mogłaby się stać „Czarną Madonną” (matką-kochanką, o której marzą praktycznie wszyscy męscy bohaterowie prozy Houellebecqa), ale na dzisiejszym liberalnym Zachodzie „umrze w samotności, bezdzietna, jej ciało już zaczyna się starzeć”. Kontrastem dla Myriam są półpornograficzne fantazje na temat potulnych islamskich piętnastolatek zapełniających współczesne haremy, które co prawda cały dzień chodzą w burkach, ale kiedy je zrzucą wieczorem przed swoim mężem, „zamieniają się w kolorowe motyle obdarowujące mężczyznę urokiem i seksem”. Zupełne przeciwieństwo kobiet liberalnego Zachodu, które przez cały dzień krążą po biurze z wyzywającym makijażem i w seksownych ciuchach, ale kiedy wracają do domu, zmęczone po ciężkim dniu korporacyjnej pracy, zmieniają się w zombies i nie potrafią wywołać u swoich mężów seksualnego podniecenia. I właśnie dlatego w nowym, bardziej konserwatywnym ustroju – obojętnie, pod władzą islamskiego czy katolickiego szariatu – paryskie sklepy z seksowną damską bielizną wcale nie zostaną zlikwidowane, zmienią się tylko klientki. W każdym razie w ten sposób kończy swoją tyradę bohater „Soumission”.

Wszystkie te uwagi wydają się tak absurdalne (oczywiście absurdalne w pewnym kontekście, bo Terlikowski, Górny czy Wencel, jeśli tylko przebiliby się przez otaczającą Houellebecqa czarną legendę „pornografa”, uznaliby te stwierdzenia za dość oczywiste), że kulturalna publiczność Francji i Niemiec nie wierzy, aby Houellebecq mógł to wszystko napisać na serio. On sam ukrywa się zresztą pod postacią błazna, łysiejącego i bezzębnego homo sacer. Ten homo sacer zrzuca jednak od czasu do czasu swoje przebranie, żeby twardo i autorytatywnie stwierdzić, jak choćby w wywiadzie dla styczniowego „The Paris Review”: „Oświecenie jest martwe, niech spoczywa w spokoju...”, „...na tym tle katolicyzm ma się całkiem dobrze i będę się upierał, że jest możliwy jego sojusz z islamem”. Gdzie indziej Houellebecq doda, że katolicyzm, podobnie jak islam, „wypromował się na swoim stosunku do demografii, szczególnie wobec tych wszystkich pomysłów z gejowskimi małżeństwami”.

Ale może właśnie ta pamfletowa antyliberalna prostota, a także to, że Houellebecq powtarza teraz w sposób zbanalizowany i przez to powszechniej zrozumiały tropy, nad którymi żmudnie pracował we wcześniejszych książkach, sprawiły, że w literackim dodatku do każdej francuskiej gazety codziennej można znaleźć nagłówek: „Nowa powieść Houellebecqa liderem sprzedaży we wszystkich kategoriach”. Co zresztą dla Francuzów równie istotne, już w pierwszych tygodniach po swojej premierze „Soumission” stało się bestsellerem także na rynku niemieckim. Jak donosiło z mlaskaniem „Le Figaro”, w ciągu paru tygodni rozeszło się 100 000 egzemplarzy pierwszego niemieckiego wydania i zamówiono właśnie 50 000 egzemplarzy dodruku.

1725


Polemizując z powieścią polityczną

Jednak nie recykling tropów, idei, bohaterów, ani nawet nie sukces rynkowy czynią najnowszą powieść Houellebecqa interesującą. Nie sposób pominąć „Soumission” przede wszystkim dlatego, że jest to pierwsza w dorobku francuskiego autora „powieść polityczna”. Znów ta uwaga może się wydać zabawna temu, kto – tak jak na przykład niżej podpisany – od początku widział w prozie Houellebecqa pisarstwo polityczne, a w każdym razie konsekwentne pisarstwo idei. Jednak tym razem o „powieści politycznej” mówi nie tylko większość krytyków (zarówno tych, którzy „politykę” czy „ideologię” Houellebecqa akceptują, jak i tych, którzy ją odrzucają), ale także sam autor w towarzyszących tej publikacji wywiadach i deklaracjach.

Czy jeśli nie wierzyliśmy autorowi, kiedy powtarzał, że jego poprzednie powieści nie są polityczne, kiedy zasłaniał się „antypolitycznością” Baudelaire'a czy innych swoich ulubionych „les antimodernes”, to możemy mu wierzyć teraz, kiedy deklaruje swoją śmiertelną polityczną powagę?

A jednak warto mu tym razem uwierzyć. Rzeczywiście mamy tu do czynienia z klasycznym antyliberalnym pamfletem. Czytając „Soumission”, znajdujemy się nagle w samym sercu odwiecznego antyliberalnego ataku na „wolność negatywną”. Podobne tyrady wypełniały europejskie powieści, dzieła filozoficzne, a wreszcie programy lewicowych i prawicowych totalitarnych i autorytarnych partii w latach 30. ubiegłego wieku. Dziś powracają wraz z „konserwatyzmem” Putina, z Marine Le Pen, z Faragem, z arcybiskupem Hoserem, a po drugiej stronie pozornej barykady z populistyczną gorączką Syrizy, Podemos, Die Linke przeciwstawioną „technokratycznemu zimnu” instytucji UE. Także dla Houellebecqa „Unia Europejska nie jest demokracją, bo jedyna demokracja to demokracja bezpośrednia, oparta na referendach, najlepiej codziennych, w każdej możliwej sprawie”. Jego pochwała demokracji bezpośredniej jest oczywiście kłamstwem, iluzją. Sam przecież demokracji nie lubi w ogóle, nie lubi demosu, a już najbardziej pogardza obywatelem europejskiej demokracji, niestałym w swoich modach, emocjach i gustach „ostatnim człowiekiem”. Uważa go za nicość, na której nie sposób oprzeć żadnego porządku. Nawet porządku własnej indywidualnej biografii, nie mówiąc już o porządku politycznym. Jednak doskonale wie, że demokracja bezpośrednia jest najlepszą drogą do skompromitowania demokracji w ogóle. Chwile „demokracji bezpośredniej” zawsze torują drogę tyranii, która później nie tylko demokracji bezpośredniej nie oferuje ludowi, ale pozbawia go wszelkiej „negatywnej wolności”.

A ja sam, próbując polemizować z diagnozami Houellebecqa, czuję się bezsilny jak Izajasz Berlin, walczący ze swoimi kontroświeceniowymi demonami. Wiedzący, że wygrywa z nimi w porządku intelektu, a nawet życia, ale przegrywa z nimi w porządku „estetycznej fascynacji” i tanatycznego zauroczenia śmiercią, nadającą ponoć podstawowy sens naszemu „skończonemu istnieniu”.

Houellebecq, pozujący jako bezzębny homo sacer (do zdjęć przy wywiadach, do niedawnego filmu „Porwanie Michela Houellebecqa”), rzuca klątwy na pychę nowoczesnego człowieka, używając formuł i obrazów wziętych jak zwykle z Pascala. „Moje ciało, które przez krótki okres młodości dostarczało mi przyjemności, teraz stało się źródłem codziennych cierpień”. „Kiedyś mi stawał, teraz mi nie staje”. A do tego najczęściej chyba przywoływany przez Houellebecqa pascalowski obraz ludzkiego świata jako celi skazańców, w której oczekujemy własnego końca, widząc jednego po drugim przedstawiciela naszego gatunku wyprowadzanego na egzekucję „nieuniknionej naturalnej śmierci”.

Houellebecq z narastającą satysfakcją mizantropa pokazuje, jak „ostatni człowiek” liberalnego, świeckiego Zachodu próbuje za pomocą seksu, pieniądza, konsumpcji zamazać tę „prawdę o swojej kondycji”. Od której może go wyzwolić jedynie religia, rozumiana raczej jako „zemsta Boga” na „nowoczesności, która chciała być świecka”, niż jako inwestycja w człowieka, w Stworzenie, także w ludzką wolność, która dla Houellbecqa, kiedy konstruuje swoich bohaterów i kiedy się im przygląda, jest tylko złudzeniem.

I tylko liberalny Zachód ma wciąż te same – jak w latach 30. ubiegłego wieku – problemy z obroną „wolności negatywnej”, która jest jego fundamentem, przestrzenią, w której każdy z nas próbuje przeżyć, dowartościować i usensownić własne życie. I wciąż ma te same problemy z udowodnieniem, że jednak nie jest „cywilizacją śmierci”. Przeciwnie, bije na głowę swoje alternatywy, obiekty antyliberalnych nostalgii i westchnień, zarówno jako dostarczyciel bezpieczeństwa (argument Hobbesowski), szczęścia (argument Milla), a nawet sensu (argument chrześcijański, jeśli tylko nie jest to chrześcijaństwo w wersji późnego de Maistre'a).

Spójrzmy bowiem na realność tych wszystkich alternatyw liberalnego Zachodu. Upgrade'owany przez Putina konserwatywny Trzeci Rzym 2.0, którego car odsyła żonę do prawosławnego klasztoru, żeby móc z gimnastyczką lub z „towarzyszami broni” (bo wedle moskiewskich plotek, nawet „gimnastyczka” skrywa jedynie jeszcze głębsze prywatne tajemnice, których już naprawdę nie można pokazać ludowi wychowanemu konserwatywnie i w homofobii). Albo „żarliwa religijność” Państwa Islamskiego. Zamiast odrodzenia wiary, o którym pisze Houellebecq, zamiast powrotu metafizycznych doznań, widzimy raczej instrumentalny cynizm „zemsty Boga”, późnonowoczesnej ideologii zorientowanej na schmittiańską polityczność i na władzę doczesną.

Jednak ta zbyt łatwa falsyfikacja antyliberalnych nostalgii nie rozwiązuje problemu. Przeprowadzałem kiedyś dla Krytyki Politycznej wywiad z Gilles’em Kepelem, o jego nadziejach i lękach związanych z „arabską wiosną”. Autor „Zemsty Boga” opowiadał o ryzyku przechylenia się społeczeństw arabskich i Turcji w stronę fundamentalizmu, wobec słabego społecznego zakorzenienia nie tyle nawet laickości, co najbardziej nawet podstawowej świeckości. Kepel opowiadał o swoich nielicznych zsekularyzowanych arabskich i tureckich przyjaciołach. Szukając jakiegoś określenia, jakiejś definicji, aby ich pospiesznie, dla potrzeb rozmowy, opisać, powiedział w końcu: „oni piją alkohol”.

Z tego kłopotu świeckich liberałów, którzy mają problem z szybkim zdefiniowaniem „wolności negatywnej” inaczej niż poprzez podstawową wolność najbardziej nawet niewinnej transgresji, Houellebecq uczynił młot na liberalizm, na oświecenie, na świeckość. Jego „ostatni ludzie Zachodu” uprawiają seks, coraz bardziej beznadziejny, niedający im już nawet przyjemności. Wyłącznie to ich definiuje. Chwyt łatwy – używano tego młota w latach 30. XX wieku – niemniej wciąż efektowny.

***

O tym, jak czytamy i rozumiemy daną książkę, przesądza bardzo często kontekst lektury. „Soumission” czytałem, jadąc samochodem przez Europę. Wyruszyłem z Warszawy, książkę kupiłem w Paryżu ogłuszonym przez zamach na „Charlie Hebdo”, a skończyłem ją czytać w Nottingham. Przez całą drogę miałem w dodatku w samochodowym odtwarzaczu MP3 „Pożegnanie jesieni” Witkacego (przypadek czy fatum?). Pozostawiałem za sobą – przynajmniej na kilka miesięcy – wojnę na Ukrainie i Grecję Syrizy, w której nie widzę nadziei, a jedynie ostrą formę choroby trawiącej dziś Europę. Pozostawiałem społecznie skonfliktowaną Polskę, która na poziomie fasady i elit wydaje się stabilnym elementem liberalnego Zachodu, jednak łatwo w niej sprowokować społeczny bunt, czy to pod transparentem „Chcecie rządzić w Ukrainie, a tu polski rolnik ginie”, czy to pod hasłem „obrony białej chrześcijańskiej Europy” przed „zepsuciem liberalnego Zachodu” (jakkolwiek paradoksalnie wyglądałaby ta symboliczna geografia arcybiskupa Hosera i jakkolwiek mało by miała wspólnego z Chrystusem, który w swoim żarliwym uniwersalizmie zupełnie nie nadaje się na patrona „obrońców białości”). Zostawiłem za sobą Paryż i Kopenhagę pogrążone w szoku po nowych atakach, mających wymusić rezygnację z „negatywnej wolności bluźnierstwa”. Po raz pierwszy poczułem się bezpieczniej za Kanałem, pomimo Farage'a, trochę jak Canetti w „Party im Blitz” (zachowując oczywiście w tej analogii wszelkie proporcje, zarówno jeśli chodzi o historyczną sytuację, jak i o rangę zestawionych tu osób). Albo jak bohaterowie wojennych romansów Remarque'a uciekający z kontynentu.

Ale nie, przecież liberalna Europa jeszcze istnieje. I tylko to „jeszcze” w zdaniu, które miało być optymistyczną odpowiedzią na antyliberalny i antyeuropejski pamflet Michela Houellebecqa zdradza emocje, jakie wywołała we mnie lektura „Soumission” zimą 2015 roku.


Tekst dostępny na licencji Creative Commons BY-NC-ND 3.0 PL.