KULTURA ZWIERZĄT: Atrakcje w plenerze
Marco Verch CC BY 2.0

13 minut czytania

/ Obyczaje

KULTURA ZWIERZĄT: Atrakcje w plenerze

Dariusz Gzyra

Czy ktokolwiek używa sformułowań w rodzaju „muzyka dla ludzi”, „koncert dla ludzi” lub „pokaz filmu dla ludzi”? Znamienne, że w przypadku psów pozwalamy sobie na takie uogólnienie

Jeszcze 3 minuty czytania

Z kulturą wśród zwierząt

Do ogrodzenia pastwiska podchodzi mężczyzna z zawieszonym na szyi saksofonem. Przez chwilę widzimy jego twarz z dyskretnym uśmiechem kawalarza. Oho, za chwilę będzie się działo! Spójrzcie tylko. Zatrzymuje się, szuka wzrokiem zwierząt. Widać je w oddali, zainteresowane swoimi sprawami. Krowy, stado krów. Stoją, przechadzają się, odganiają muchy, jedzą. Są, to dobrze. To teraz coś zagramy. Nagrywa się? Na początku nie widać reakcji na dźwięki saksofonu. W odpowiedzi na pierwsze frazy nic spektakularnego się nie wydarza. Trzeba odczekać dobrą chwilę, żeby wyraźnie dostrzec, że zwierzęta przerwały swoje zajęcia i skierowały wzrok w stronę mężczyzny. Następnie stopniowo obróciły się w jego kierunku i zaczęły ku niemu iść.

Tempo, początkowo powolne, zamienia się za chwilę w pośpiech. Co jakiś czas któreś ze zwierząt muczy i nawet te, które początkowo były obojętne, dołączają do reszty. W tle nagrania słychać czyjś śmiech. Żadna z krów nie dochodzi aż do ogrodzenia. Całkiem już nieźle rozpędzone zatrzymują się, zachowując bezpieczny dystans od ludzi, a może i od elektrycznego pastucha – spotkanie z nim nie jest miłe. Jednak większość z nich najwyraźniej chce dobrze słyszeć, więc ustawiają się naprzeciwko mężczyzny i w naturalny sposób tworzą szereg delikatnie wygięty w łuk. Ten odruch jest źródłem geometrii amfiteatru. Słuchają.

Sztuczkę, w różnych konfiguracjach wykonawców i słuchaczy, można bez trudu znaleźć wśród filmów na YouTubie. Ludzie grają na instrumentach, a zwierzęta podchodzą do nich z czymś, co wygląda na mieszaninę zainteresowania i niepokoju. Kto z kim i co z czym spotyka się przy ogrodzeniu pastwiska? Dlaczego takie spotkanie wydaje nam się interesujące, zaskakujące, zabawne? Narzuca się odpowiedź: urok kontrastu, komiczna niewspółmierność; sympatyczne, ale jednak nonsensowne zestawienie. Z jednej strony człowiek, z zakodowanym wzorem melodii, którą potrafi umieścić w kontekście historii muzyki, przekształcać wysublimowanym frazowaniem – efektem żmudnego treningu, wiedzy o harmonii i wrodzonych zdolności. Muzyk z instrumentem, przedmiotem, który stanowi połączenie rzemieślniczej tradycji z najnowszymi technologiami. Z drugiej – na przykład krowy, które, no cóż, z pokolenia na pokolenie stoją, przechadzają się, odganiają muchy, jedzą. Słowem: kultura i natura, rozdzielone ogrodzeniem. Czy aby na pewno?

Proces wydobywania dźwięku z saksofonu ma nieusuwalny aspekt fizjologiczny. Jego częścią jest ślina, przyspieszone bicie serca, praca oddechu, precyzyjne i skoordynowane skurcze mięśni palców, ruch ciała, z jego bezwiednymi skłonami, uginającymi się kolanami i oczami zamykającymi się podczas wydmuchu. To organizm gra na saksofonie. Tajemniczy obieg odtwarzania i tworzenia sekwencji dźwięków ma podłoże biologiczne. Fala akustyczna, aby stała się dźwiękiem, potrzebuje odbiornika, słuchu. Jak i pozostałe zmysły, dzielimy go z wieloma innymi zwierzętami. Zakresy ludzkich i pozaludzkich zmysłów są oczywiście różne, ale w trakcie sceny przy ogrodzeniu spotkały się dwa profile biologiczne o wspólnym polu doświadczenia. Ludzie i krowy słyszą w podobnym zakresie. Właśnie to, oraz oczywiście podległość tym samym prawom fizyki, sprawiło, że komunikacja była możliwa.

Nie da się jednak dobrze opisać tego spotkania w tak zredukowany sposób. Owszem, człowiek grający na instrumencie to zawsze skomplikowany organiczny generator dźwięków, a aparat słuchowy krów to wyrafinowany biologiczny detektor, ale przecież nie jest to cała opowieść. Fala akustyczna jest zjawiskiem fizycznym, jednak gdy zostaje zarejestrowana przez zmysł człowieka, wzbogaca się o dodatkowy wymiar. Wchodzi do obiegu psyche, flirtując z pamięcią, uruchamiając interpretacje, próbując znaleźć miejsce w zniuansowanym systemie klasyfikacji, budząc afekt i refleksje. Staje się zdarzeniem kulturalnym. Czy dźwięki złożone w melodię były dla zwierząt – przeciwnie niż w przypadku człowieka – atrakcyjne tylko ze względu na właściwości fizyczne? Czy naprawdę ktokolwiek może sensownie twierdzić, że był to jedynie akt recepcji określonych konfiguracji fal o różnych częstotliwościach, reaktywność pozbawiona innych wymiarów? Interpretowanie tej sceny wyłącznie jako dokumentacji przypadku reakcji ruchowej, czyli fonotaksji, jest dziwaczne.

Życie krów, o ile oczywiście mają zapewnione odpowiednie warunki, wypełnione jest zróżnicowanymi dźwiękami, które coś dla nich znaczą. Krowy, podobnie jak wiele innych zwierząt, mają dobrą pamięć. Jest ona zresztą jednym ze spoiw stada. Zwierzęta zapamiętują więc dźwięki, ale także je porównują, interpretują i klasyfikują, a na podstawie różnych tych operacji mentalnych – preferują. Jakość tych procesów z pewnością jest inna niż u ludzi, ale nie gorsza, bo trzeba je wartościować w odniesieniu do specyficznych potrzeb zwierzęcia. Skoro więc można mówić o świadomości, sensytywności i afektywności zwierząt, a zoopsychologia jest dziedziną nauki, dlaczego nie uznać, że scena przy ogrodzeniu była wydarzeniem kulturalnym? Intersubiektywnym aktem kultury, a nie redukcją takiego aktu do akulturalnej zwierzęcości. Po prostu koncertem.

Koncert dla psów

Kiedy Lolabelle straciła wzrok, zaczęła mieć ataki paniki. Lekarz zasugerował, żeby zaczęła grać na pianinie, bo to może jej pomóc w ponownym odnalezieniu się w życiu. Lola i pianino? Hmm, no dobrze, spróbujmy. Lolabelle zaczęła więc chodzić na specjalne terapie, no i grać na pianinie. Właściwie chyba nikt się nie spodziewał, że będzie robiła to aż tak chętnie. W końcu zaczęła nawet koncertować. I trzeba przyznać, że jej występy spotykały się z entuzjastycznym przyjęciem. „Muzyka uratowała jej życie” – podsumowała jedna z jej bliskich osób (Laurie Anderson: My dog’s character was pure empathy. I tried to express that). Lolabelle była rat terrierem, ukochaną suką Laurie Anderson. Naprawdę występowała na scenie, uderzała łapami o klawisze i wywoływała burzę oklasków. I salwy śmiechu.

Bywało również odwrotnie – Laurie zagrała swój pierwszy koncert dla psów, kiedy Lolabelle jeszcze żyła. W 2010 roku wykonała utwór „Music for Dogs” przed słynnym Sydney Opera House. Według organizatorów wysłuchało go około tysiąca psów, nie licząc ich opiekunów. W przypadku tych drugich można mówić o pewnych utrudnieniach, bo część dźwięków była poza zakresem słyszalności ucha ludzkiego. Tylko część, choć pierwotny plan był inny – całość miała być słyszalna głównie dla psów. No ale skoro same nie mogły przyjść, trzeba było pójść na kompromis. W końcu ludzie też chcą się bawić.

Frekwencji pewnie pomógł fakt, że wstęp był wolny. Zresztą dla psiej widowni sam fakt wykonywania dla nich utworu nie musiał stanowić największej atrakcji, choć to oczywiście domniemanie. Muzycy wydawali się świadomi niepewności, która towarzyszyła przedsięwzięciu. Laurie, rozpoczynając koncert, przyznała: „Nie wiemy, jaki rodzaj muzyki lubią psy”. Nie chodziło jednak tylko o niepewność co do odbioru jej dzieła, ale również reakcji na psie tłumy na widowni. Podobno pomiędzy słuchaczami nie doszło do większych konfliktów, choć gazety donosiły, że niektóre zwierzęta były wyraźnie zestresowane.

Koncert trwał około dwudziestu minut i rozpoczął się fragmentem z zawołaniami wielorybów i pasmami białego szumu. Później było nieco bardziej rytmicznie, a całość zmierzała ku pełnemu dysonansów crescendo, ostatecznie podobno niemal zagłuszonego szczekaniem i wyciem. Artystka zresztą starała się wciągnąć psią publiczność do zabawy. „Chcę słyszeć średniaki! No, dawajcie, potraficie zrobić to lepiej! Hau, hauuu!” – wołała ze sceny. Dziennikarze określili zdarzenie jako „surrealistyczny koncert na syntezatory, smyczki i gwizdy o wysokiej częstotliwości”.

Podobno pomysł przyszedł jej do głowy podczas rozmowy z Yo-Yo Ma. Patrzysz na widownię, a tam wszędzie psy, to by było niezłe, no nie? Słynny wiolonczelista spojrzał na Laurie i odpowiedział coś w rodzaju: „O rany, też o tym myślałem!”. Byli więc zupełnie zgodni – to byłoby coś. Po pierwszym występie w Sydney odbyło się jeszcze kilka koncertów dla psów, między innymi na początku 2016 roku na nowojorskim Times Square. Ludzka publika została wyposażona w zestawy specjalnych słuchawek, które transponowały dźwięki do zakresu słyszalnego dla ludzkiego ucha.

Na wielu billboardach można było przy okazji zobaczyć fragmenty onirycznego filmu Anderson „The Heart of a Dog”. Powstały w 2015 roku dokument odwołuje się do znanej z buddyzmu tybetańskiego koncepcji bardo – stanu pośredniego, czasu, który następuje po śmierci. Lolabelle umarła w 2011 roku. Dwa lata później odszedł mąż artystki, Lou Reed. Oboje są obecni w filmie. Lola oczywiście razem z pianinem. Było przy tym do przewidzenia, że zostanie zorganizowany specjalny pokaz tego filmu dla psów. I rzeczywiście, miał on miejsce w 2016 roku w jednym z kin londyńskiego West Endu.

W licznych zaproszeniach, relacjach i komentarzach w mediach często przewijała się myśl: właściwie to dlaczego nie? Cóż jest dziwnego w pomyśle muzyki, koncertu, filmu dla psów? Jest psia moda, psie salony piękności, fryzjerzy, perfumy dla psów, sesje na basenie i masażyści oraz przemysł wyrafinowanych przysmaków, dlaczego miałoby nie być muzyki? Jest z tym jednak co najmniej jeden problem: czy ktokolwiek używa sformułowań w rodzaju „muzyka dla ludzi” , „koncert dla ludzi” lub „pokaz filmu dla ludzi”? Znamienne, że w przypadku psów pozwalamy sobie na takie uogólnienie.

Psia publiczność na dedykowanych jej koncertach to przypadkowa publiczność. Łatwo się domyślić, co by się działo, gdyby wypełnić widownię jakiegoś koncertu ludźmi z łapanki i przytrzymać ich na miejscu. Można by przy okazji snuć – skądinąd słuszne – rozważania, że właściwie nie wiemy, jaki rodzaj muzyki lubią ludzie. I po cichu liczyć, że nie zabrali ze sobą zbyt wielu pomidorów, puszek i butelek, którymi mogliby rzucać w kierunku sceny. Opiekunowie psów, pytani o ich muzyczne preferencje, podawali odpowiedzi tak odmienne jak psychodelia Quicksilver Messenger Service i muzyka poważna lub cool jazz (te dwa ostatnie to też niebezpieczne uogólnienie).

W trakcie kręcenia „The Heart of a Dog” nagrano dużo ujęć z kamery filmującej na poziomie oczu psa. Większość odrzucono. Laurie wspominała: „To był nudny materiał. Po prostu ludzkie krocza”. Ach, czyżby? Wiemy, że okolice odbytu i genitaliów są dla wielu psów najbardziej interesujące. Niektóre trudno wręcz oderwać od kontemplacji bukietów zapachów, które można tam znaleźć. Dla kogoś, kto ma tyle milionów komórek węchowych i kilkadziesiąt razy większą niż człowiek powierzchnię nabłonka węchowego, to musi być wspaniałe źródło wiedzy i bardzo silnych bodźców. Gdyby chcieć stworzyć muzykę, którą psy byłyby naprawdę zainteresowane, musiałby to być odpowiednik zapachu krocza.

Przyjęcie perspektywy odbiorcy wydaje się kluczowe, jeśli chce się mówić o jakiejkolwiek komunikacji, również wtedy, gdy jest to kontakt międzygatunkowy. Dotyczy to także tej jej formy, którą na własne potrzeby nazywamy muzyką lub szerzej: sztuką. Jedyną ingerencją w przestrzeń, dokonaną z myślą o psach w londyńskim kinie podczas seansu „The Heart of a Dog”, było przykrycie materiałem tapicerki siedzeń. Być może więc tamta sytuacja tak sprzyjała kontemplacji obrazów, jak sztywne rzędy siedzeń w Sali Kongresowej ułatwiały zabawę na koncercie Rolling Stonesów w Warszawie w roku 1967.

To wielkie wyzwanie stworzyć sztukę z myślą o tak interesującej odmienności, jaką jest ta pozaludzka. Zamykam oczy i zanurzam się w fantazje o przyszłych wybitnych artystach międzygatunkowej kultury, jakimś cudem – być może dzięki nowym technologiom – potrafiących tworzyć ją dla zmysłów, których doświadczenia są dziś dla nas niedostępne. Może będzie to afekt nietoperzy w odpowiedzi na genialną kompozycję powierzchni doświadczanej zmysłem echolokacji? A może będzie to dzieło z wody, której subtelne ruchy rozpoznawane przez ryby dzięki linii bocznej będą wzbudzały w nich dobre wspomnienia i uspokajały je?

Żeby to zrealizować, musimy wcześniej pokonać kilka trudności. Podstawową przeszkodą w stworzeniu dzieł kultury odpowiednich dla innych zwierząt jest fakt, że jesteśmy ludźmi. Dotychczas zwykle słabo nam wychodziło umieszczanie własnej perspektywy daleko w tle.