KULTURA ZWIERZĄT: Świnie leżą w słońcu

16 minut czytania

/ Obyczaje

KULTURA ZWIERZĄT: Świnie leżą w słońcu

Maciej Jakubowiak

Miałem przyglądać się kulturze dla zwierząt, ale w Chrumkowie odkrywam kulturę samych zwierząt. Świnie nie są tu po prostu przedmiotem troski. To one troszczą się o siebie. I innych

Jeszcze 4 minuty czytania

Przy bramie kręcą się Julek i Dobrusia. Ona jest niższa, o ciemniejszej karnacji, porusza się żwawo; on zdecydowanie wyższy, stawia kroki ostrożniej, ale swobodnie. Po chwili dołączają do nich Katarzyna i Dobrawa, pierwsza to blondynka z włosami spiętymi w luźny kucyk, druga – też blondynka, krótko ostrzyżona. Pokazują nam, jak zdezynfekować buty, podają ochraniacze, przerzucają owoce – wielkiego arbuza, parę kilo jabłek, trochę winogron (zaraz się przekonamy, że przywieźliśmy tego za mało) – z bagażnika do taczki. Wąskie podwórko z zaparkowanym samochodem prowadzi wprost do kolejnej bramy. Tuż przed nią Dobrawa dorzuca do taczki drugie tyle ogórków i buraków, a kiedy Katarzyna odsuwa bramę, taczka nabiera rozpędu i w brawurowym rajdzie wytraca swoją zawartość na kolejnych wirażach, a pędząca za nią zgraja rozdziela się na mniejsze grupki. Wchodzimy.

Przed nami płaski, piaszczysty teren. Na wprost otwarta przestrzeń z kilkoma szałasami ułożonymi z długich gałęzi i całkiem podobnym płotkiem, który ma raczej dostarczać cienia niż cokolwiek odgradzać, podobnie jak długie baldachimy rozstawione tu i tam. Kiedy później pokażę kilka zdjęć na Facebooku, znajomi napiszą, że to krajobraz postapo, Sydney AD 2053. Faktycznie, słońce grzeje, jest prawie 30 stopni, w powietrzu unosi się piach. Ratunku szuka się w wodzie. Na prawo od nas jest kilka niespecjalnie głębokich rowów wypełnionych wodą, która w połączeniu z piachem tworzy gęste – takie ciasto na naleśniki – błotko. Jeśli się w nim wytarzać, błoto szybko zaschnie i stworzy przyjemną osłonę przed promieniami słońca. Im dłużej tam jesteśmy, tym poważniej rozważamy tę opcję. Tuż obok bagien, za płotem, tym razem poważniejszym, mieszkają najbliżsi sąsiedzi, owce i kozy, które ciekawsko wyglądają ponad ogrodzeniem.

fot. Katarzyna Jakubowiakfot. Katarzyna Jakubowiak

Świńskie zapasy

„Dyzio, ty dopiero wstałeś? Na nic się już nie załapiesz. Masz, łap arbuza” – mówi Katarzyna do niewielkiego koleżki, trochę podobnego do Julka. Dyzio faktycznie dopiero wykaraskał się z domu, widać, że jest zaspany. Na lewo, trochę za naszymi plecami, rozciąga się niewielkie osiedle domków jednorodzinnych, normalnych, z drzwiami, oknami uchylnymi, tylko nieco niższych niż zwykle. Niektóre mają fantazyjnie wymalowane elewacje, w kwiaty albo owoce: arbuzy, ananasy i awokado. Za chwilę dowiemy się, że to nie przypadek, to chatka Arbuza, Ananasa i Awokado. Domków jest dwanaście, mieszka w nich dwanaście trzy-, czteroosobowych rodzin, trzynasta okupuje ogród. Każdego poranka mieszkańcy osiedla opuszczają swoje zagrody, zaglądają do sąsiadów, witają się uprzejmym „chrup, chrup, chrup”. „To znaczy: «Cześć, co słychać?». Opowiadają sobie, co im się śniło i co się szykuje w nowym dniu” – tłumaczy Dobrawa.

W sumie mieszkają tu czterdzieści cztery świnie (wszyscy niecierpliwie czekają na czterdziestą piątą, Marysię), dwoje ludzi, dwie kozy, dwie owce, pięć kur i trzy koguty (które pewnego dnia ktoś po prostu podrzucił przez płot). Ale przede wszystkim świnie – to ich miejsce. Choć jako pierwsze, ponad dwa lata temu, do wsi Zajączkowo, w pół drogi między Toruniem a Grudziądzem, trafiły Katarzyna Trotzek i Dobrawa Tokarczyk (opowiadały o tym już wiele razy).

fot. Katarzyna Jakubowiakfot. Katarzyna Jakubowiak

Kiedy tam jechaliśmy, mijaliśmy ciągnące się w nieskończoność płaskie pola, na których niedawno skoszono zboże, tylko gdzieniegdzie rosła jeszcze kukurydza. Przy wjeździe do Zajączkowa minęliśmy ruiny gotyckiego kościoła, dosłownie trzy niewysokie ściany z zachowanym niewielkim wejściem. Za ruinami skręca się w lewo, mija kilka gospodarstw i w końcu po prawej ukazuje się brama z kolorowym napisem „Azyl dla Świń Chrumkowo”. Łatwo ją przegapić, uznając, że to tylko jedno z kilkudziesięciu gospodarstw w Zajączkowie. Tymczasem najbliższe podobne miejsce znajduje się w hrabstwie Kent w Wielkiej Brytanii, kilka innych jest w Stanach Zjednoczonych: w Shepherdstown w Wirginii Zachodniej, w Stanwood w stanie Waszyngton, w Jamestown w Tennesee, w Paso Robles w Kalifornii. To miejsca, gdzie świnie i inne zwierzęta „hodowlane” mogą swobodnie spędzać czas, cieszyć się życiem i doczekać naturalnej śmierci. I nie muszą się martwić, że ktoś będzie chciał je zjeść.

Po przekąsce atmosfera się uspokaja. Katarzyna opowiada nam o Dyziu i Zyziu – nie wiadomo, czy to bracia, ale na pewno najbliżsi przyjaciele. Mają podobne zwyczaje, są raczej domownikami (to dlatego Dyzio z takim refleksem zareagował na zamieszanie z taczką), wstają najpóźniej ze wszystkich, chodzą spać najwcześniej. „Oswojenie się z Chrumkowem zajęło im pół roku” – mówi Katarzyna, kiedy od strony błotka rozlega się przeraźliwy, wysoki krzyk, jakby kogoś zarzynano. „Gośka, ty histeryczko!” – krzyczy Katarzyna w kierunku niewielkiej wietnamki, która leży pod płotem. Gosia jest samotniczką, trzyma się na uboczu, ale od czasu do czasu przypomina o swoim istnieniu, szczególnie kiedy ktoś ją zaczepi.

Dyzio kręci się wokół nas. Głaszczę go, najpierw nieśmiało. Szorstka, rzadka sierść przykrywa mocną, napiętą skórę na grzbiecie ozdobionym kilkoma ciemniejszymi plamami. W końcu kładzie się na boku, to niechybny sygnał, że domaga się drapania po brzuchu. Zupełnie jak moje kundle, zupełnie jak ja. Brzuch jest miękki, a całkiem miękko jest pod pachami. Dyzio powoli przymyka oczy, wyraźnie zadowolony. „Dyzio, ty śpisz?” – pytamy. Wtedy rozlega się przekorne chrumknięcie.

fot. Katarzyna Jakubowiakfot. Katarzyna Jakubowiak

Pytam Dobrawę, jakie są jej ulubione sposoby spędzania czasu ze świniami. „Z Solkiem uprawiamy świńskie zapasy. Na razie mamy równe szanse, ale za kilka miesięcy, kiedy podrośnie, chyba będę latała po całej zagrodzie” – mówi. Świńskie zapasy wyglądają tak: świnie stoją obok siebie, lekko z ukosa, narastają dwa głosy, od delikatnego mruczenia do groźnego kwiczenia, kiedy kwiczenie wybucha, wpadają na siebie jak hokeiści przy wznowieniu gry, obijają się kilka razy – i rozchodzą w pokoju. W ten sposób, w zabawie, świnie ustalają między sobą hierarchię. Ułatwia ona sprawy, kiedy pojawia się jedzenie: wiadomo, kto będzie jadł pierwszy, a kto musi poczekać na swoją kolej.

Trzy matki

Głaszczę jeszcze Dyzia, kiedy słyszę: „Uważaj, idzie Vida”. Trafiła do Chrumkowa razem z dwojgiem swoich dzieci we wrześniu ubiegłego roku, miała już cztery lata. Jest potężna i dostojna, przechadza się powolnym krokiem, ale wszystkie świnie wiedzą, że nie można wchodzić jej w drogę. Zagląda do kolejnych zagród. „Świnie nie są zazdrosne o swoje posiadłości?” – pytam. „Są. Ale Vida może wejść wszędzie – wyjaśnia Dobrawa. – Vida jest królową”. Ze splendoru swojej matki korzysta Kundzia, z charakterystyczną plamą na tyłku. „To Miss Chrumkowa – mówi Dobrawa. – Vida jest typem matki, która porządnie odchowała swoje dzieci i wypuściła je w świat, żeby same sobie radziły”.

fot. Katarzyna Jakubowiakfot. Katarzyna Jakubowiak

Zupełnie inna jest Mela, która zbliża się do nas powoli i chce się zapoznać, a może i załapać na drapanie po brzuchu. To mikroświnka, co oznacza tylko tyle, że jest znacznie mniejsza od wielkiej białej polskiej (nie żartuję, tak się nazywa najpopularniejsza rasa świń w tym kraju: wielka biała polska) i ma ciemniejsze ubarwienie. Ale to właśnie Mela spośród trzech matek mieszkających w Chrumkowie najbardziej przypomina Matkę Polkę. „Cała jest dla swoich dzieci. I widać, jak jest wdzięczna, że mogła je w spokoju wykarmić i wychować” – opowiada Dobrawa. Mela ma trzech synów: Frania, klasycznego maminsynka, Mieszka, który uwielbia wpadać do cudzych domów, przeganiać z nich lokatorów, a potem z dumą wychodzić przed próg, i Radzia, który przepada za ludzkimi dziećmi. „Ich wysokie głosy go hipnotyzują” – słyszę.

Jest wreszcie Grażyna, której dzieci weszły na głowę. Nie pomógł nawet mąż i ojciec, Grzegorz. Potomkowie przeganiają matkę w kolejce do jedzenia i dają jej do zrozumienia, gdzie jest jej miejsce. Bywa jednak, że Grażyna się buntuje. „Cała rodzina ma do swojej dyspozycji dwa domki – opowiada Dobrawa. – Ale zdarza się, że Grażyna wygania wszystkich ze swojego i śpi sama. Czasem ma dość ich wszystkich”.

Informacje o Azylu dla Świń i możliwościach wspierania jego działalności (oraz mnóstwo doskonałych filmików z życia świń) można znaleźć na fanpejdżu Chrumkowa.

Pewnie, to wszystko antropomorfizacje, które pozwalają opowiedzieć sobie o życiu świń, tak jakby były one ludźmi. Jest w tym sporo uproszczeń i fałszywych wyobrażeń, jak w klasycznych bajkach o mądrej sowie, chytrym lisie czy, nie przymierzając, brudnej i leniwej świni. A przecież zwierzęta różnią się od nas, mają swoje predyspozycje, skłonności i nawyki. Ale jak przekonywał Carf Safina w wydanej niedawno książce „Poza słowami”, rygorystyczne przestrzeganie zakazu antropomorfizacji sprawia, że zbyt łatwo ignorujemy to, jak wiele nas łączy z innymi zwierzętami. Ostatecznie założenie, że ktoś inny jest trochę do nas podobny, stosujemy nawet w codziennej komunikacji z nabliższymi ludźmi. Ten odruch jest pierwszy: jesteśmy tacy sami, dopiero potem przychodzi czas na uczenie się i szanowanie różnic. Zresztą działa to w obie strony. „Świnie traktują nas jak równe sobie, jak dwie lochy, które z nimi mieszkają” – mówią Katarzyna i Dobrawa. W końcu kiedy głaszczę Melę po brzuchu, spokojnie i z czułością, tak jak sam chciałbym, żeby głaskano mnie po brzuchu, nie mogę się znowu tak bardzo mylić: mruży oczy, bo jest jej przyjemnie.

Tyłek wyrywa się do przodu

Przyjechaliśmy do Chrumkowa, żeby sprawdzić, jak mogłaby wyglądać kultura, gdyby zorganizowano ją wokół potrzeb tych zwierząt, które zwykle spycha się na margines. A trudno o bardziej dojmującą marginalizację niż ta, która spotyka zwierzęta „hodowlane”. Praktycznie ich nie widać, rodzą się, żyją i umierają daleko od największych ludzkich skupisk, co jest przecież niezbędne, aby klienci nawet nie musieli się zastanawiać, skąd się bierze mięso w sklepach. Znikąd.

„Wśród odwiedzających nas ludzi są i tacy, którzy mieli dziadków na wsi i widywali zwierzęta w gospodarstwie, ale nawet oni nie kojarzą, jak wygląda trzyletnia świnia” – mówi Dobrawa. „Jak to?” – pytam. „Bo trzyletnie świnie praktycznie nie istnieją. Zwykle trafiają na ubój w wieku sześciu miesięcy. Tylko maciory żyją dłużej, do czterech lat, potem też są zabijane”.

fot. Katarzyna Jakubowiakfot. Katarzyna Jakubowiak

Chrumkowo odwiedziło w tym roku ponad tysiąc osób. Przyjeżdżają tu ludzie, którzy zdecydowali się nie jeść mięsa i w końcu ze spokojnym sumieniem chcą spojrzeć świniom w oczy. Ludzie tacy jak ja. Mam 32 lata i pierwszy raz w życiu widzę z bliska świnię. (To nie do końca prawda, kiedy na autostradzie mijam ciężarówki z napisem „przewóz żywych zwierząt”, przez kraty widzę czasem, całkiem z bliska, świńskie ryjki). Przyjeżdżają pary, w których jedna osoba nie je mięsa i chce przekonać do tego tę drugą. „Zwykle to kobiety przyciągają tu swoich mężczyzn. Ale zdarzyło się, że facet przywiózł swoją narzeczoną w ramach prezentu urodzinowego, a potem przyznał, że chyba sam zrezygnuje z jedzenia mięsa” – opowiada Dobrawa. Tłumaczy mi, że Chrumkowo działa jak piramida: „Podstawą są wszyscy, którzy wspierają działanie azylu, potem jesteśmy my, organizujemy wszystko na miejscu, ale na szczycie są świnie, to one zmieniają ludzi”.

Przyjeżdżają tu również aktywiści, którzy doskonale wiedzą, w jakich warunkach żyje większość świń. Dokumentują warunki hodowli, zgłaszają nadużycia, ratują, kogo się da, jeśli się da. „W Chrumkowie kładą się obok świń. I płaczą ze szczęścia” – mówi Dobrawa, która sama przez wiele lat działała w ruchach prozwierzęcych.

Kiedy świnia trafia do Chrumkowa, jeszcze nie wie, że jej życie się zmieniło. „Przełomowy jest moment, kiedy zagroda zostaje otwarta – tłumaczy Dobrawa. – Wtedy świnia orientuje się, że jest wolna, że może zrobić ze sobą, co tylko chce. Jej oczy się zmieniają, a w całym ciele widać nową energię. Tyłek wyrywa się do przodu, kiedy przekracza próg zagrody. I zaczyna skakać z radości”.

Miałem przyglądać się kulturze dla zwierząt, ale przekonuję się coraz bardziej, że mam właściwie do czynienia z kulturą samych zwierząt. Że świnie w Chrumkowie nie są po prostu przedmiotem troski; że one same, w sprzyjających warunkach, troszczą się o siebie. I innych.

fot. Katarzyna Jakubowiakfot. Katarzyna Jakubowiak

Katarzyna i Dobrawa odkupiły Kasię, kiedy nie udało się jej utuczyć. Przeszła dwa cykle intensywnego dokarmiania, ale uparcie nie chciała przekroczyć progu 100 kilogramów, kiedy można sprzedać świnię do rzeźni. Na początku nie chciała jeść, znała jedynie wzbogacaną paszę. A tutaj w jadłospisie są tylko śrutowane zboże, owoce i warzywa, żeby świnie nie przybrały zbyt szybko na wadze (do czego mają, skrupulatnie wzmacniane w procesie hodowli, skłonności genetyczne i co jest największym zagrożeniem dla ich zdrowia). W końcu udało się ją przekonać do spróbowania winogrona. Zaczęła jeść (i do dziś woli owoce, Dobrawa nazywa ją frutarianką), ale wciąż trzymała się na uboczu, była na samym dole lokalnej hierarchii. Pewnego wieczora zajrzała do domu Solka i Lejki, dwóch młodych mangalic (świń o charakterystycznej kręconej sierści), które pozwoliły Kasi zostać na noc. Wtedy wszystko się zmieniło. Zaopiekowały się nią, wprowadziły do stada jako pełnoprawną członkinię, dzięki nim nabrała pewności siebie. Ale to nie wszystko. „Kasia stała się ich boginią. Solek i Lejka nieustannie rywalizują między sobą, które z nich będzie mogło jej towarzyszyć. W chłodniejsze noce Kasia śpi ciasno wciśnięta między nich, zapewniając sobie ogrzewanie”. I jeszcze coś: podczas jedzenia świnie znajdujące się nieco niżej w hierarchii co jakiś czas wpychają się do jedzenia tych wyżej postawionych, żeby coś dla siebie uszczknąć. Solek i Lejka nigdy tak nie robią. Zawsze czekają, aż Kasia spokojnie skończy. „Ludzie zrobili wszystko, żeby pomóc, ale najważniejszym zajęły się same świnie” – przyznaje Dobrawa.

Przyjemność

Kiedy głaszczę Melę, która rozpływa się z gorąca i błogości, podchodzi Daruś. Przygląda się przez chwilę, a potem sam wywala się na piachu z podobnym wyrazem zadowolenia. Udzieliło się mu, więc i jego głaszczę. Kędzierzawa sierść pobłyskuje złociście w słońcu. Daruś waży około 250 kilogramów, nieco ponad dwa razy więcej niż ja. To wzbudza szacunek, ale znowu: sam ważę ponad dwa razy więcej niż moja żona i ponad sześć razy więcej niż moja córka, więc to chyba nie takie ważne. Ważniejsza jest przyjemność.

fot. Katarzyna Jakubowiakfot. Katarzyna Jakubowiak

W postapokaliptycznym, czy raczej postludzkim krajobrazie Chrumkowa („postapo dla ludzi to utopia dla zwierząt”, podrzuca Michał R. Wiśniewski) świnie wyglądają na szczęśliwe. Wylegują się w słońcu, a kiedy jest im za ciepło, przenoszą się do cienia albo taplają się w błotku. „Świnie to hedoniści – mówi Dobrawa. – Nikt nie uczy radości życia tak jak one”. Ocierają się o słupki, kiedy chcą się podrapać. Kiedy im się nudzi, szukają kontaktu i rozrywki, czasem się bawią, chodzą na pogaduchy. No i ci wszyscy ludzie, którzy przyjeżdżają tylko po to, żeby je drapać po brzuchach, przytulać i dokarmiać smakołykami. Jest późny sierpień, urlopy się kończą. W Chrumkowie trwają nieustające wakacje.

Tekst dostępny na licencji Creative Commons BY-NC-ND 3.0 PL (Uznanie autorstwa-Użycie niekomercyjne-Bez utworów zależnych).