Koniec z akademią
Edward Penfield (1895), rawpixel / CC BY 2.0

31 minut czytania

/ Obyczaje

Koniec z akademią

Maciej Jakubowiak

Spróbuję tu opowiedzieć i zrozumieć, jak to się stało, że moje największe, pielęgnowane przez długi czas marzenie – akademia – tak gwałtownie i tak kompletnie, dokładnie wtedy, kiedy było na wyciągnięcie ręki, straciło swoją atrakcyjność

Jeszcze 8 minut czytania

Ostatnie zajęcia były, oczywiście, na zoomie. Studentki i studenci – nigdy nie widziałem ich na żywo, niektórych nie widziałem nawet na ekranie – przedstawiali swoje końcowe projekty, trochę o nich rozmawialiśmy, jakoś to szło. Kiedy przyszedł czas na podsumowanie, powiedziałem, jak zwykle, że byłoby świetnie, gdyby te zajęcia do czegoś im się przydały. A potem, trochę już niezwykle – słowa obmyślałem od paru tygodni, ale i tak trochę się poplątałem ze wzruszenia, a może to internet przycinał – że tak się składa, że to moje ostatnie zajęcia akademickie, że to był spory kawałek mojego życia, no i że chciałbym im podziękować, bo fajna była ta ostatnia prosta z nimi. „Panie doktorze?” – usłyszałem. „Panie doktorze, jeśli pan coś do nas mówi, to my tego nie słyszymy”. Tak to się właśnie skończyło. Próbowałem jeszcze powtórzyć, krócej, ale znowu się nie udało, więc tylko wysłałem maila, że dzięki za zajęcia, proszę się trzymać, pozdrawiam. Po 10 latach uczenia, 16 latach z uniwersytetem, 28 latach w różnych szkołach po różnych stronach biurka skończyło się.

To od razu trzeba sprostować. Ostatnie zajęcia to tylko ładny – a przecież i tak rozpikselowany – obrazek. Tak naprawdę z uczelnią rozstawałem się na raty, przynajmniej od dwóch lat. Najpierw zrezygnowałem z zajęć, za które uniwersytet płacił tak mało, że na dobrą sprawę dokładałem do interesu. Z tą rezygnacją zresztą było najtrudniej, ściemniałem, że to na chwilę, że mam jakieś poważne sprawy. Potem rozstałem się z prywatną uczelnią, gdzie bywałem z doskoku, tylko po to, żeby zapełnić potrzeby programowe, nikt tam się zresztą nie interesował, czego właściwie uczę; pożegnałem się ładnie, w odpowiedzi przeczytałem: „Do widzenia, Panie Jakubie”. Wreszcie skończyła się moja umowa na kurs opłacany z europejskiego grantu, temat nie akademicki, bo raczej praktyczny, dobre honorarium, to nawet mógłbym prowadzić dalej, ale źródełko wyschło. Na wydziale, który przez kilkanaście lat nazywałem swoim wydziałem, nikt chyba nawet nie pamiętał, że gdzieś tu się jeszcze kręcę.

Zresztą nic w tej historii nie będzie jednoznaczne. Choć kiedy puściłem na Facebooku post, z którego wziął się ten tekst, wiele osób uznało – do tych reakcji jeszcze wrócę, bo bardzo były pouczające – że to „rant”, że „inba”, że „dobrze im pojechałem, sama prawda”. Ale nie, to nie będzie jakieś revenge porn, nie wyciągnę nagle toksycznych historii, którymi mógłbym zaorać swoją eks, akademię. Nie noszę w sobie złych emocji po tym rozstaniu. Tak naprawdę to nie noszę w sobie po nim w ogóle żadnych większych emocji i nawet trochę mi się nie chce już tym zajmować – może dlatego tamten post z czerwca rozwijam dopiero w listopadzie. Ale ostatecznie akademia wcale nie jest dziewczyną, a ja nie byłem jej kochankiem, więc może warto się zastanowić, co nas właściwie łączyło. Zamiast się mścić, spróbuję tu sobie – i paru innym osobom, które mogły doświadczyć czegoś podobnego – opowiedzieć tę historię i zrozumieć, jak to się stało, że największe marzenie, pielęgnowane przez długi czas, tak gwałtownie i tak kompletnie, dokładnie wtedy, kiedy było na wyciągnięcie ręki, straciło swoją atrakcyjność.

Wejściówki

Wracałem z liceum autobusem, to musiała być druga klasa (z trzech), bo czytałem „Pana Tadeusza” w starym kieszonkowym wydaniu, kiedy zadzwoniła komórka. Mama mówiła, żebym się pospieszył, bo ktoś na mnie czeka. Wbiegłem po schodach na czwarte piętro (z dziesięciu) w bloku z późnego Gierka, wybudowanym na gwałtu, rety dla niezbędnych na Górnym Śląsku pracowników. Wpadłem do mieszkania i mnie zatkało (tak się wtedy mówiło). Rzadko miewaliśmy gości, a jeszcze rzadziej zupełnie obcych. Tymczasem w fotelu siedziała wysoka, miała chyba z dwa metry, młoda kobieta, o niezbyt długich blond włosach i, o ile pamiętam, w okularach o czerwonych oprawkach. Była studentką socjologii, zbierała ankiety do magisterki. Kiedy mama usłyszała, że studentka studiuje na Uniwersytecie Jagiellońskim, ubłagała ją, żeby chwilę poczekała, bo syn na pewno będzie chciał zadać kilka pytań.

Pewnie, że chciał. Choć miał okropną tremę. Pytał, czy warto iść na MISH, bo wyczytał w jakiejś gazecie, że to taka nowa opcja. A studentka wyjaśniła, że kiedy już się studiuje na UJ, to można chodzić na każde zajęcia, wystarczy tylko zapytać prowadzącego. A czy egzaminy są raczej pisemne, czy raczej ustne, pytał, bo o co właściwie miał pytać. Ona na to, że żaden profesor UJ by sobie nie pozwolił na takie bzdury jak kartkówki, że kolokwium to po łacinie rozmowa, że na studiach przede wszystkim się rozmawia. Skąd ta dziewczyna się urwała, myślę sobie teraz, ale wtedy tylko chłonąłem ten nowy język, jakim posługiwała się z nonszalancją: kolokwium, zaliczenie, konwersatorium, profesor.

No pewnie, że miałem w liceum profesorów, tak się na nich mówiło, choć mieli tylko magisterki. Byli świetni, naprawdę lubiłem to swoje liceum, ale mało kto się tam otarł o wielki świat. Większość nauczycieli i nauczycielek skończyła lokalne uczelnie, w Katowicach, Opolu, Gliwicach, tylko jedna z polonistek spędziła chwilę na UJ, ale miała złe wspomnienia, a historyk podobno nawet zaczął studia doktoranckie w Krakowie, ale to nie był człowiek, którego się pytało o takie rzeczy.

No więc ta studentka socjologii, która wyglądała jak istota z innego uniwersum. Uniwersum uniwersytetu, do którego za wszelką cenę chciałem się dostać. W zasadzie nie powinno to być takie trudne, uczyłem się nieźle, miałem nawet jakieś osiągnięcia, wystarczyło pyknąć maturę i już.

Matura była nowa, a z historykiem się myliłem. Kiedy okazało się, że na polskim nie trafiłem za bardzo w klucz (37% na rozszerzonym, jeśli wiecie, o co mi chodzi), najpierw rozpaczliwie próbowałem załatwić sobie miejsce gdziekolwiek. Wojewódzki finał olimpiady polonistycznej zapewnił mi nawet miejsce na filologii w Opolu, ale moja polonistka po filologii w Opolu powiedziała, żebym nie szedł tą drogą. Z rozpaczy miałem nawet studiować historię Kościoła (to opowieść na inną okazję) i właśnie wtedy ten mój historyk, spotkany przelotem na korytarzu, powiedział: „Skoro historia, to może jednak na UJ?”. No tak.

Tak się wkręciłem, choć nie przepadałem za historią. Po drodze podjąłem jeszcze brawurową próbę odkręcenia tej całej matury, składałem odwołania, próbowałem nawet przedłużyć proces rekrutacji, dopytywałem w sekretariatach i działach, a wreszcie, w efekcie jakiegoś nadzwyczajnego obrotu rzeczy, wylądowałem w gabinecie prorektora, który zapewniał, że jeśli tylko ośrodek egzaminacyjny zmieni moje świadectwo, to coś się wymyśli.

Nie zmienił. Wynik musiałem poprawić na własną rękę, ale dzięki temu zyskałem szansę rozejrzenia się po uczelni bez wielkich zobowiązań. Wykłady, aule, profesorowie mijani na Gołębiej, Mickiewicz mijany na Rynku, znajomi, imprezy, raz chyba widziałem Grzegorza Turnaua na Brackiej, kolokwia, wejściówki. Uwielbiałem to. Tak szybko zżyłem się z miastem, że kiedy musiałem sobie usunąć migdałki, to zostawiłem je w Krakowie, zamiast pojechać jak człowiek do rodzinnych Żor. W każdym razie kiedy w następnym roku akademickim zacząłem, jak chciałem, polonistykę, czułem się jak ryba w wodzie. A w porównaniu ze świeżakami, z którymi byłem na pierwszym roku i którzy dopiero odkrywali miasto, byłem stary wyga. I nie traciłem czasu. Studiowałem – tak jak sugerowała studentka socjologii – od razu dwie specjalności, pozapisywałem się do kół naukowych, kłóciłem na zajęciach, doczytywałem podręczniki z wyższych lat, zakochiwałem parę razy, było świetnie.

Studia to w ogóle, pewnie jak dla wielu osób, chyba najważniejsza historia. Najważniejsze przyjaźnie, z których niewiele już zostało. Pierwsze razy, pierwsze prace, pierwsze poważne miłości, i te niepoważne, seks, alkohol (morze alkoholu). Licencjat pisany przez cztery dni bez spania, magisterka pisana trochę przytomniej. Konferencje, festiwale, organizowane nie wiadomo po co. Przechodzenie na ty, najpierw z młodszymi doktorami, potem z profesorami. Duma, kiedy dostałem się na doktorat, i rozczarowanie, kiedy nie dostałem dobrego stypendium. Oszołomienie, kiedy grant pozwolił mi rzucić pracę i zająć się nauką, i nawet pojeździć w końcu po świecie, trzy razy w USA w ciągu pół roku, celnicy patrzyli na mnie podejrzliwie. Przerażenie, że tego grantu nie rozliczę i będę musiał wszystko oddawać. Jeśli jest tu gdzieś materiał na porządny Bildungsroman, na porządne coming of age, to w tych kilkunastu latach, kiedy sposób życia, jaki poznawałem w domu, zamieniłem na kompletnie inny, jaki poznawałem, i wymyślałem, na własną rękę. Znalazłyby się nawet zdarzenia, którymi dałoby się podbić wymowę tej zmiany (dobry redaktor wywaliłby je, bo to jednak przesada): licencjat pisany kilka tygodni po śmierci dziadka, magisterka broniona niedługo po śmierci babci, pogrzeb mamy parę tygodni po pierwszej szkole letniej dla doktorantów. Na obronie doktoratu była już moja miesięczna córka.

Marynarka w jodełkę

Opowiadam to wszystko, bo ugryzła mnie nostalgia (sorry!), ale też żeby pokazać, jakie emocje się z tym wiązały, że to nie był po prostu, nie wiem, jakiś kolejny etap edukacji, ale rewolucja. No i że cała ta moja ekscytacja strasznie głupio musiała wyglądać w oczach dzieciaków po dobrych krakowskich liceach.

Naprawdę bardzo późno się zorientowałem, że właściwie nie powinno mnie tam być. Najpierw były legendy o tym, że w Krakowie nie lubią Ślązaków – ale jaki tam był ze mnie Ślązak, czysta ludność napływowa, a zresztą prezydentem Krakowa był wtedy (wciąż jest) gość z Sosnowca, to jak mogli nie lubić, kompletnie w to nie wierzyłem. Potem, chyba na trzecim albo czwartym roku, były takie warsztaty, które prowadzili Kinga Dunin z Igorem Stokfiszewskim. Nie pamiętam już dokładnie, o co im chodziło, ale w pewnym momencie poprosili, żeby ludzie, których rodzice mają wyższe wykształcenie, stanęli pod ścianą, a pozostali pod oknem. Było nas tam dwoje, uśmiechaliśmy się do siebie głupio. Jeszcze później, już chyba na doktoracie, jedna profesorka – w jakiejś komisji rozdawaliśmy wydziałowe granty – kiedy zapytałem retorycznie, skąd ludzie biorą czas na te osiągnięcia, rzuciła mimochodem, że to chyba dzięki temu, że nie muszą pracować, bo pan przecież pracuje, panie Macieju?

Nawet jeśli nie dopuszczałem do siebie tej myśli, to – tak teraz myślę – robiłem naprawdę dużo, żeby nikomu nawet nie przyszło do głowy, że może tam nie pasuję. Kupiłem sobie marynarkę w jodełkę i szukałem sposobów na to, żeby szybko zaznaczyć swoją obecność. Pewnie dlatego wkręciłem się w koła naukowe. Najpierw założyłem swoją sekcję, potem przejąłem władzę w kole – to było łatwe, nikomu nie chciało się tym zajmować – a wreszcie w uczelnianej radzie kół. Dostałem własną pieczątkę, komórkę służbową, biureczko w piwnicy i audiencję u jego magnificencji rektora. Rany, jaki ja byłem wtedy z siebie dumny, tę pieczątkę przywiozłem pokazać mamie. I wydawało mi się, że skoro to się udało, to przyszłość na uczelni mam już zapewnioną.

Robota była głównie papierkowa. Siedziałem w tej piwnicy, pieczątkowałem formularze, rozliczałem faktury. W ten sposób administracja uczelni przerzucała część swoich obowiązków na nieopłacanych pracowników, którzy cieszyli się jak głupi, że ktoś ich potrzebuje. Dopiero po latach mnie olśniło, że harowali tam – w połączeniu ze studiami wychodziło tego pewnie jakieś 16 godzin – ludzie podobni do mnie, z mniejszych miasteczek i nieszczególnie zamożnych rodzin, którzy potrzebowali się zakotwiczyć w tym, tak dla nich nowym, świecie. Ale nikomu – nikomu z nas – nie przyszłoby do głowy, żeby tak o tym pomyśleć. Nie tylko dlatego, że rządziło wtedy PO i rozmowy o klasach społecznych były po prostu nie na miejscu. Przede wszystkim to my nie chcieliśmy dopuszczać do siebie świadomości, która mogłaby zakwestionować to, co robiliśmy. A co robiliśmy? Realizowaliśmy swoje marzenia.

Moje marzenie było stare. Zaczęło się pewnie na dobre jeszcze przed tym, jak mając pięć lat, namawiałem starszą siostrę, żeby pobawiła się ze mną w szkołę, a ona nie chciała, bo ze szkoły właśnie wróciła. Wcale się nie dziwiłem, kiedy ona, a przed nią jeszcze nasz brat, zaczynali studia. Taki był porządek rzeczy, tylko studia mogły nam zapewnić pracę, powodzenie, dobre życie. Powtarzała to mama, biorąc za dobrą monetę to, co mówili w telewizji. Powtarzała babcia, recytując przy okazji wierszyk w esperanto, którego zdążyła się nauczyć w jednej z dwóch klas wiejskiej szkoły ukończonych przed wojną – tak stare było to moje marzenie, przynajmniej siedemdziesiąt lat – i przypominając, że gdyby tylko mogła, to uczyłaby się dalej, więc skoro my możemy, to nie ma innego wyjścia. Moje rodzeństwo potraktowało edukację użytkowo, dla mnie to był już fetysz, nie środek, ale cel sam w sobie. Kiedy skończyłem 15 lat, już wiedziałem, że chcę być profesorem.

Igrzyska śmierci

Aż pewnego dnia, pamiętam to dobrze, usiadłem na dywanie i powiedziałem mojej żonie, że podobno jest nowy konkurs, w którym mógłbym startować, ale że chyba nie chcę. Sam się sobie dziwiłem. To jakby nosić buty, których już dawno się nie lubi, ale które nie chcą się zedrzeć, i nagle się zorientować, że wcale nie trzeba, że można je po prostu zdjąć. To było dwa lata po obronie doktoratu, po paru konkursach, których nie wygrałem, po paru rozmowach, z których wynikało, że powinienem być cierpliwy.

Miałem wiele powodów. Jeden był ściśle związany z ciałem, z poczuciem niewygody i napadami senności, jakich doświadczałem na konferencjach naukowych. Obiecuję, zaraz przejdę do poważnych argumentów, ale to poczucie było chyba najbliżej skóry – że jeśli teraz rzucę akademię, to już nigdy nie będę musiał przysypiać podczas referatów i wysilonych dyskusji.

To powinno wystarczyć, ale może bardziej nie chciało mi się już stawać, po raz kolejny, do rywalizacji. A ta toczyła się od początku, najpierw o stypendia studenckie, których nigdy nie można było być pewnym, bo zależały od tego, jakie wyniki mieli inni, więc na wszelki wypadek, jeśli ktoś bardzo chciał, a chcieć mógł na przykład taki gołodupiec z Żor, to śrubował te swoje wyniki, żeby na wszelki wypadek były najwyższe. A przy tym z nienawiścią patrzył, to znaczy ja patrzyłem, na innych, którzy też te swoje wyniki śrubowali, bo też pewnie byli gołodupcami, a przynajmniej chcieli mieć trochę własnej gotówki. I nienawidziłem ich, tych moich najbliższych przyjaciół, bo takie skłonności jednak zbliżają ludzi, ale mimo wszystko musieliśmy się trochę nienawidzić, żeby sprawniej ze sobą rywalizować. Z czasem stawki rosły, nie chodziło już tylko o przetrwanie na studiach. Na doktoracie od tego, czy ktoś załapał się do pierwszej trójki na roku, zależało, czy będzie miał pieniądze, czyli czas na zrobienie tego doktoratu. Do dzisiaj mi to zostało, że z niepokojem spoglądam na osiągnięcia innych ludzi, nawet jeśli nie staramy się już o te same stypendia. Kilkanaście lat szkolenia robi swoje, ale próbuję się tego oduczyć.

Podobnie było, wciąż jest, z etatami. Ziemie obiecane, wyspy szczęśliwe. Wymarzone, mityczne i rzadkie. Bitka o trzy stypendia na roku to przy tym nic. Bo etat – jak jakiś jednorożec, który w baśni wskazuje bohaterowi tajemne przejście do krainy nieustających rozkoszy – pojawia się raz na kilka lat, i tylko wtedy, gdy jakiś członek rady starszych, jakiś Gandalf Biały, odejdzie na drugą stronę (bo nie na emeryturę, na emeryturze wciąż zajmuje jedną trzecią etatu, trzeba jakoś dorobić). Wiecie, jak to wygląda: „Igrzyska śmierci”, część druga, turniej zwycięzców, o życie i śmierć walczą ze sobą zwycięzcy poprzednich edycji.

Jeśli to brzmi jak spełnione marzenie Friedricha Hayeka i Leszka Balcerowicza, to nie przypadek. Akademia – choć lubi o sobie myśleć jako o wysepce oporu na oceanie dzikiego rynku – dobrze sobie przyswoiła neoliberalny kodeks postępowania. Nie chodzi tylko o rywalizację o ograniczone zasoby jako podstawowy model organizacji życia społecznego – to by się nawet dało wyjaśnić błędem w założeniach. Sprawa jest prostsza, jak z jakiegoś magazynu Amazona albo powieści Dickensa: wykorzystywanie taniej siły roboczej. Doktoranci na potęgę prowadzą zajęcia, i to zwykle bezpłatnie, bo przecież stypendium dostają na pisanie doktoratów. Słyszałem kiedyś – nie od znajomego znajomej, ale na radzie wydziału – o doktorantce, która nie chciała prowadzić zajęć, bo, jak miała stwierdzić prowokacyjnie, nie stać jej na to. Oburzeniu nie było końca.

I to w sumie dość ironiczne, kiedy akademicy narzekają dziś na grantozę. Tak nazywa się wprowadzenie zasad rynkowej rywalizacji do organizacji pracy naukowej, z tymi wszystkimi punktami, przelicznikami, indeksami i wskaźnikami, z uzależnieniem wynagrodzenia od zdobywania grantów, kapryśnych jak pogoda w Kołobrzegu. Szczególnie profesorowie nauk humanistycznych biadolą, że w ten sposób kapitalistyczni barbarzyńcy kolonizują ostatnią ostoję ludzkiego rozumu. Ale to nie tak. Ona skolonizowała się sama. (O tym, jak to się stało, prowadzi się badania, oczywiście naukowe, tu odsyłam do książki Krystiana Szadkowskiego „Uniwersytet jako dobro wspólne”).

Jeśli jednak akademia różni się czymś od wielkiej korporacji, to tym, że najwięcej pary idzie tu jednak w utrzymanie hierarchii. Tych wszystkich „szanowny panie profesorze”, „droga pani doktor habilitowana”, „wasza magnificencjo”, które może i brzmią śmiesznie, ale wywołują całkiem poważne skutki. Na przykład takie, że ostra jak brzytwa młoda badaczka z pomysłem na przełomowe badania wkłada połowę energii w to, żeby starszyzna, która zadecyduje o jej stopniach i tytułach, nie poczuła się przypadkiem zagrożona.

W efekcie tworzy to dość upiorne połączenie feudalizmu z neoliberalizmem. To tak, jakby wejść w erę rewolucji przemysłowej, ale bez związanych z tym korzyści – przenieść się ze wsi do miasta, dostać robotę w fabryce, dwanaście godzin na dobę, ale po powrocie do domu wciąż całować spracowane ręce oćca i nie mieć na pocieszenie powieści w odcinkach.

Pole grawitacyjne

Może tak to już jest z wielkimi organizacjami, że w końcu najchętniej zajmują się sobą. Ale w tym wszystkim jakoś żal, że praca tylu naprawdę błyskotliwych, inteligentnych głów jest tak słabo zorganizowana. Bo o to tu chodzi: żeby ze zdolniachów, przyciąganych świetlanymi obietnicami akademii, wyciągnąć to, co mają najlepszego do zaoferowania. Tymczasem zamiast zajmować się żywymi dyskusjami, coraz częściej popadają w mizerię; zamiast cieszyć się intelektualną swobodą, a do tej należy też możliwość popełniania błędów, i to spektakularnych, pieczołowicie podliczają punkty, składają sprawozdania i uszanowują pana dziekana. Znów pomyślicie, że wymyślam, ale spotkałem kiedyś człowieka na progu habilitacji, który zajmował się inwentaryzowaniem krzeseł na wydziale.

Skutek ma to i taki, że akademicy coraz rzadziej wyściubiają nosy poza mury akademii. Kiedyś to było normalne, profesorowie pisali recenzje, eseje, współpracowali z teatrami i muzeami, wykłócali się w prasie (w sprawach, na których się znają – dopowiadam, bo dobrze wiem, o kim teraz myślicie). Dzisiaj narzekają, że im się to nie wlicza do dorobku. Piszę tu głównie o humanistach, bo takie mam doświadczenia, ale sam Peter Higgs, ten od bozonu Higgsa, kiedy po wielu dekadach badania eksperymentalne dowiodły słuszności jego teorii, przyznawał, że na współczesnej akademii nie mógłby sobie pozwolić na takie nieproduktywne spekulacje.

Inna sprawa, że akademia słabo znosi krytykę. To faktycznie ryzykowny temat, bo z jednej strony na akademię zasadza się rząd, a z drugiej rzesze antyszczepionkowców, którzy widzą w niej wielki spisek. To chyba jednak nie znaczy, że z krytyki trzeba zrezygnować. Skądinąd istnieją całe rozległe badania (naukowe przecież) o tym, jakie ograniczenia ma edukacja akademicka, jakie schematy bezwiednie odtwarza, dlaczego jedne rzeczy się jej udają, a inne wcale nie. Tyle że nikt się tym specjalnie nie przejmuje, działa tu genialny wynalazek ścisłej specjalizacji, który sprawia, że studiami nad szkolnictwem wyższym zajmują się spece od studiów nad szkolnictwem wyższym, nikt więcej.

To jednak zaskakujące, że ludzie, którzy tyle energii i czasu poświęcają myśleniu, tak mało myślą o swojej własnej pozycji i o mechanizmach władzy, które odtwarzają. Bo to raczej sprawa nieświadomości, a nie złej woli. Myślę sobie, że kiedy profesorowie obiecują te całe mityczne etaty i zachęcają do tego, żeby „pozostawać w orbicie”, robią to w dobrej wierze. Nawet nie wiedzą, że oszukują.

Właśnie z tego powodu odchodzenie z akademii nie jest takie proste. Oszukiwanie trwa do samego końca. Akademia trzyma w swoim polu grawitacyjnym fantastycznych ludzi, łudząc ich – ale bez żadnych konkretów, sama pani wie, nie możemy tak konkretnie – wizją etatu. To nie przypadek albo wypadek, ale rozwiązanie systemowe. Tak jest po prostu taniej. I to nie tylko w Polsce. Od kilku lat amerykańska prasa donosi o kryzysie adjunct professors, nauczycieli akademickich na śmieciówkach, którzy w oczekiwaniu na wymarzone tenure, amerykański etat, potrafią nocować w samochodach albo świadczyć usługi seksualne. Czasem takich nadwyżkowych ludzi, którzy kiedyś mogą się przydać, ale jeszcze nie teraz, wciska się na posady administracyjne. Sam dostałem kiedyś propozycję pracy w jednostce pomocniczej, miałem obdzwaniać akademików i przypominać im, że wiedzę wypracowaną na uczelni mogą sprzedawać tylko z procentem dla uczelni. Sam wiesz – usłyszałem – może to nie jest praca marzeń, ale przynajmniej będziesz w orbicie.

Może dlatego ten mój post na Facebooku wywołał takie reakcje. Pozwolił paru osobom w końcu powiedzieć coś, co w akademickiej rzeczywistości jest nie do wypowiedzenia: że to wszystko jest wielkim naciąganiem. Że to całe kluczenie, kręcenie, robienie wymownych min, to całe „niewykluczone”, to „a może by grant?” – że to zwykłe oszustwo.

Pewnie, niewykluczone, że przemawia przeze mnie resentyment. Inaczej byś ćwierkał, ptaszku, gdybyś się załapał na etacik. Pewnie, możliwe, że byłem po prostu zbyt kiepski, że wszyscy, którzy narzekamy, nie nadawaliśmy się do tej roboty. Problem tkwi raczej w tym, że nigdy tego nie usłyszałem. Nikt nigdy nie powiedział: „Słuchaj, może to nie jest robota dla ciebie?”. Przeciwnie, słyszałem, że zostań, że spróbuj, że nie teraz, ale może w przyszłości. To pole grawitacyjne nie słabnie. Miesiąc po tamtym poście dostałem mail z informacją, że pojawił się taki konkurs, którym mógłbym się zainteresować.

Zapominanie

A może chodziło mi o pisanie. Marynarka w jodełkę mogła nie wystarczyć, przynależność do akademii znacznie lepiej poświadczało opanowanie języka, jakim należy dyskutować, analizować i pisać. Wymagało to treningu, ale chyba mi się udało. Wciąż potrafię na autopilocie napisać na przykład takie coś, że prowadzona w niniejszej rozprawie egzystencjalna analityka konsekwencji nagłego awansu społecznego dla warunków możliwości percypowania struktur produkcji wiedzy oraz wynikająca z powyższego propozycja krytyki dają się z kolei analizować jako rozumiany psychoanalitycznie symptom przemieszczenia podmiotowości i tak dalej, i tak dalej.

Nauka jest dziś zorganizowana tak, że trzeba pisać dużo i publikować, publikować, publikować, a do tego trzeba nieustannie przypominać, jakie to wszystko mądre i specjalistyczne. To ważna sprawa dla dużej części humanistyki, która wciąż musi udowadniać, że jest nauką. Na pierwszym roku studiów chyba na pięciu różnych kursach jednocześnie słyszałem o przełomie antypozytywistycznym z przełomu XIX i XX wieku, kiedy to humanistyka heroicznym wysiłkiem uniezależniła się od nauk ścisłych i wynalazła własne metody postępowania. A na komparatystyce – to taka specjalność filologii, polegająca z grubsza na tym, że można zajmować się też książkami w innych językach – dyskusje o tym, czym jest komparatystyka w świetle pierwszego, drugiego i trzeciego raportu o stanie światowej komparatystyki, uniemożliwiały niestety przejście do zajmowania się tym, czym według rzeczonych raportów komparatystyka miałaby się zajmować.

Wyzłośliwiam się tu (ale tylko trochę), bo wydaje mi się, że humanistyce dobrze by zrobiło, gdyby pogodziła się wreszcie z tym, że być może wcale nie jest nauką. Może edytorstwo naukowe dałoby się jeszcze obronić, może socjologię ilościową, bo ich wyniki można jakoś zweryfikować, a to jest, zdaje się, podstawa tej całej imprezy. Tymczasem większa część humanistyki to po prostu bajeczne spekulacje, odbywające się w tak wielu odmiennych, jak to się nazywa, paradygmatach, że właściwie nie ma tu czego z czym porównywać, więc na konferencjach naukowych dawno nikt się już o nic nie kłóci, wszyscy tylko kiwają głowami z zadziwieniem, czego to jeszcze ta młodzież nie wymyśli. Nie zrozumcie mnie źle, te spekulacje czasem bywają świetne, twórcze, pomysłowe. Po prostu niewiele mają wspólnego z nauką.

Jeśli jednak humanistyka ma tak silną potrzebę podkreślania, że to, czym się zajmuje, wciąż jest nauką, to w dużej mierze dlatego, że idą za tym, to znaczy za nauką, solidne budżety. I budynki, i miejsca parkingowe, i – oczywiście – etaty. Wszystko to runęłoby – albo zostało zagarnięte przez pazernych ścisłowców, którym nigdy nie dość kolejnych zderzaczy hadronów i synchrotronów – gdyby fikcji naukowości skrupulatnie nie klajstrowano. W efekcie, niestety, teksty naukowe w znakomitej większości są nudne jak flaki z olejem, przyczynkarskie, robią z igły widły, bo z czegoś trzeba uzbierać te wszystkie punkty. Sam w tym brałem udział, bo jak inaczej starać się o stypendium, w którym połowa punktów była do zgarnięcia za publikacje?

Najgorsze jednak, że na akademii nie można pisać pięknie. „Nie można napisać sprawiała wrażenie, jakby świetnie się bawiła. Nie można napisać wyglądała, jakby była z niej wspaniała towarzyszka zabaw, jakby tryskała energią ani że energia z niej emanowała. Nie można napisać, mimo że to dużo bardziej wpasowuje się w oczekiwany styl: chociaż występuje w tym filmie niespełna dwadzieścia sekund, wnosi coś kluczowego i kluczowo kobiecego w kwestii przyjemności do filmowej analizy ówczesnego nowego etosu wyzwolenia, co w rzeczy samej także można przypisać jej artystycznej estetyce. Ple, ple” – to Ali Smith w „Jesieni”, a właściwie jej młoda bohaterka, która czeka na etat i trzyma się w orbicie uczelni, choć zajęła się historią sztuki nie dlatego, żeby dbać o jej metodologiczną spójność, lecz po prostu z miłości.

Sama Ali Smith też to przeszła, robiła nawet doktorat na Cambridge, ale rzuciła to z powodu – to tak dobitna figura, że dobry redaktor wywaliłby ją, bo to jednak przesada – chronicznego zmęczenia. Ale nawet jeśli skończyła z akademią, to nie trzeba szczególnie bystrego oka, żeby w jej tekstach dostrzec stare akademickie nawyki: po pierwsze, eseistyczne kawałki, po drugie, skłonność bohaterów do analiz, po trzecie, solidny risercz stojący za każdą powieścią, po czwarte, nadmiar wiedzy, z którą coś trzeba zrobić. To w ogóle niezawodny sposób rozpoznawania akademików, to kompulsywne porządkowanie wypowiedzi, po pierwsze, po drugie, po trzecie, nie tylko to, ale i to, z jednej strony, z drugiej strony. Nikt inny tak nie mówi.

Oduczanie się akademizmów chyba nigdy się nie kończy. Literatura byłych akademików to raczej wynajdywanie nowych sposobów na to, żeby stare przyzwyczajenia stopniowo przesuwać w mniej oczywistych kierunkach. Przy okazji „Lesbos” mówiła o tym wprost Renata Lis, kolejna uciekinierka z murów akademii: „Wkładam sporo wysiłku w to zapominanie”. Świetnie to też widać u W.G. Sebalda, który nawet w swojej ostatniej powieści, „Austerlitz”, kazał swojemu bohaterowi ni stąd, ni zowąd wygłaszać długie wykłady. Mocno się wzruszyłem, kiedy w wydanym niedawno zbiorze esejów „Opis nieszczęścia” dostrzegłem ten moment, gdy Sebald w końcu pozwala sobie na inne pisanie, nieskrępowane już akademickimi rygorami. Tak jakby nosił buty, których już dawno nie lubi, ale które nie chcą się zedrzeć, i nagle się zorientował, że wcale nie musi, że możne je po prostu zdjąć.

Toga

Mógłbym narzekać tak długo, brałem już udział w podobnych seansach, one się nie kończą. Ale mam przecież od akademii to, co mam. Choćby ten doktorat, długo nie wierzyłem, że to się uda, a jak się wreszcie udało, to było wielkie nic, ale się przydaje. I wciąż czasem ktoś się upiera, żeby jednak nazywać mnie doktorem.

Mam trochę porządnie przeczytanych książek, jedną książkę napisaną i lata ćwiczeń z różnych sposobów myślenia, tego się tak łatwo nie pozbędę. Mam parę niezapomnianych zajęć, kiedy na chwilę wszyscy, studenci i prowadzący, zapominali, w jakich strukturach się znaleźli, i robili to, co sprawiało im przyjemność. Naprawdę można się było wtedy pokłócić o literaturę i za takimi dyskusjami, kiedy wszystko jest bardzo na serio, choć przecież z gruntu niepoważne, chyba najbardziej tęsknię.

Bo jeśli akademia była dla mnie przez tyle lat kusząca, to pewnie dlatego, że obiecywała swobodę. Komfortowe warunki, w których można bez większego skrępowania zajmować się pozornie marginalnymi sprawami, żeby w końcu wywieść z nich zasadniczą wiedzę. Swobodnie myśleć i sprawdzać, co można wymyślić, kiedy nie trzeba się spieszyć. I chyba nie tylko mnie to kusiło, bo w krótkich przebłyskach zdarzało się nam, wspólnie, doświadczyć czegoś takiego.

To jasne, akademia nie jest monolitem, a od tego, o czym tu pisałem, łatwo znajdzie się wyjątki. Fantastycznych ludzi, którzy na własnych warunkach próbują się urządzić w skostniałych ramach instytucji. Pięknych kosmitów, którzy robią swoje, udając, że nie wiedzą o wymaganiach, jakie się im stawia. Odważne reformatorki, które wierzą, że akademia może być tym, co sama obiecuje.

Trzymam za nich kciuki, ale nie mogę się uwolnić od przekonania, że lepiej by im było w jakimś innym miejscu. W alternatywnych instytucjach, w których można by prowadzić swobodne badania, czytać, pisać, dyskutować i tworzyć, nie przejmując się, czy to, co się robi, jest nauką czy nie. O podobnym marzeniu pisała Roxane Gay w eseju „Typical First Year Professor”, w którym próbowała zrozumieć, dlaczego tak wielu studentów zachowuje się tak, jakby ktoś ich zmuszał do studiowania – bo przecież w tych neoliberalno-feudalnych warunkach wszyscy chyba się męczą, i nauczyciele, i studenci, których zapał, jeśli jakiś im jeszcze pozostał, szybko zostaje zgaszony. „Chciałabym – pisze Gay – żeby istniały sensowne alternatywy dla studentów, którzy woleliby znajdować się gdziekolwiek, byle nie w klasie”. To, że niewiele ich istnieje – jakieś galerie, instytucje kultury, o których zapomniała władza, redakcje czasopism szczęśliwie niezależnych od rynku – raczej nie jest przypadkiem. Kto wie, co mogłoby się stać, gdyby ci wszyscy zdolni ludzie zamiast liczeniem punktów zajęli się, dajmy na to, myśleniem.

Uniwersytet Jagielloński, 2017Uniwersytet Jagielloński, 2017

Miałem szczęście. Jeśli mogłem skończyć z akademią, to dlatego, że znalazłem dla siebie alternatywę. Ale nie dowiedziałbym się nigdy, że w ogóle istnieją jakieś alternatywy, gdybym nie przeszedł całej tej drogi. Choćby dlatego nie żałuję. Ale nie ma co ukrywać. Nie pasowałem do tej togi. A może toga nie pasowała na mnie.