Odległości
Paszczak australijski / fot. Mike's Birds, CC BY-SA 2.0

21 minut czytania

/ Literatura

Odległości

Maciej Jakubowiak

Żeby załapać się na wirtualną rezydencję w Australii, obiecałem przeczytać kilka książek poleconych przez organizatorów. Wyobrażałem sobie, że dowiem się czegoś niestereotypowego. Na pierwszej z okładek mężczyzna całuje się z kangurzycą

Jeszcze 5 minut czytania

Trochę nie wiadomo, co to właściwie jest: wywczas, wycieczka czy wygnanie. Rezydencja literacka to luksusowa sprawa, jasne, pewnie, ale przy okazji można się pogubić. No bo tak, jedzie się właściwie po to, żeby pisać. We wnioskach wszyscy wpisują to samo: w domu nie da się pisać, rozpraszają rodzina, znajomi, praca, trzeba uciec. I jak się ma szczęście, to jedzie się parę godzin, powiedzmy, na południe, ale tak się składa, że wyjeżdża się z wczesnej wiosny, ląduje w dojrzałym lecie, a ciało ma swoje własne odruchy i próbuje ustalić, gdzie jest plaża. Nie ma plaży, ale jest przecież całe miasto do zwiedzania, obczajania, poznawania, obsikiwania, co tam kto robi na wyjazdach, są wszystkie pomniki, muzea, atrakcje architektoniczne i architektoniczne potworki, są skitrane galerie, świetne księgarnie, które koniecznie trzeba odwiedzić, choć można w nich sobie co najwyżej obejrzeć okładki, są atrakcje dla turystów, są atrakcje lokalsów i jest codzienne życie, najciekawsze. I przecież jak już się tu jest, to wypadałoby na to wszystko chociaż rzucić okiem. A rzucając okiem, przy okazji zadzierzgnąć relacje z lokalnym środowiskiem literackim, wzmocnić relacje i ożywić dialog międzykulturowy, to też wszyscy wpisują do formularzy.

I przecież są inni rezydenci, bo niektóre rezydencje to taki Erasmus dla piszących, wszyscy są dla siebie mili i mówią trochę po angielsku, i to w ogóle świetna okoliczność, żeby bliżej poznać koleżanki i kolegów z innych krajów, więc toczy się te wszystkie dyskusje, że „u nas podobnie”, a „u nas to inaczej”. Ale z tą całą ucieczką to nie jest taka prosta sprawa, bo dostaje się stypendium, ale bez uwzględnienia inflacji, i w ogóle kto ma tyle urlopu do wykorzystania, więc trochę się jednak siedzi na mailach i jakieś sprawy załatwia, żeby nie dać o sobie zapomnieć. Dobrze, gdyby też rodzina nie zapomniała, to od niej się ucieka, ale przecież się wróci, więc gada się dużo przez telefon i wideotelefon, też o pierdołach, o których normalnie gadałoby się przy pakowaniu zmywarki. I tak między obowiązki urlopowicza, turysty, pracownika konsularnego, przygodnego kolegi, pracownika z doskoku i słomianego wdowca trzeba jeszcze gdzieś wcisnąć pisanie. Kto by miał do tego głowę?

To wszystko wtedy, kiedy jedzie się na prawdziwą rezydencję, taką z miastem, ludźmi i niewygodnym krzesłem, na którym właśnie siedzę w stolicy sąsiedniego kraju. Co innego wirtualna rezydencja. Na przykład taka po drugiej stronie świata, w kraju, który szczelnie zamknął swoje granice przed pandemią, a międzynarodowe relacje kulturalne zastąpił tym, czym na wiosnę 2020 roku pracownicy biurowi zastępowali relacje zawodowe: zoomem. Na tym z grubsza polegała wirtualna rezydencja literacka w Melbourne, na którą załapałem się w październiku ubiegłego roku. Dla wszystkich to był pierwszy raz i próbowaliśmy jakoś się w tym odnaleźć, usiłując robić to, co można by robić na niewirtualnej rezydencji: zwiedzać, poznawać, ożywiać i zadzierzgiwać, tyle że na kamerkach. I z różnych stref czasowych, więc zaczęło się od tego, że frakcja europejska wynegocjowała przesunięcie cotygodniowych narad o godzinę, tak żeby w Australii był jeszcze dzień, ale u nas chociaż dziewiąta, a nie, jak to ujął sympatyczny kierownik całego tego przedsięwzięcia, OHMYGODOClock. Niedługo się tym nacieszyłem, bo kiedyś wpadłem na tego zooma, a tam wszyscy heheszki, że zaspałem, i parę dni zajęło mi zrozumienie, że czas zmienił się u mnie, ale nie u nich.

W ramach nawiązywania relacji z lokalnym środowiskiem literackim na każdym takim spotkaniu mogliśmy porozmawiać a to z pisarką, a to z redaktorką, a to z dziennikarzem kulturalnym. Bardzo to było pouczające, szczególnie że pomimo jakichś piętnastu tysięcy kilometrów dzielącego nas dystansu sprzyjało reakcjom typu „u nas podobnie”. I tak australijska poetka i redaktorka opowiadała o kłopotach z finansowaniem czasopism kulturalnych i o tym, jak duża państwowa instytucja obiecała pomóc, ale potem się zwinęła. A inna pisarka tłumaczyła, jaką niemożliwością jest kupienie mieszkania na własność, i to nawet jeśli się było wydawanym w Stanach. To dopiero było odkrycie: że choć Australijki i Australijczycy teoretycznie powinni mieć swobodny dostęp do największego rynku książki na świecie, w końcu piszą w tym samym języku, to w praktyce wcale tak nie jest i tylko niektóre australijskie książki trafiają do Stanów Zjednoczonych. Marzenie, żeby zostać zauważonym przez amerykańskich wydawców, powracało we wszystkich tych pogadankach.

Większym odkryciem była sówka, o której dowiedziałem się z newslettera, stanowiącego wirtualny odpowiednik wycieczek po mieście, z linkami do spotkań autorskich na zoomie i kamerek z podglądem na lokalne atrakcje. Ściśle rzecz biorąc, nie sówka, tylko paszczak australijski, w Australii nazywany tawny frogmouth, co w ramach dialogu międzykulturowego przełożyłem z kolei, posiłkując się angielskim tłumaczeniem „Muminków”, jako Australian Hemulen. Podobno uznawany jest, jak by wskazywała nazwa, za brzydala, ale moim zdaniem świadczy to niekorzystnie raczej o Australijczykach niż o paszczakach.

W każdym razie, przechodzę już powoli do sedna, jedną z obietnic, jakie musiałem złożyć, żeby załapać się na tę wirtualną rezydencję, było przeczytanie kilku australijskich książek poleconych przez organizatorów. Wyobrażałem sobie to jako doskonałą okazję, żeby nie tylko zajrzeć do tytułów, po które sam raczej bym nie sięgnął, ale też dowiedzieć się o Australii czegoś, o czym nie słyszy się zazwyczaj, czego nie ogląda się w filmach, czym można by błysnąć w towarzystwie. Czegoś, słowem, niestereotypowego.

Na okładce pierwszej z poleconych mi książek mężczyzna obejmuje w namiętnym uścisku kangurzycę.

Wayne Marshall, „Shirl”. Affirm Press, 288 strony, w australijskich księgarniach od 2020 rokuWayne Marshall, „Shirl”. Affirm Press, 288 strony, w australijskich księgarniach od 2020 roku

Piłeczka, piweczko

Kangurzyca kangurzycą, pomyślałem sobie, w końcu w Australii kangurów jest dwa razy więcej niż ludzi, ponad pięćdziesiąt milionów; stereotypy skądś się biorą. Książka zatytułowa jest „Shirl” i jest to debiutancki zbiór opowiadań Wayne’a Marshalla. Shirl to też imię okładkowej bohaterki, choć akurat ludzki bohater został przez ilustratora sportretowany z nadmierną wyrozumiałością. W opowiadaniu „Night out” to facet w średnim wieku, z nadciśnieniem i nadmierną skłonnością do alkoholu. Narratorem jest jego kumpel, który wpada w odwiedziny, żeby odpocząć od codziennych małżeńskich niesnasek, i odkrywa, że kolega ma się, owszem, całkiem nieźle. Najpierw przypisuje to zasługom nowej partnerki, wreszcie odkrywa, że ta partnerka ma ogon. Pierwsze zdziwienie ustępuje miejsca zachwytowi, kiedy okazuje się, że Shirl jest właściwie partnerką idealną. Też lubi sobie chlapnąć, zimne piwko z lodówki podaje bez narzekania, bo w ogóle niewiele mówi, ściśle rzecz biorąc: wcale, a jak trzeba rozdzielić kolegów, którzy w alkoholowym amoku wdają się w zazdrosną bitkę, to i przywali z piąchy. W końcu jest kangurzycą.

Ta przedziwna fantazja odsyła do głównego wątku opowiadań Marshalla, czyli maczyzmu, którego trujące miazmaty spowijają australijską prowincję. Składa się na niego, to już wiadomo, instrumentalny stosunek do kobiet, które w zasadzie można by zamienić na zwierzęta lub, jak w opowiadaniu „The Telexican Brides”, na przedstawicielki podbitej cywilizacji. Jest też, rzecz jasna, alkohol. W „Warrentopii”, jednym z kilku opowiadań, w których Marshall relacjonuje przebieg radykalnych eksperymentów społecznych, australijski premier ordynuje w pewnym miasteczku rok przymusowej abstynencji; pod koniec wybuchają bomby. Jest nieco mniej spektakularne, ale również, zdaje się, niezbędne wędkarstwo, oferujące znękanym mężczyznom oazę nieskrępowanego kultywowania własnej męskości; w „Cod Opening” wszystko niestety musi popsuć pojawienie się syreny. Jest umiarkowana tolerancja dla odmienności, która w „The Yowie’s Visit” przyjmuje postać Yowiego, australijskiej Wielkiej Stopy, który pewnego dnia schodzi z gór i usilnie powtarza solennie wyuczone „Gidday, mate. Gidday, mate. Gidday”, nic to jednak nie daje. Jest też ścisła cenzura nałożona na wszelkie przejawy niemęskich emocji, jak w „The Hearing”, gdzie na bohatera spada społeczny ostracyzm, na początku można sądzić, że za jakąś rozróbę po pijaku, wreszcie staje się jasne, że zamiast mordobicia były rzewne łzy.

Jeśli jednak sądzić po częstotliwości, z jaką w „Shirl” powracają niektóre tematy, podstawowym składnikiem australijskiego maczyzmu jest sport. W „One Year without Footy” tym razem kosmici ordynują rok bez grania w piłę i można się domyślić, jak to się kończy. Natomiast w „Gibson’s Bat ’n’ Ball”, opowiadaniu trochę przypominającym świetne „Resztki” Toma McCarthy’ego, hotelowy oligarcha w swoim monumentalnym parku rozrywek najpierw ilustruje wszechstronny wpływ sportu na australijską kulturę, następnie, niezadowolony z efektów, usiłuje odtworzyć zapamiętane z dzieciństwa sceny pierwotnej fascynacji piłką, by wreszcie przemienić lunapark w wielki krytyczny performans wymierzony w toksyczne aspekty sportowych obsesji. W jednej ze scen odgrywający rolę celebransa aktor, który stojąc nad trumną wypełnioną piłkami różnego rodzaju, ogłasza „śmierć sportu”, sam kończy z poderżniętym gardłem.

„Lines to the Horizon. Australian Surf Writing”. Fremantle Press, 240 stron, w australijskich księgarniach od 2021 roku„Lines to the Horizon. Australian Surf Writing”. Fremantle Press, 240 stron, w australijskich księgarniach od 2021 roku

Deski

Coś tam musi być z tym sportem, coś niby jak u nas, ale insularnego. Takie na przykład surfowanie. „Lines to the Horizon” to zbiór esejów i reportaży, z jakiegoś powodu niepodpisany nazwiskiem redaktora. Można się z niego dowiedzieć, że surfowanie to w Australii coś więcej, znacznie więcej niż, dajmy na to, osiedlowa kopanina w piłkę. Przede wszystkim, jak by wynikało z zebranych w tej książce świadectw, surfują wszyscy: ojcowie i matki, babki i dziadkowie, starsi bracia i młodsze siostry. Całe rodziny migrują po kontynencie w poszukiwaniu dobrych fal.

Do tego otoczka towarzysząca surfowaniu jest bardziej rozbudowana, a przez to łatwiej wchodzi w różnego rodzaju reakcje z innymi składnikami życia. To chyba dlatego we wstępie do antologii pisarz Jock Serong stwierdza: „Pisanie o surfingu jest dla Australijczyków ważniejsze niż kiedykolwiek wcześniej. Surfing tak bardzo dominuje w naszym obrazie samych siebie, że aby zrozumieć naród, trzeba odpytać wioślarzy ze Snapper, Bondi, Shipsterns, Gnaraloo oraz innych, niezliczonych i bezimiennych piaskowych szczytów pomiędzy nimi”. I faktycznie, Emily Brugman w eseju zatytułowanym po prostu „The Sea” rekonstruuje, ni mniej, ni więcej, metafizykę surfowego doświadczenia, polegającego na intymnym kontakcie z głębią oceanu i nieprzewidywalnością fal. Przyznam, że trochę mnie to chwyta. Jeśli potrafię gdzieś siedzieć godzinami bezczynnie, to raczej na plaży, wgapiając się w hipnotyzujące, bo właśnie nie do końca przewidywalne, ruchy wody. Wydaje mi się jednak, że część mojej fascynacji bierze się z oczywistej bezmyślności tego wielkiego czegoś, co tak się groźnie przewala; ostatecznie chodzi przecież o wielkie masy wody kołysane siłami grawitacji.

Brugman zabiera się jednak do tego od nieco bardziej romantycznej strony i bliskość wody, jaka dana jest surferom, porównuje do transgresji i rozpłynięcia się w absolucie. A przy tym, jak jakaś wzorowa uczennica, która uwolniła się w niej za sprawą nieco szkolnego podtytułu eseju „Friend or Foe” (Przyjaciel czy Wróg), pisarka mnoży kulturowe odniesienia, a to do „Odysei”, to do „Moby Dicka” Melville’a, to do Freuda, który gdzieś wspomniał o „oceanicznym doświadczeniu”, nawet do wyrafinowanych teorii Luce Irigaray. „Poprzez wieki historie morskich podróży opowiadały o odkrywcach, którzy zmierzają do granic znanego świata i powracają na różne sposoby zmienieni”, tak to jakoś leci.

Wydaje mi się to dość ekstrawaganckie: żeby szukać u Freuda uzasadnienia dla takiej sprawy jak pływanie na desce. Tak jakby to było mało: bujać się na falach w słońcu tak intensywnym, że wybiela włosy, i narzekać co najwyżej na nadmiar soli oblepiającej skórę. Mogę się mylić, ale w porównaniu z takimi życiowymi perspektywami to raczej pisanie sążnistych powieści albo analizowanie seksualnych perwersji wiedeńskich mieszczan wydają się czynnościami domagającymi się dodatkowego uzasadnienia. Dałoby się to zwalić na styl tej konkretnej pisarki, ale tego rodzaju chwyty powracają też w innych tekstach, których autorki i autorzy próbują jakoś przyłożyć język do doświadczenia, które chyba lepiej nadaje się do czego innego.

Tak czy inaczej, wygląda na to, że również surfowanie nie jest wolne od toksycznych oparów męskości. Wspomina o tym już we wstępie Jock Serong, używając takich sformułowań jak „wieloletnia kultura maczyzmu” i „terytorialna agresja w wodzie”. Książka próbuje coś z tym robić, w spisie treści utrzymany jest parytet, a Madeleine Dickie w całkiem interesującym reportażu o łapaniu najlepszych fal w Meksyku sporo pisze o surfowaniu na własnych warunkach, czasem z mężem, czasem samotnie, bez parcia na rywalizację. A jednak puentą całego zbioru jest przydługie, bo też obsesyjnie skrupulatne, i utrzymane w nieznośnie wzniosłym tonie sprawozdanie z ostatnich zawodów surfowego mistrza Taja Burrowa. W mającym budować dramaturgię czasie teraźniejszym czytamy o każdej fali, którą próbuje złapać, o każdej rozterce, o każdym piwku strzelonym między zawodami i o każdej głowie ogolonej na pijackiej imprezie w gronie koleżków. Jedyna w tym tekście koleżanka to żona surfera, też zresztą surferka, ale poza tym dowiadujemy się tyle, że czeka w domu z dzieckiem. Autor, Jake Sandtner, pod koniec swojego reportażu już się nie kryguje i stawia swojemu bohaterowi pomnik: „Taj Burrow inspirował kolejne pokolenia dzieci. Będzie nam go bardzo brakowało”. Sprawdzam w internecie, jak też wygląda ten geniusz surfowania, i trafiam na wiadomość ze stycznia tego roku. Taj Burrow mówi, że to nie fair, jak źle traktuje się w całej Australii antyszczepionkowców.

Margaret Hickey, „Rural Dreams”. MidnighSun Publishing, 224 strony, w australijskich księgarniach od 2020 rokuMargaret Hickey, „Rural Dreams”. MidnighSun Publishing, 224 strony, w australijskich księgarniach od 2020 roku

Stąd

Całkiem zrozumiałe, że chce się uciekać. A chyba się chce. Przynajmniej tak by wynikało z opowiadań zebranych w książce „Rural Dreams” Margaret Hickey. Tam ewakuują się wszyscy, mieszczanie na prowincję, prowincjusze do miasta, Australijczycy do Europy i zaraz też z Europy, bo niezbyt im się tam podoba.

Może to dobry moment, żebym się przyznał, że na tej wirtualnej rezydencji po drugiej stronie świata wcale nie byłem w Melbourne. Tak naprawdę byłem w Port Fairy, jakieś trzysta kilometrów na zachód, populacja 3348. Gościła mnie, w zoomowym sensie tego słowa, przemiła właścicielka księgarni Blarney Books and Art. Wydało mi się to pociągająco niepoważne, żeby z całej literackiej oferty Melbourne wybrać dla siebie księgarnię na dalekich przedmieściach. Umówiliśmy się z Jo, że wymienimy się doświadczeniami, ja napisałem dla niej eseik o tym, jak zadupiowatość wciska się ostatnio do polskiej literatury, a ona, Jo, podrzuciła mi książki o zadupiowatości australijskiej. Pewnie stąd ta kangurzyca.

W każdym razie najbliżej tego, jak w Polsce opowiadamy sobie o relacjach wielkich miast z prowincją, może bez uwzględniania metod Jakuba Szeli, jest właśnie książka Margaret Hickey, też zresztą debiut. Hickey nie wydaje się entuzjastką, by tak to określić, kultury obszarów oddalonych od wielkich ośrodków miejskich. W opowiadaniu „Rescue”, które skądinąd rozpoczyna się efektownym zdaniem: „Tuż przed moimi dziewiętnastymi urodzinami zostaję uratowana z krokodylego bagna przez angielskiego turystę w todze”, życie młodej dziewczyny w małym miasteczku ciągle porównywane jest do błocka. Głównie, rzecz jasna, jest to zasługa mężczyzn, takich, co to chętnie zamieniliby żonę na kangurzycę, jak to było u Marshalla, albo tych jak u Hickey, którzy sprawiają, że Australijki boją się wyjść w nocy na spacer. Zresztą nie tylko w nocy, nawet w ciągu dnia, jeśli tylko w okolicy nie ma innych ludzi; taki motyw powraca u Hickey kilka razy.

Jest jeszcze to, co na prowincji chyba mocniej niż w dużych miastach ostało się z kolonialnego spadku. W „The Precipice” jedna z bohaterek opowiada o klifie w pobliżu jej domu rodzinnego, skąd spychano członków tubylczych społeczności za naruszanie granic terenów należących do białych, i zastanawia się, czy wśród wykonawców tych egzekucji byli jej przodkowie. A pisarz z opowiadania „Binky”, który po latach spędzonych w Londynie i Nowym Jorku wraca z powodu wypadku matki do rodzinnego domu, myśli o tych wszystkich bzdurach, jakich nasłuchał się od rodziny, o bohaterskich przodkach, którzy czynili sobie ziemię poddaną, ignorując wyraźne dowody na to, że ktoś tam już mieszka.

To pewnie dlatego bohaterowie „Rural Dreams” śnią swoje wiejskie sny o ucieczce. W „Glory Days” młody chłopak spotyka na imprezie pisarza bywałego w świecie i potem nie może zasnąć na myśl o tym, że sam kiedyś się wyrwie. „Wszyscy rolnicy w okolicy są starzy, myśli sobie. Jakby jakiś wirus zarażał ludzi, kiedy kończą osiemnastkę, i zmuszał ich do wyjazdu”. I tak to się najczęściej toczy, nawet jak jedno dziecko zostanie, to drugie wyjedzie, żeby w Melbourne, Sydney czy Canberze szukać dla siebie perspektyw, kultury, innego życia, a może po prostu czegoś, czego jeszcze nie zna.

Ale to nie cała historia, bo przecież są jeszcze ci, co zostają. Upominała się o nich kiedyś Małgorzata Sadowska, Margaret Hickey też o nich nie zapomina. W opowiadaniu „A Bit of Scrapbooking”, może najlepiej napisanym w całym tym zbiorze, matka dojrzałych synów, z tych matek, co to nigdy nie pozostają bezczynne, a to poprawią sobie makijaż, a to wykleją album ze zdjęciami, w natłoku myśli i słów upycha swoje lęki, te z samotności i te z choroby. I robi naprawdę wiele, żeby jakoś dogadać się z wielkomiejską synową, przy której trudno coś powiedzieć i nie dostać bury, ale w końcu to ona, a nie ta druga, która mieszka w pobliżu – ale może nie będę zdradzał, bo to akurat wzruszające zakończenie. Jest też ta matka, która wysyła syna do świetnej szkoły, trochę ma farta, jakieś stypendium, chłopak się odnajduje, ale wpada w kłopoty, bo szkoły prowadzone przez kościoły słabo znoszą niekościelne pragnienia i kiedy dyrektor zaczyna perorować o „stuletnich tradycjach” i „nieuporządkowanym wychowaniu”, to ta matka wyskakuje ze swoim „You mind your fucken language”, „Uważaj pan, kurwa, na język”, i to też jest ładny twist.

Bo nawet jeśli bagno i błocko, prowincja to również życie i ma swoje dobre strony, do których można się przywiązać, a nawet trochę się nimi szczycić. Szczególnie jeśli ta prowincja to nie tylko Port Fairy odwiedzane pospiesznym z Melbourne, ale jak w „The Wanderer” cała Australia, z jej sportami i surfowaniem, do której się tęskni z podróży po Europie. I dlatego, nawet jak się wyjechało, jak się uciekło, to się wraca, jak ten chłopak w „Saturday Morning”, który w każdy weekend, zamiast poimprezować ze swoją dziewczyną, pakuje się i jedzie na obumierające zadupie, żeby zagrać mecz w swojej drużynie, która nie przetrwa dwóch sezonów.

Bo przecież wiadomo, że nawet jak się wyjechało, to szuka się jakichś punktów zaczepienia, czegoś, co by łączyło nowe ze starym, a może też wirtualne z materialnym. I kiedy czytam w „The Wanderer”, że podróżująca po Europie para Australijczyków usłyszała w Krakowie o knajpie, którą warto odwiedzić w Pradze, to myślę sobie, że może w „Lines to the Horizon” surferki uciekają od świata w poszukiwaniu fal, a w ostatnim opowiadaniu w „Shirl” Wayne’a Marshalla kobieta ucieka od rodziny i męża, żeby w końcu zacząć żyć, czyli pisać, ale prawdę mówiąc, uciekają też moi współrezydenci. Węgierski pisarz uciekł z południowego Kaposváru do Budapesztu, słowacka poetka z Orawy do Bratysławy; czeska krytyczka urodziła się w Pradze, ale też najwyraźniej musiała uciekać, więc zwiała do Bremy. Ja z Żor uciekłem do Krakowa, a z Krakowa uciekam dalej, najczęściej do Warszawy, ale też na tę rezydencję, tę całkiem materialną, podczas której to piszę i czytam znakomity „Czepiec” Kataríny Kucbelovej (w przekładzie Katarzyny Dudzic-Grabińskiej), a tam takie słowa: „Najważniejsze to wyjechać, najlepiej do cywilizacji, ale wystarczy wyjechać. Stąd”.

Tekst powstał w ramach rezydencji literackiej Macieja Jakubowiaka w Literárne informačné centrum w Bratysławie, wspieranej przez Międzynarodowy Fundusz Wyszehradzki / This essay was produced during the Maciej Jakubowiak’s literary residency at Literárne informačné centrum in Bratislava supported by the International Visegrad Fund.