Zablokowani

Maciej Jakubowiak

Zbanować kogoś w socialach to jak zamieszkać w nawiedzonym domu: przedmioty się przesuwają, ze strychu dobiegają jakieś dźwięki, ktoś tam więc musi być, ale nikogo nie widać

O tym, że na Facebooku zablokował mnie pewien pisarz, dowiedziałem się przypadkiem. W jednej z dyskusji coś mi się nie zgadzało: różne wypowiedzi zahaczały o moje słowa, ale też o jakieś inne, których tam najwyraźniej nie było. Wspomniałem o tym bliskiej osobie, która zerknęła na ten wątek, i wszystko stało się jasne. Wzajemnie dla siebie niewidzialni, spotkaliśmy się z rzeczonym pisarzem we wspólnej przestrzeni, nawet zabieraliśmy głos w tej samej sprawie, nic jednak o tym nie wiedząc.

Zablokowanie kogoś w socialach czyni wyrwę w tkance rzeczywistości. Niewidzialność nie oznacza bowiem nieobecności, przeciwnie: to, co niewidzialne, potrafi być nawet bardziej obecne. Zbanować kogoś w socialach to jak zamieszkać w nawiedzonym domu: przedmioty się przesuwają, ze strychu dobiegają jakieś dźwięki, ktoś tam więc musi być, ale nikogo nie widać.

Opowiada o tym świąteczny odcinek „Black Mirror”, w którym bohaterowie oglądają świat przez smartokulary Z-Eye i w każdej chwili mogą zablokować kogoś sobie niemiłego. Dla granego przez Jona Hamma głównego bohatera, który w końcu podpada niemal wszystkim, oznacza to życie wśród całego tłumu duchów.

„Black Mirror”„Black Mirror”

Kwestię tego, czy wymazanie kogoś ze swojego feedu jest dojrzałą reakcją na doznaną zniewagę, można śmiało przedyskutować z tymi, których się nie zablokowało. Sprawa wygląda jednak nieco inaczej, kiedy blokującym jest, dajmy na to, prezydent Stanów Zjednocznych.

Donald Trump słynie ze swojego przywiązania do Twittera. Jego konto, @realDonaldTrump, już w trakcie kampanii prezydenckiej służyło niezliczonym meltdownom i było źródłem uciechy dla wielu obserwatorów. Dziś jest ich ponad 43 miliony. Zdaniem jednego z analityków finansowych, obecność Trumpa na Twitterze jest dla tej platformy warta około 2 miliardów dolarów, co stanowi 1/6 jej wartości.

Trump chętnie tweetuje. I równie chętnie rozdaje bany tym wszystkim, którzy w jakiś sposób mu podpadli. A o to, rzecz jasna, nie jest trudno. W ostatnim czasie prezydent zablokował na Twitterze m.in. organizację VoteVets zrzeszającą weteranów krytycznych wobec wojny w Iraku; kilkoro dziennikarek i dziennikarzy; aktorkę Marinę Sirtis; pisarza Stephena Kinga. Ten ostatni w rewanżu ogłosił, że Trump dostaje zakaz wstępu na seanse filmu „To”.

„Mashable” już w grudniu donosił, że dołączenie do zablokowanych przez Trumpa staje się dla wielu ludzi punktem honoru. I podpowiadał, jak można osiągnąć ten cel: publikując filmik, na którym kot napada na lalkę przypominającą prezydenta; obrażając jego fryzurę; obrażając jego siusiaka; porównując go do umpa lumpa; wspominając, że świat kiedyś o nim zapomni. Powstała również strona, na której można pochwalić się wywołaniem gwałtownej reakcji lidera wolnego świata.

To, co dla niektórych jest powodem do dumy, dla innych stanowi poważne zagrożenie porządku publicznego. W połowie tego roku funkcjonujący przy Uniwersytecie Columbia The Knight First Amendment Institute – organizacja działająca na rzecz ochrony pierwszej poprawki do amerykańskiej konstytucji, a więc m.in. wolności słowa – wniósł do sądu pozew, w którym przekonuje, że blokowanie przez prezydenta dostępu do jego tweetów jest naruszeniem prawa.

Podobna sprawa, choć dotycząca polityka niższego szczebla – przewodniczącego Rady Nadzorczej Hrabstwa Loudoun w stanie Wirginia – który na 12 godzin zablokował jednemu z obywateli dostęp do swojej facebookowej strony, została niedawno rozstrzygnięta jednoznacznie przez sąd federalny. Uznał on, że tego rodzaju działanie oznacza dyskryminowanie ze względu na światopogląd i jest niedopuszczalne.

Prawnicy Trumpa, ku zaskoczeniu opinii publicznej, przyznają przed sądem, że prezydent faktycznie blokował wybranych użytkowników, z którymi było mu nie po drodze (a nie np. tych, którzy naruszali dobre obyczaje), ale że czynił to ze swojego prywatnego konta, którego nie dotyczą przepisy odnoszące się do urzędów publicznych. Co innego oficjalne konto prezydenta na Twitterze, @POTUS – założone jeszcze przez administrację Baracka Obamy i oficjalnie przekazane w dniu inauguracji Trumpa. Na tym koncie nie ma żadnych banów. Prawnicy z The Knight Institute przekonują jednak, że ostatnie tweety prezydenta wskazują, że również na swoim prywatnym koncie uprawia on swoją publiczną działalność.

Ta sprawa może okazać się o tyle przełomowa, o ile wprowadzi do mediów społecznościowych porządki wypracowane w sferze analogowej. Jeśli Mark Zuckerberg twierdzi, że Facebook jest dziś najważniejszym forum publicznym, to niedługo może zmierzyć się z faktem, że do tego forum odnoszą się również prawa związane z instytucjami publicznymi.

Cierpliwości, by doczekać oficjalnego rozstrzygnięcia tej sprawy, nie miał jeden z pracowników Twittera, który postanowił dla odmiany zablokować samego Trumpa i w swoim ostatnim dniu pracy zlikwidował jego prywatne konto. Być może uczynił to, aby uchronić ludzkość przed nuklearną zagładą po tym, jak prezydent Stanów Zjednoczonych praktycznie wypowiedział wojnę Korei Północnej. Na Twitterze.

„Just heard Foreign Minister of North Korea speak at U.N. If he echoes thoughts of Little Rocket Man, they won't be around much longer!

— Donald J. Trump (@realDonaldTrump) September 24, 2017”


Konto zostało przywrócone w ciągu 11 minut. Teraz pozostaje mieć nadzieję, że zniecierpliwieni północni Koreańczycy sami zbanują Trumpa. Niektórych słów lepiej nie słyszeć.