Gra w literaturę
„Alan Wake Remastered”

9 minut czytania

/ Media

Gra w literaturę

Konrad Janczura

Kultowa gra o pisarzu, która właśnie doczekała się remasteru – „Alan Wake” – jest survival horrorem. Czy kogokolwiek, kto tworzył literaturę, powinno to dziwić?

Jeszcze 2 minuty czytania

Późny rok 2021. Nadciąga czwarta fala pandemii. Wszystkie postapokaliptyczne scenariusze wykupił Netflix, HBO robi powtórkę z Bergmana, a producenci gier inwestują w remastery klasyków. Na nowych konsolach znowu zabija się tego samego Diablo co 20 lat temu, wykonuje te same deskorolkowe triki z Tonym Hawkiem, a nawet, gdy zapadnie noc, znów można wejść na jedną z trzech ścieżek w „Quake’u”, by napawać się widokiem krwi (oraz genialną muzyką Trenta Reznora). Na długiej liście „powtórek z rozrywki” znalazł się też Alan Wake – obłąkany pisarz w kryzysie, który ponad dekadę temu został następcą Maxa Payne’a, bohatera legendarnej strzelaniny noir.

„Alan Wake” łatwo mógł wyróżnić się z tłumu, bo gier o ludziach pióra nie było zbyt wiele. Owszem, dzięki serialom „Californication” czy „Girls” światowa publiczność mogła zobaczyć, że pisarstwo to, wbrew pozorom, wcale nie nudna praca, a zyski z niego płynące mogą być różne, niekoniecznie materialne. Tylko właśnie: zarówno Hank Moody, jak i Hanna Horvath swoje największe boje toczą w tle literatury. Na upartego ich losy można by zaimplementować do wszystkich innych miejskich zawodów (o czym doskonale wiedzą utożsamiający się z nimi widzowie). Świat gier w swoich nielicznych próbach starał się pójść o krok dalej – nadać twórczości sens i moc sprawczą. Już w serii „The Bard’s Tale”, mającej początki w latach 80., ekscentryczny bard używał swoich pieśni do przywoływania sojuszniczych jednostek. Postaci tego typu niejednokrotnie pojawiały się na pierwszym lub drugim planie RPG-ów fantasy. Podobnie zachowywał się np. nałogowo cytujący Blake’a V. – młodzieniec z „Devil May Cry V”, który za pomocą wierszy gromadził energię i sterował bestiami w walce.

Branża gamerska miała też inne pomysły. W 2016 roku powstała gra „Californium”, będąca przygodówką opartą na biografii Phillipa Dicka. Nawiązanie do wyżej wspomnianego „Californication” jest oczywiste, sama produkcja jednak niezbyt się udała i słuch o niej zaginął. Można przewidywać, że sporo biograficznych aluzji znajdziemy również w „The Invincible” – zapowiadanej polskiej produkcji na podstawie „Niezwyciężonego” Stanisława Lema.

„Alan Wake Remastered”. Remedy Entertainment, gra na platformy PlayStation, Xbox, PC, dostępna od października 2021„Alan Wake Remastered”. Remedy Entertainment, gra na platformy PlayStation, Xbox, PC, dostępna od października 2021

Najciekawsze są jednak wirtualne kreacje związane z procesem twórczym i marzeniem sennym. Temat ten śmiało eksplorują japońskie JRPG, jak te z serii „Persona” czy „Catherine: Full Body”, których artystyczne postaci gubią granicę między jawą a snem, w związku z czym dopuszczają się różnych, często okrutnych (ale i głupich) występków. Podobnie jest z „Alanem Wakiem”: być może na jawie, być może we śnie walczy z odpadami własnej wyobraźni. Pokonując swoje wcześniejsze, mniej lub bardziej zapożyczone, „bestie”, jakimi wypełniał książki, niechcący pisze nową, zapewne najbardziej udaną powieść.

American Horror Game

Alan Wake mógłby występować w „Misery”, „Miasteczku Twin Peaks”, „Z Archiwum X”, „Lśnieniu” i innych wielkich hitach epoki VHS. To wzięty pisarz, który przechodzi kryzys twórczy, wpływający również na jego życie osobiste. Nieustanne telefony od agenta, kłótnie z żoną, pustka w głowie, a przede wszystkim nocne koszmary. Czas wyjechać! Odciąć się i poukładać wszystko na nowo. Nie od dziś jednak wiadomo, że wieś na odludziu spokojna jest tylko na pierwszy rzut oka. Uśmiechy, serdeczność, niewyszukane żarty – to zawsze mydli mieszczańskie oczy. Po przyjeździe okazuje się, że na miejscu wszyscy wiedzą, kim ów młody mężczyzna jest – nawet kelnerka w kawiarni okazuje się jego wierną fanką. Koszmary oczywiście nie ustępują. Już pierwsze noce w nowym lokum rzucają pisarza na pastwę uzbrojonych w siekiery rednecków.

Na początku wydaje się jednak, że wszystko to tylko sen. Po krwawym wstępie budzimy się w świecie amerykańskiej klasy średniej, której kaprysem stał się dom nad jeziorem. Wymieniamy czułe spojrzenia z żoną. Oglądamy nowe lokum. Przez te kilka chwil naprawdę można pomyśleć, że teraz czeka nas już tylko odpoczynek. Ale zaraz pojawia się pierwszy stres. Alan wpada w szał, kiedy okazuje się, że żona potajemnie urządziła mu gabinet, z biurkiem i maszyną do pisania. Zaczyna mieć wizje na jawie, retrospekcje. Nerwy rzucają go w otchłań koszmarów, a te z czasem stają się coraz bardziej realne. Wake popada w konflikt z prawem, jego żona zostaje porwana. On sam próbuje to wszystko rozwikłać. W rozlicznych bojach i ucieczkach, pośród nocy znajduje fragmenty książki, którą rzekomo napisał. Manuskrypt staje się dziwaczną kartą przetargową w poszukiwaniu porwanej żony, a także kluczem, by dowiedzieć się, co tam się, do cholery, wyprawia.

„Alan Wake Remastered”„Alan Wake Remastered”

Owszem, fabuła jest zlepkiem dosyć ogranych elementów. Są one za to podane w sposób naprawdę przemyślany. W zremasterowanej wersji gry jeszcze mocniej uwypuklono manipulację oświetleniem, która już w oryginale robiła niesamowite wrażenie, a tu, w wysokiej rozdzielczości i z podbitym stereo, staje się prawdziwym sednem tej dramatycznej rozgrywki. Bo, jak to w survival horrorze, dzierżymy latarkę i pistolet. Amunicji notorycznie brak, baterie szybko się wyczerpują. Nie da się traktować oponentów jak ruchome drzewka, w które można strzelać do skutku. Wszystko zależy od timingu i wyczucia, kiedy podjąć decyzję o uniku bądź ucieczce. W chwilach wytchnienia za to możemy obejrzeć najntisowe smaczki (w rozmieszczonych gdzieniegdzie telewizorach) i doskonale zbudowane przerywniki filmowe. Pojawia się też kultowy międzywymiarowy telefon, który widzimy w kolejnych, nawiązujących do siebie produkcjach „Remedy”: „Quantum Break” i „Control”.

Wiele elementów prezentuje się archaicznie, zwłaszcza fizyka głównego bohatera. Za to nawet na niskich poziomach trudności gra potrafi nieźle zaleźć za skórę, a w swojej najbardziej surowej wersji – z psychologicznej opowieści z (mocnym!) dreszczykiem zmienia się w naprawdę przerażający horror. Co może być bowiem straszniejszego niż uciekanie przez ciemny las, niczym zwierzyna łowna, przed zgrają ludzi uzbrojonych w siekiery, opętanymi maszynami rolniczymi i ptakami z Hitchcocka?

„Alan Wake Remastered”„Alan Wake Remastered”

Po każdym rozdziale pojawiają się muzyka i napisy końcowe. Są one hołdem dla wielu telewizyjnych produkcji, które dla twórców „Alana Wake’a” stały się inspiracją. Pozwalają też zaakcentować, że to „gra w pisarza”, „gra w serial”, „gra w horror”. To dzieło szkatułkowe, zabawka – puszka Pandory, z której wylatują wszystkie demony amerykańskiego kina. Nie będzie spoilerem, jeśli napiszę, że po ukończeniu całej historii można śmiało pomyśleć, że mamy tu do czynienia z świetnie rozegraną historią o procesie tworzenia. Piszący znów odgrywa przewodnią rolę, na przekór wymogom rynku i wielu innym, zewnętrznym trudnościom. W „Alanie Wake’u” twórczość literacka prezentuje się w najbardziej atrakcyjnym ujęciu. Główny bohater jest tym, kim był młody Mickiewicz, pisząc: „ciemno wszędzie, głucho wszędzie…”, jak Norwid „oszalały biegnie w noc, kiedy inni syci śpią”. I niczym Bukowski „gdzieś pobłądził, by którejś nocy po prostu umrzeć”. W tej postaci zawierają się wszystkie niematerialne obietnice pisarstwa: wejście w zabójczy trans, kiedy w bólach, mimochodem rodzi się utwór. Literatura jest tu wielkim, niebezpiecznym przeżyciem. Przygodą, która przez lata kusiła wielu młodych i zdolnych, którzy zmarnowali dla niej najlepsze lata.

Bezpowrotnie utracony seksapil

Gdy jednak Alana Wake’a choć na próbę zderzyć z pisarską rzeczywistością, chociażby polską, czar pryśnie. Polski czytelnik od swoich pisarzy dostaje dziś głównie jeden komunikat: „powodzi się” lub „nie powodzi się”. Dyskurs związany z pisaniem zdominowany został przez mercedesy Szczepana Twardocha, tempo produkcji ksiażek Remigiusza Mroza oraz, z drugiej strony, opisami trudnej sytuacji młodych twórców generowanymi przez młodych twórców. Sam akt tworzenia jest już nieciekawy.


To oczywiście słuszne, że twórcy beletrystyki walczą o poprawę sytuacji artystów na rynku pracy. Sprawia to jednak, że mierzący się z własnymi zmorami Alan Wake jest dziś jeszcze większą fikcją niż przeszło dekadę temu, kiedy mógł chociaż na ekranach monitorów kroczyć w parze z Johnnym Deppem z „The Secret Window”. Odarte z romantycznych złudzeń, pisarstwo zupełnie straciło w Polsce swój seksapil. Jakby chórem śpiewają o tym „Wydatki” Łukasza Zawady i „Wypiór” Grzegorza Uzdańskiego. Gdyby więc niezwykle utalentowane studio Remedy chciało pokusić się o grę o polskim pisarzu, czy nie lepsza od survival horroru byłaby strategia ekonomiczna? A może dodatek do „The Sims” o nazwie „Życie na miarę literatury”?

Tekst dostępny na licencji Creative Commons BY-NC-ND 3.0 PL (Uznanie autorstwa-Użycie niekomercyjne-Bez utworów zależnych).