Bojkoty i manifesty.  Polska, Rosja, Ukraina
rys. Anna Anjos / Flickr Attribution-NonCommercial-NoDerivs 2.0 Generic

Bojkoty i manifesty.
Polska, Rosja, Ukraina

Joanna Wichowska

Zamiast pozować na wallenrodów rozsadzających kremlowski system za pomocą sztuki krytycznej, należy zająć się wyłuskiwaniem z rzesz popleczników Putina tych, którzy gotowi są mówić otwartym tekstem. To z nimi trzeba współpracować

Jeszcze 5 minut czytania

1.
Kiedy przychodzi do interesów, Ukraina nie istnieje. Nieważne, czy są to interesy francuskich eksporterów okrętów wojennych, niemieckich banków, londyńskiego City, czy polskich kuratorów i menadżerów kultury. W imię interesów można ignorować rzeczywistość. Owszem, można – na fali wstrząsu po lutowych zabójstwach na Majdanie – zorganizować gdzieś na małej scenie czy na jakimś teatralnym balkonie czytanie Szewczenki albo Kuroczkina, można wystawić we foyer puszki na datki dla rannych Ukraińców i rodzin zabitych. Można – kilka miesięcy później – ubolewać nad „eskalacją konfliktu” w Donbasie i „skomplikowaną sytuacją geopolityczną”, cytować rosyjskich intelektualistów przerażonych abstrakcyjnie ujętym, starannie zuniwersalizowanym, koniecznie ponadpaństwowym „barbarzyństwem”. Można powoływać się na demokrację, Europę i subwersywną moc sztuki oraz głosić, że ich alians zawróci Rosję z drogi imperialnej agresji. I można w końcu oburzać się na decyzję odwołania Roku Polskiego w Rosji, argumentując, że stracą na tym przede wszystkim dobrzy (bo proeuropejscy) Rosjanie i bogu ducha winni, a ciekawi rosyjskiej kultury Polacy.

Ukraina gdzieś po drodze znika z pola widzenia, tak jak już wielokrotnie znikała w wielu historycznych mniej i bardziej krwawych przepychankach między Rosją a resztą świata. Tak, jak znikała w II Rzeczypospolitej, spychana do roli przygłupiego kuzyna-wieśniaka, którego się na polskie-pańskie salony nie wpuszcza. Ukrainy więc nie ma. Zostaje przerażające i fascynujące zarazem rosyjskie imperium (mysterium tremendum et fascinans), którego rozumem nie ogarniesz i bez wódki nie razbierjosz. I zostają interesy.   

2.

BOJKOT MANIFESTY

Manifesta, europejskie biennale sztuki współczesnej odbywające się od 1990 roku, za każdym razem w innym miejscu Europy. Decyzja o lokalizacji tegorocznej, 10. edycji Manifesty w Petersburgu wywołała wiele kontrowersji w związku z łamaniem w Rosji praw człowieka i aneksją Krymu. Na etapie przygotowań do wystawy kontrowersje budziła również pewna obojętność kuratora wydarzenia, Kaspera Königa, na polityczno-społeczną sytuację w tej części Europy. Rosyjski kolektyw Szto diełat’, zaproszony do udziału w Manifeście, po rosyjskiej agresji na Krym zdecydował się odejść z imprezy. Z udziału zrezygnowało również kilku innych artystów (m.in. Paweł Althamer i Dan Perjovschi), a do bojkotu wzywały takie organizacje jak m.in. holenderska AICA (Międzynarodowe Stowarzyszenie Krytyków).

Dyskusja o Manifeście łączy się w Polsce z dyskusją o odwołaniu Roku Polskiego w Rosji. Czy etycznie jest dziś pracować w Rosji? Czy więcej osiągniemy, bojkotując ten kraj, czy przeciwnie, warto wspierać wolnomyślących Rosjan, nawet za cenę pewnych kompromisów?

Wywiad z Joanną Warszą, kuratorką programu publicznego Manifesty.
Odpowiedź Joanny Warszy na tekst Joanny Wichowskiej. 
Rozmowa z rosyjskim kolektywem  Szto diełat’.

Stanowisko Pawła Arseniewa, lewicowego rosyjskiego artysty, zaangażowanego w program publiczny Manifesty.

Spory na temat właśnie odwołanego Roku Polskiego w Rosji i Rosyjskiego w Polsce przybrały na sile w marcu, po zajęciu Krymu. „Kulturalna izolacja Rosji jest na rękę Putinowi, osłabia bowiem jego naturalnych przeciwników – prozachodnią inteligencję i kręgi artystyczne” – pisał Roman Pawłowski.  Nieco później w „Notesie na 6 tygodni” Joanna Warsza, kuratorka Publicznego Programu petersburskiej edycji 10 Biennale Manifesta zalecała „nie izolować się i nie pogardzać, nie umacniać się w wyższościowej pozycji człowieka zachodu ubolewającego nad barbarzyńskim manewrem kraju, który przecież wydawał się «już taki normalny», nie wyżywać się w swoim moralnym oburzeniu” oraz  „produkować pluralizm, różnicę i subtelność”, a Grzegorz Laszuk (Komuna//Warszawa) zastosował bliską sercu Kremla analogię, wypominając nam tolerancję dla „bezprawnych i agresywnych działań militarnych na terenie Afganistanu i Iraku, powodujących śmierć dziesiątek tysięcy ludzi...” i pokrętnie argumentował, że „apel o odwoływanie Roku Polski w Rosji jest pustym gestem politycznego infantylizmu powodowanego skądinąd słusznym oburzeniem na agresję Rosji wobec Ukrainy oraz antydemokratyczną politykę Putina – kolejnego polityka z małym fiutkiem”.

Źródłem tego rodzaju demagogicznych argumentów jest po części wygodna ignorancja, po części wishful thinking, ale przede wszystkim pragmatyczna i egoistyczna kalkulacja zysków i strat. Skoro za ministerialne (polskie i rosyjskie) pieniądze można pokazać swoje prace w Rosji, albo wzmocnić swoją kuratorską pozycję  dzięki „budowaniu mostów między Wschodem a Zachodem”, to w imię czego właściwie z tego rezygnować? W imię wiary, że działania kulturalne nigdy nie są politycznie neutralne? W imię solidarności z sąsiedzkim krajem, którego przecież tak naprawdę nie ma (są tylko zdjęcia zestrzelonych na jego terytorium samolotów)? W imię fundamentalnej przyzwoitości, która nie pozwala brać udziału w krwawych carskich rytuałach? W imię wartości tak wątłych i sentymentalnie brzmiących, że zanim się je nazwie, już się człowiek boi ośmieszenia?

3.
Powtórzę kilka oczywistości. Rok Polski w Rosji miał być wydarzeniem organizowanym na poziomie państwowym, na mocy oficjalnych umów sygnowanych przez przedstawicieli obu krajów, i polegać przede wszystkim na prezentacjach polskiej sztuki w Rosji (i – na pięknych zasadach wzajemności – rosyjskiej w Polsce). Jego odwołanie to nie, jak próbuje to przedstawiać Roman Pawłowski, bojkot proeuropejskiej rosyjskiej publiczności i antyputinowskich rosyjskich twórców, tylko odmowa legitymizowania działań kremlowskiej administracji, odpowiedzialnej – przypominam, na wypadek, gdyby komuś w ferworze sofistycznych dywagacji to umknęło – za okupację Krymu i wojnę w Donbasie, której efektem są tysiące uchodźców, setki zabitych, setki zakładników, za zestrzelone samoloty, te ukraińskie i ten jeden, który waży tak wiele, bo ukraiński nie jest. Przeprowadzenie Roku Polskiego w Rosji oznaczałoby, że polski rząd, instytucje kultury, artyści, kuratorzy i menadżerzy godzą się na retorykę, zgodnie z którą Ukraina jest Małorosją, w dodatku sfaszyzowaną, Wielka Wojna Ojczyźniana nigdy się nie skończyła, Europa promuje homoseksualizm i masturbację sześciolatków, Polska, Litwa i USA szkolą banderowskich bojowników na Majdanie, ukraińskie wojsko krzyżuje trzyletnie dzieci, a nadrzędną ideą spajającą imperium jest projekt Wielkiej (Bogobojnej i Silnej) Rosji. Że potrafią przymknąć oczy nie tylko na działania Kremla  w Ukrainie, ale też na jego politykę wewnętrzną, wymierzoną w obywateli własnego imperium: od użytkowników narkotyków, pozbawionych dostępu do metadonu, nieleczonych nosicieli HIV, liczone w milionach dzieci koczujące na ulicach i dworcach rosyjskich miast, przez pozbawiane praw środowiska LGBT i prześladowanych rękami wyspecjalizowanych bojówek „czarnodupców” z Kaukazu, po pracowników organizacji pozarządowych oficjalnie nazywanych agentami obcych państw, zastraszanych dziennikarzy i trzymanych w szachu dyrektorów instytucji kultury.


4.
„Kultura jako narzędzie walki przeciwko Kremlowi jest mało skuteczna” – pisze Roman Pawłowski w swojej najnowszej lamentacji nad odwołaniem Roku Polskiego w Rosji. Przecięcie kanałów współpracy kulturalnej nie powstrzyma broni płynącej przez ukraińsko-rosyjską granicę – dowodzi. Po co więc zawracać sobie głowę? Niech broń sobie płynie, a my w tym czasie zagramy kilka spektakli w Moskwie, na przykład w MCHAT-cie, u Olega Tabakowa, wiernego i wypróbowanego w ideologicznych bojach poplecznika Putina. Nie rzucajmy jednak pochopnie kamieniem: Tabakowowi można wiele wybaczyć, bo gości u siebie spektakle Bogomołowa, które jak powszechnie wiadomo, krytykują putinowski system. Niezagranie spektakli w MCHAT-cie nic nie zmieni w kwestii rosyjskich najemników walczących w Ukrainie, ich zagranie natomiast ma szansę wpłynąć na rosyjskie społeczeństwo. I gdzie tu w ogóle jakikolwiek dylemat?

Na rosyjskie społeczeństwo wpływa przede wszystkim to, co mu serwują reżimowe kanały telewizyjne. Twierdzić, że polskie spektakle, koncerty i wystawy mogą konkurować z metodycznie, nieprzerwanie i w ogromnych dawkach serwowaną propagandą – to cynicznie udawać naiwnego.

Problem z kulturą w państwie Putina polega natomiast na tym, że Kreml się o nią troszczy. Kulturę się w Rosji obserwuje, nadzoruje, cenzuruje i sprowadza na właściwe tory. Pod marcowym listem poparcia dla polityki Putina i jego agresji na Krym widnieją nazwiska wielu legendarnych artystów, znanych i cenionych również poza granicami Rosji. Gościnne koncerty ukraińskiej grupy Dakh Daughters komentowane są w parlamencie („Rosja nie może finansować występów nacjonalistycznych wichrzycielek z Kijowa”). Duma dyskutuje nad projektami restrykcyjnych ustaw regulujących działalność instytucji i organizacji kulturalnych i pozarządowych. W różnych miejscach Rosji organizowane są wydarzenia takie jak premiera sowieckiego dzieła z czasów II wojny „Krym” (reklamowana jako „opera-miting” - widzowie mogą dołączyć do patriotycznych śpiewów) w petersburskim Kameralnym Teatrze Muzycznym – Sankt Peterburg Opera.

Parafrazując Pawłowskiego: kultura jako narzędzie walki o interesy Kremla jest bardzo skuteczna.   Putin dba o ideologiczne zaplecze swojego reżimu. Dlatego ceni kulturę i dba o jej kształt. Wie, jak ją kontrolować. Potrafi, zgodnie z wypróbowanymi stalinowskimi i goebelsowskimi wzorami,  skutecznie ją wykorzystać do własnych propagandowych celów. Robi to przy udziale swoich wiernych współpracowników – m.in. dyrektorów prestiżowych instytucji kultury ­– tych samych, z którymi planowano polsko-rosyjską wymianę kulturalną.

Obawy, że Kreml wykorzysta odwołanie roku polskiego w Rosji do swoich celów – jako potwierdzenie tezy o agresywnie antyrosyjskiej polityce Zachodu i zepsuciu jego kultury – z pewnością zyskają potwierdzenie. Ale oficjalna, realizowana na szczeblu państwowym wymiana kulturalna między Polską a Rosją, bez wątpienia przysłużyłaby się kremlowskiej propagandzie znacznie owocniej. Putinowska maszyna informacyjna potrafi skutecznie przemielić wszystko na swoja modłę. Co – po przejściu przez jej tryby – zostałoby z kulturalnych eventów, które w ramach Roku Polskiego miały być eksportowane do Rosji, nawet tych potencjalnie subwersywnych? Kolejne argumenty na rzecz obowiązującej ideologii.

5.
A propos dylematów. Joanna Warsza zwierza się z nich w każdym wywiadzie przeprowadzonym w ostatnich kilku miesiącach. Najpierw Krym, potem Donbas, teraz znowu malezyjski samolot. Co robić? Współpracować z państwową galerią Ermitaż i z Kasperem Königiem, kuratorem Manifesty, który po wydarzeniach na Krymie odżegnywał się od „tanich prowokacji” oraz „określonych deklaracji politycznych”, czy ulec środowiskowym presjom (z udziału w kuratorowanym przez Warszę programie zrezygnował m.in. Paweł Althamer i Dan Perjovschi, wielu komentatorów sztuki i artystów nawoływało do bojkotu petersburskiej edycji Manifesty), i wyjechać?

Dylematy kuratorki Programu Publicznego Manifesty nie są nierozwiązywalne. Należy stawić czoła sytuacji i wykorzystać ją  do badań nad skutecznością sztuki – mówi Warsza. Trzeba poszukiwać dialogu, apelować o demokratyczny pluralizm, wydobywać na powierzchnię niewygodne tematy, inspirować i upolityczniać społeczeństwo. „Weszłyśmy na terytorium władzy i staramy się posługiwać jej językiem, w efekcie go osłabiając. To ona musi wykonywać manewry i jest w niewygodnej pozycji”. Pozycja Warszy jest natomiast całkiem wygodna – nic jej nie grozi, a ponadto może kreować się na Wallenroda. Tylko że jej rzekoma wallenrodyczna dywersja okazuje się śmiesznie i tragicznie daremna. Język władzy nic a nic nie słabnie, a jej terytorium jest jak grząskie bagno, w którym toną zaproszeni na Manifestę, skądinąd pełni dobrej woli, artyści. 

 „Śnieg przywieziony do Petersburga z Soczi topnieje przed Pałacem Zimowym. Co władze mogą z tym zrobić? Jak to można ocenzurować, jak się temu przeciwstawić? Niektóre projekty mogą się oprzeć maszynie propagandy i zagłaskania”. Czyżby? Marne szanse, szczególnie jeśli kuratorka, wbrew swoim śmiałym deklaracjom, osobiście uczestniczy w ich zagłaskiwaniu i cenzurowaniu. W maszynie propagandy ani przez chwilę nic nie ma szansy zazgrzytać. Performans Pavla Braili z Kiszyniowa, „Złoty śnieg z Soczi” „wywołuje żywą reakcję widzów, związaną nie tylko z Olimpiadą, ale też z upalnym lipcowym dniem” – taki komentarz do wydarzenia cytuje Warsza, zamieszczając jego fotografie na facebooku. Jak miło.

Rzeźba Estonki, Kristiny Norman, opisywana jest na stronie Manifesty za pomocą bezwstydnie nagromadzonych eufemizmów: „Pomysł nawiązuje do niedokończonej choinki z Majdanu Niezależności w Kijowie. Stawianie choinki w pełni lata może się wydać niezwykłe, tak jak obecna alarmująca sytuacja polityczna wokół narastającego konfliktu, rosnącej nieufności i agresji. Drzewko zazwyczaj kojarzone z rodzinnymi spotkaniami i miłością nawołuje do rozejmu i pokoju zamiast nonsensownego konstruowania jednostronnej prawdy”.

Na instalację Norman, oprócz choinki, składa się również praca wideo. Nagranie pokazuję Aleftynę Kachidze, jedną z najważniejszych kijowskich artystek, stojącą na petersburskim Placu Pałacowym i opisującą topografię kijowskiego Majdanu.

Żeby nie było wątpliwości, jak cynicznie przebiega proces przechwytywania znaczeń, w którym całkowicie świadomie uczestniczy Joanna Warsza, zacytuję dyrektora Ermitażu komentującego pracę estońskiej artystki: „Metalowa konstrukcja bożonarodzeniowego drzewka stojąca w rogu Placu Pałacowego (…) przywołuje święto, które się nie odbyło. Proces budowania choinki na głównym placu Kijowa nigdy nie został dokończony. Plac zamienił się w Majdan. A Majdan wywołał chaos. Słyszymy ostrzeżenie wypowiedziane językiem sztuki: uważajcie! Niewinna rozrywka może zrodzić zamieszki. (…) Inteligentny i emocjonalny monolog (Aleftyny Kachidze) skierowany jest do ludzi, którzy już wiedzą, co się przydarzyło Ukrainie – jak wesoły plac zamienił się w bandyckie śmietnisko (ros. „bandyckaja pomoyka”). Dość przerażające. Niedokończona choinka zwiastująca święta jest ostrzeżeniem. Karnawały nie są niewinne. A Plac Pałacowy jest niezabezpieczony”.

Tyle, jeśli chodzi o skuteczność sztuki, którą w Petersburgu odważnie bada Joanna Warsza. Wniosek z tych badań jest prosty: tak, sztuka potrafi być nadzwyczaj skuteczna, szczególnie w usprawiedliwianiu poczynań reżimowej władzy. Tragicznie przegranymi w tej całej niesmacznej sytuacji są artyści, którzy uwierzyli kuratorce, że będą uczestniczyć w rozbrajaniu systemu, a skończyli jako autorzy projektów gładko i bezboleśnie włączonych w oficjalną retorykę kremlowskich instytucji. Potencjalna subwersywność prac Neuman czy Braili została zneutralizowana, choinka krzyczy do petersburskich widzów „uważajcie!”, a na czyściutkim śniegu przywiezionym z Soczi nie pojawiła się ani jedna, choćby domyślna kropla krwi. 

6.
Nie wszyscy chcą robić kariery, wchodzić w buty Wallenroda, czy upominać się o prawa prozachodnich Rosjan do obcowania z polską (zachodnią?) kulturą. Niektórzy po prostu są przekorni. Ci najbardziej zaangażowani, najwścieklej niepokorni, najgłębiej świadomi, przenikliwie inteligentni polscy twórcy i komentatorzy nie ulegają tak łatwo owczym pędom.

Już słyszę te ironiczne komentarze na temat decyzji polskiego rządu w sprawie Ukrainy i kontaktów kulturalnych z Rosją (Ukraina niespecjalnie chyba ich interesuje, ale już polityka kulturalna Polski – owszem, podobnie jak możliwość pokazania swoich prac w jednym z rosyjskich miast). Skoro nasz rząd odwołuje Rok Polski w Rosji – to tylko kolejny dowód jego nieudolności, pusty gest, wymachiwanie szabelką. Skoro ogromna większość mediów, na czele z koniunkturalną i skompromitowaną wieloletnim wspieraniem neoliberalizmu „Wyborczą”, bez przerwy trąbi o nieszczelnych granicach, przez które z Rosji do Ukrainy płynie broń i najemnicy, o zestrzelonych z rosyjskiej broni samolotach, o autorytarnym reżimie Putina, który zagraża Ukrainie, Polsce i Europie – to naszym, artystów i komentatorów przekornych, obowiązkiem jest kwestionować takie doniesienia. Wobec całego tego rusofobicznego szumu w mediach i parlamencie – musimy pokazać, że myślimy trzeźwo i krytycznie, patrzymy władzy i mediom na ręce, nie dajemy się zmanipulować. Niezłomna osobność – tylko taka postawa przystoi świadomym, zaangażowanym twórcom. Zawsze można zinterpretować fakty tak, żeby pasowały nam do poglądów. I do imidżu zbuntowanego, krytycznego artysty. A jeśli fakty do poglądów i imidżu nie pasują – won z faktami.

Po co zresztą zawracać sobie głowę faktami, skoro pod ręką są gotowe analizy zasłuchanej w głos Putina i ślepej na rzeczywistość młodej i jakże śmiałej lewicy (że w Kijowie faszyści i nacjonaliści ogłupieni przez amerykański i europejski kapitał bezmyślnie pchają się do Unii, żeby powielać porządek oparty na wyzysku klasy robotniczej, kropka)? Po co próbować zrozumieć (choćby czytając wiadomości z różnych, podkreślam: różnych, źródeł), skoro można zamiast tego błysnąć cudownie niepoprawnym politycznie poczuciem humoru, ogłaszając na przykład na fb, że poszukuje się Ukraińca do ściągania długów (dowcip przedni, szczególnie w kontekście wydarzeń na Majdanie). Najważniejsze to dobrze zidentyfikować aktualnie obowiązujące trendy i automatyzmy myślenia i malowniczo ustawić się w poprzek, i wtedy uderzyć – nieważne, czy uderzenie będzie celowało w wygodny stołeczny establishment bywający na progresywnych wystawach i premierach, czy we wszystkich, którzy – oczywiście gnani wyłącznie stadnym instynktem i zapatrzeni w spektakularne foty kijowskiej rewolucji – nawołują do zdecydowanej reakcji na działania Kremla, również na tym skromnym, w pocie czoła i za małe pieniądze uprawianym poletku kultury.  A przy okazji tej kontestacji powszechnie panujących prawd, można odbyć swoją podróż do Rosji i nawet troszkę przy tym zarobić. Ukrainy nie ma. Są interesy.

Gdyby któryś z przekornych kontestatorów zechciał jednak zgłębiać fakty – polecam szkolenia u Kijowian. Na przykład z okupowania budynków administracji publicznej, w tym – Ministerstwa Kultury.

7. 
Zerwanie planowanej na 2015 współpracy z kulturalnej z Rosją to żadna tam wielka szlachetność ze strony polskich władz. Za tą decyzją prawdopodobnie również stoi kalkulacja i interesy, kuluarowe rozmowy z Amerykanami, Niemcami, Brytyjczykami i kim tam jeszcze, stoi za nią – to na pewno – zestrzelony z rosyjskiej broni malezyjski samolot. W dodatku jest to decyzja, którą będą musiały pochwalić „czarne ludy” z pisowskiej opozycji – tradycyjnie grającej na antyrosyjskich i antysowieckich resentymentach Polaków. Cóż, przykro żyć w czasach, w których trzeba przyznać rację wrogom, a najbardziej horrendalne teorie spiskowe zyskują niezbite potwierdzenie.

Decyzja polskiego rządu to rehabilitacja za kuriozalne deklaracje MSZ-u, które padały jeszcze w kwietniu („Chcielibyśmy oddzielić kwestie wymiany społeczno-kulturalnej od kwestii politycznych, na ile się da”). Znacząca próba choćby częściowego wycofania się ze spektaklu hipokryzji, który od marca niestrudzenie grany jest w Europie. Krok w tył, który tak naprawdę jest krokiem w przód.

Polscy kuratorzy i menadżerzy kultury, którzy spodziewali się dotacji na realizacje swoich planów, nagle stracili role w tym spektaklu. Ale nic nie stoi na przeszkodzie, by zmienili trochę jego dramaturgię. Zamiast iść w zaparte, odwracać kota ogonem, wznosić się na kolejne szczyty relatywizmu, znajdować kolejne demagogiczne usprawiedliwienia dla swojej współpracy z dyktaturą i realizacji własnych interesów, zamiast pozować na wallenrodów rozsadzających kremlowski system za pomocą sztuki krytycznej, powinni zająć się teraz wyłuskiwaniem z rzesz gorliwych popleczników Putina tych, którzy gotowi są mówić o nim, o Rosji i o Ukrainie otwartym tekstem. Oni potrzebują wsparcia i mogą nas wiele nauczyć. To z nimi trzeba współpracować. Ta współpraca nie może odbywać się w formie eksportu polskiej kultury do Rosji, realizowanego według najlepszych korporacyjnych wzorców w ramach rządowych programów wymiany kulturalnej.