Zapal światło

Zapal światło

Adriana Prodeus

Po raz pierwszy Gaspar Noé wierzy w swoich bohaterów, nie ukazuje ich jako katów i ofiary, lecz daje im narzędzie do walki z pustką i ze śmiercią – miłość

Jeszcze 2 minuty czytania

„Czasem wydaje się,
że jesteśmy w samym środku zabawy
Jednak
w samym środku zabawy nie ma nikogo
W samym środku zabawy jest pustka
Ale w samym środku pustki odbywa się inna zabawa”.

ten wiersz Roberta Juarroza już wystarczyłby za recenzję filmu Gaspara Noé.


„Wkraczając w pustkę” działa jednak na tylu poziomach i tak długo rozpuszcza się w pamięci, że trwa dłużej niż sześć linijek poematu i 156 minut seansu na wielkim ekranie. Trwać w nim można bez końca dlatego, że cały jest powrotem – ze śmierci do życia, z przemijania do dzieciństwa, z chaosu do pierwotnej harmonii. Jest tęsknotą za byciem czystym i intensywnym, za agape – miłością całkowitą.

Żeby dotrzeć do tego punktu, trzeba wszystko stracić – zostać osieroconym, bezdomnym, samotnym. Trzeba trudnić się najpodlejszym zajęciem – stać się dealerem narkotyków, striptizerką – poczuć jak to jest być bezradnym, zdesperowanym, skupionym na samym tylko przetrwaniu kolejnej nocy, jeszcze jednego poranka. Zabawa w pustkę podziała najsilniej, gdy będzie się wrzuconym w egzotyczną pułapkę, więzienie rozkoszy – odbyt świata – Tokio. Od niezmordowanego pulsowania neonów i grzmiących dyskotek, od wewnętrznego dygotu, jakiego nie da się powstrzymać, spada się do ciemni samego siebie. To tu rozpycha się niezmierzona pustka, rozlewa bezbrzeżny smutek, wyrywa krzyk przerażenia, że nie rozpoznaje się świata w ogóle.

We „Wkraczając w pustkę” mrok zdąża w stronę dwóch nieskończoności: w głąb ludzkiego wnętrza i w głąb świata, którego fundamentalny sens został podważony. To stan po ataku samobójstwa, lot z wieżowca, w trakcie którego można wreszcie położyć się na słońcu w jesiennym parku, odzyskać siostrzano-braterską bliskość i całkowicie zaufać. W tej nostalgii nie ma śladu reżyserskiego dystansu. Melodramat traktowany serio odsłania prawdę ludzkich uczuć. Noé bez cienia ironii mówi, że tęsknota za powrotem do raju jest trwała i nieuleczalna. Pogodzić się z nią to zrozumieć naturę istnienia.

z materiałów prasowych Stowarzyszenia Nowe Horyzonty

Tęsknota jest też dowodem na obecność duszy – przez co trudno odmówić temu filmowi religijnej głębi. Wielu widzów może zaprotestować: że ten imponujący estetycznie narkotykowy trip nie potrzebuje dopisywania metafizyki. Sam reżyser przytacza swą ulubioną recenzję z „The Mormon Times” – dużego dziennika w stanie Utah: „Oto najambitniejszy technologicznie kawał śmiecia jaki kiedykolwiek powstał”.

I w rzeczy samej – Noé planował jego realizację latem 2001 roku, scenariusz napisał już trzy lata przed kręceniem „Nieodwracalnych” (2002), ale z powodu przerastających go wymogów technicznych odłożył pierwszy projekt na rzecz „małego, erotycznego filmu” z Moniką Bellucci i Vincentem Casselem... Dobrze się stało, podczas „pobocznej realizacji” reżyser pojął, jak skomplikowaną formę sobie wymarzył: przetestował arcydługie ujęcia, filmowanie z wysokich kranów i użycie animacji komputerowej CGI. We „Wkraczając w pustkę” miał ich użyć na ogromną skalę. Połączył zresztą oba filmy powtarzając ścieżkę dźwiękową z finału „Nieodwracalnych” na początku kolejnego obrazu – „na wypadek gdyby ktoś chciał oglądać te dwa filmy pod rząd” – dodaje ze śmiechem.

z materiałów prasowych Stowarzyszenia Nowe Horyzonty

Szalone jazdy kamery podążają tu za wizją głównego bohatera. Są oczyma zmarłego. Zamordowany dealer, utracony brat staje sięwędrującym spojrzeniem, duchem stopionym z kosmosem. Kamera przenika przez ściany, wpada w tunele świateł, potylice, wyłania się w kolejnych mieszkaniach niemal nie ustając w pędzie. Tokio wygląda tu jak z teledysku, jaki można by stworzyć płynąc po mieście ze słuchawkami na uszach.

Noé poraża prądem i telepie widzem już podczas napisów początkowych, potraktowanych jak popis wizualnej poezji. Dalej jest jeszcze mocniej, więcej, bardziej. Rozlewające się światła, fluorescencyjne barwy są jak malarstwo żelowymi flamastrami, bajkowe ciecze lavalampy. Obrazy z tego filmu jeszcze długo żarzą się pod powiekami jak ciągle odnawiające się fajerwerki. Wibrujące, głuche dźwięki i słodkie „Arioso” Bacha powracają jak pozytywka.

z materiałów prasowych Stowarzyszenia Nowe Horyzonty

 

Fascynacje, do których przyznaje się Noe, to: „Inauguration of the Pleasure Dome” (1954) Kennetha Angera i „2001: Odyseja kosmiczna” (1968) Stanleya Kubricka, ale też porażająca anime „Grobowiec świetlików” (1988) Isao Takahaty i wydana u nas ostatnio „Ja, Kuba” (1964) Michaiła Kałatozowa. Bez wątpienia „Wkraczając w pustkę” stanowi wizualny przełom, który już przeszedł do historii kina. Lecz, jak uważa sam reżyser, każda futurystyczna forma i tak stanie się kiedyś staroświecka. Nie sądzę, by był to przypadek jego filmu, dotyka bowiem uniwersalnych tematów, a najważniejszym z nich jest miłość.

*
„Eksploratorzy przepaści” – tytułem powieści Enrique Vila-Matasa, z której pochodzi motto tego tekstu, można by też opatrzyć Gaspara Noé. Za swego patrona pisarz obiera Kafkę, cytującchasydzką opowieść z „Wyjazdu”:„»Dokąd jedzie Pan?«. »Nie wiem«, powiedziałem, »byle uciec stąd, byle uciec stąd. Nieustanna ucieczka stąd, tylko w ten sposób mogę osiągnąć swój cel«. »Znasz więc swój cel?«, zapytał. »Tak«, odparłem, »przecież mówiłem. Uciec daleko stąd – taki jest mój cel«”.

z materiałów prasowych Stowarzyszenia Nowe Horyzonty

Narkotyki, seks i miasto to sposoby na zatracenie się, utratę kontroli. Bohaterowie Noégo uciekają od rzeczywistości z tęsknoty za pełnią czy też z obawy przed pustką. Świat, jakiego doświadczają, jest dla nas transmitowany w halucynogennym kanale. I, co najciekawsze, odmienne stany świadomości zawsze prowadzą Lindę (Paz de la Huerta) i Oscara (Nathaniel Brown) do łaknienia bliskości, autentycznego kontaktu. Miłość brata i siostry jest tu jedynym czystym uczuciem, nadzieją na odzyskanie raju. Pojęcie cierpienia i metaforyczne przedstawianie ciała może skojarzyć się polskim widzom z poetyką spektakli Krzysztofa Warlikowskiego – „Wkraczając w pustkę” można oglądać jako skrzyżowanie „Oczyszczonych” z „Dybukiem”.

Scena seksu w garderobie jest spełnieniem voyeurystycznej fantazji. Autoerotyzm tańca Lindy przechodzi w zmysłową ekstazę Maria (Masato Tanno), skupioną na kobiecie o twarzy dziecka, krągłych piersiach i długich nogach w lśniących butach na platformie, upozowanych na czerwonej, skórzanej kanapie. Z tą wizją kontrastuje finałowa sekwencja, gdzie kolejne pokoje odsłaniają warianty zbliżeń i pozycji. Pary uprawiające miłość w Love Hotel za każdym razem łączy świetlisty dym, wydobywający się spomiędzy ich nieforemnych, niewyidealizowanych ciał. Obraz wzruszający i głęboko humanistyczny ukazuje potencjał dawania życia, które jarzy się pomiędzy partnerami. Tu spełnia się miłość jako siła stwarzająca. Moment, gdy na ekranie porusza się wielki penis na wprost spojrzenia widza, wzbudza salwy śmiechu, które szybko mijają, bo scena okazuje się piękna i optymistyczna w swej prostocie. Początek życia, jakim w kosmogonii Noégo staje się wytrysk, pozwala Oscarowi powrócić do chwili swego poczęcia, a potem narodzin. Zmarły wraca do początku czy też rodzi się na nowo – kobieca twarz przenika z siostry na oblicze matki i stają się jednym – uosobieniem wiecznej kobiecości.

„Wkraczając w pustkę” reż. Gaspar Noé.
Francja, Niemcy, Włochy 2009,
w kinach od 21 stycznia 2011
Dopiero na końcu filmu, gdy plemnik zapładnia komórkę, dziecko przychodzi na świat, i przylega do sutka matki, na ekranie wielką, czarną, grubą czcionką pojawia się tytuł: ENTER THE VOID. Czytam to jako wielkie oskarżenie. Świat jest nicością, w którą wrzucone jest życie. Powrót do raju okazuje się niemożliwy, a Bóg nieobecny, wobec czego bliskość i moc stwarzania życia stają się jedynym lekiem na egzystencjalną rozpacz. Po raz pierwszy Noé wierzy w swoich bohaterów, nie ukazuje ich jako katów i ofiary, lecz daje im narzędzie do walki z pustką i ze śmiercią – miłość.

*
To najważniejszy film minionego roku także zdaniem Johna Watersa, nowojorskiego guru awangardy: „napisy początkowe wywołujące atak apopleksji i zdjęcia które wyglądają, jakby zrobił je Gerhard Richter pod wpływem pilota kamikadze – kamery nawet w pochwie”. Parafrazując jego inną pamiętną recenzję, która brzmiała: „nie idź do łóżka z nikim, kto nie kocha tego filmu” (chodziło o „Gerry'ego” Gusa van Santa) – mogę dodać: i nie zakochuj się w nikim, komu nie podoba się „Wkraczając w pustkę”.


Tekst dostępny na licencji Creative Commons BY-NC-ND 3.0 PL.